Najnowsze propozycje nadzoru dotyczące uregulowania rynku kredytowego
Łatwiej będzie wielbłądowi przejść przez ucho igielne niż zadłużonemu dostać kredyt.
Nabierają tempa prace nad rekomendacją T, zbiorem zasad Komisji Nadzoru Finansowego (KNF) dla banków, jak i komu pożyczać pieniądze i jak monitorować już udzielone kredyty. KNF chce się uwinąć do końca roku, żeby rekomendacja mogła w całości wejść w życie do końca 2010 r. Banki miałyby więc około 12 miesięcy na dostosowanie się do nowych rozwiązań. Tak jak chciały. Co znajdzie się w rekomendacji?
Zdolność a dochody
Najwięcej protestów branży bankowej wywołała propozycja nadzorcy dotycząca liczenia zdolności kredytowej klienta. KNF zasugerowała, żeby łączna wysokość obciążeń finansowych kredytobiorcy nie przekraczała połowy jego miesięcznych dochodów. Nadzorca oparł się na statystykach GUS.
— Połowę dochodów wydajemy na stałe koszty związane z utrzymaniem. Czyli założenie w rekomendacji i tak jest mało konserwatywne — mówi Krzysztof Broda, zastępca dyrektora zarządzającego pionem nadzoru bankowego w KNF.
I wyjaśnia, że pod pojęciem obciążenia finansowe należy rozumieć spłaty kredytów, a nie — jak to interpretują banki — wszystkie koszty, czyli np. z tytułu płaconych alimentów, mandatów itp. Przy czym KNF uważa, że do wyliczania zdolności kredytowej bank powinien brać również linie kredytowe w rachunku osobistym oraz w kartach kredytowych. Nawet jeśli klient w ogóle z nich nie korzysta.
— Nie mamy przecież gwarancji, że np. w sytuacji podbramkowej klient nie sięgnie po pieniądze na debecie czy karcie kredytowej, dodatkowo się zadłużając — tłumaczy Krzysztof Broda.
KNF skłonna jest natomiast ustąpić w sprawie limitu obciążeń.
— Im wyższy dochód, tym udział wydatków stałych jest mniejszy. Dlatego w kolejnej wersji projektu rekomendacji dopuścimy możliwość różnicowania sposobu liczenia zdolności kredytowej w zależności od dochodów — zapowiada Krzysztof Broda.
Nie chce natomiast ujawnić, kogo będzie obowiązywał 50-procentowy limit, a przy jakich zarobkach zadłużenie mogłoby być wyższe. Te sprawy, podobnie jak całość rekomendacji, są wciąż przedmiotem dyskusji z sektorem.
Z nowej wersji rekomendacji zniknie też "gospodarstwo domowe". Pierwotny zamysł nadzorcy był taki, żeby bank sprawdzał wielkość obciążeń nie tylko klienta starającego się o kredyt, ale również jego bliskich.
— Weryfikowane będą osoby zobowiązane do spłaty kredytu, wobec których bank może wystąpić z roszczeniem o spłatę — ucina dyskusje na ten temat Krzysztof Broda.
Dziurawy system
KNF twardo obstaje natomiast przy ostrzejszej kontroli samych kredytobiorców. Chce, żeby banki sprawdzały każdego klienta, gdy składa wniosek kredytowy, oraz by kontrolowały spłacanie zadłużenia.
— Monitoring może pomóc powstrzymać klienta przed nadmiernym zadłużaniem się — mówi Krzysztof Broda.
Taki jest właśnie zasadniczy cel rekomendacji: uszczelnić system, bo o tym, że jest on dziurawy, świadczy zjawisko przekredytowania, czyli sytuacja, gdy klient może spłacać stare długi tylko nowymi kredytami. KNF analizuje skalę przekredytowania. Na szczęście nie jest duża, ale sam fakt, że jest, świadczy o lukach w systemie zarządzania ryzykiem.
— Potencjalnie wszyscy, którzy stracili kontrolę nad swoim zadłużeniem, mogą przejść przez tę dziurę. System trzeba uszczelnić — mówi Krzysztof Broda.
Odpiera zarzut banków, że chcąc wyeliminować proceder o marginalnym znaczeniu, nadzór wprowadza na ścieżkę zdrowia cały rynek, w tym rzetelnych i uczciwych kredytobiorców.
— System zarządzania ryzykiem jest wadliwy, jeśli większe bądź mniejsze ryzyko banku zależy od tego, czy klient sam kontroluje swoje zadłużenie. A co się stanie, jeśli przestanie? — pyta Krzysztof Broda.
Wtedy bierze jeden kredyt po drugim. Jeśli raty płaci rzetelnie, to jego historia kredytowa w Biurze Informacji Kredytowej jest bez zarzutu. Kiedy złoży kolejny wniosek, bank pewnie pożyczy mu pieniądze.
— To nie bank powstrzymuje go przed nadmiernym zadłużeniem. Od samego klienta zależy, czy zdecyduje się dalej zadłużać, czy nie — mówi Krzysztof Broda.
I to właśnie KNF chce zmienić. Z tego też względu stawia duży znak zapytania przy "kredytach na dowód".
— Jeśli klient pokaże tylko dowód i zapisane w nim dane mają stanowić podstawę do udzielenia kredytu, to wątpię, czy powinien go dostać — mówi szef nadzoru bankowego.
Krzysztof Broda odrzuca argumenty banków, że rekomendacja ograniczy akcję kredytową, w zależności od segmentu klientów, o 50-80 proc.
— Nie ma żadnych analiz, które wskazywałyby, że 80 czy 20 proc. nie dostanie kredytu. Moim zdaniem, jest to tylko argument negocjacyjny banków. Nic więcej — stwierdza Krzysztof Broda. O takie analizy KNF pytała banki już w grudniu ubiegłego roku. Do tej pory nie dotarły.
Cały wywiad z
Krzysztofem Brodą na pb.pl
Andrzej Powierża, analityk DM Banku Handlowego
Spróbują to obejść
Mam wątpliwości, czy regulacjami można nakazać bankom, by działały odpowiedzialnie. Każdy z nich prowadzi własną politykę kredytową: jedne są konserwatywne, inne bardziej agresywnie zdobywają rynek. Czy nadzór jest w stanie stwierdzić, który model oceny ryzyka jest lepszy? W zasadzie nie ma twardych dowodów, że polityka kredytowa banków była/jest zła. Kredyty hipoteczne spłacają się bardzo dobrze. Przynajmniej na razie. Problem przekredytowania to raczej wpadka niektórych banków, świadcząca o błędach w modelach oceny ryzyka, które banki same naprawiają. Jak rekomendacja wpłynie na akcję kredytową? Możliwe, że ją ograniczy. Tak jest np. z ustawą antylichwiarską, która niektórych klientów wyrzuciła poza nawias bankowych kredytów.
Z pewnością będą podejmowane próby obchodzenia zapisów rekomendacji. Obawiam się, że taki jest właśnie ostateczny skutek wprowadzania tego rodzaju rozwiązań: uwaga bankowców koncentruje się nie na rozsądnym zarządzaniu ryzykiem, ale na dopasowywaniu oferty do zbyt rygorystycznych przepisów.
Eugeniusz
Twaróg