Koniec milczenia owiec

Karol JedlińskiKarol Jedliński
opublikowano: 2013-07-25 00:00

Hodowcy mają dość strzyżenia przez restrykcyjne prawo. Zamiast iść jak baranki na rzeź, zaczynają lobbować

Ot, góralski śmiech przez łzy. Wychodzi baca na halę i woła: — Jaki piękny dzionek! A echo z przyzwyczajenia: — Mać, mać, mać… Od lat 80., kiedy zawieszona została ustawa o rozwoju społeczno-gospodarczym regionów górskich (tzw. ustawa górska), spada liczba owiec wypasanych w Karpatach.

Hodowla owiec to dla Romana Kluski pasja, na którą go stać. Tym, którzy wietrzą w tym szanse na świetny biznes, radzi najpierw zapoznać się z prawnymi realiami, co zwykle studzi pionierski zapał. [FOT. ARC]
Hodowla owiec to dla Romana Kluski pasja, na którą go stać. Tym, którzy wietrzą w tym szanse na świetny biznes, radzi najpierw zapoznać się z prawnymi realiami, co zwykle studzi pionierski zapał. [FOT. ARC]
None
None

Przez 30 lat pogłowie owiec zmniejszyło się niemal 20-krotnie, do około 250 tys. sztuk. Góralom nie jest zatem do śmiechu, część hodowców owiec postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce. Zaczynają od promocji pasterstwa i góralskiej kultury, skończyć chcą na skutecznym lobbingu w sprawie zmian legislacyjnych. Wśród osób zaangażowanych w projekt jest grono ludzi zaprawionych w biznesie, m.in. Roman Kluska, jak i potomkowie rodu Stadnickich.

Lista tego, co chcą zmienić, jest długa niczym droga do Morskiego Oka. — System prawny nie odzwierciedla formy organizacyjnej, która od setek lat funkcjonujeprzy wypasie, hodowli owiec i przetwórstwie mleka — zauważa Józef Michałek, działacz społeczny, ale też hodowca owiec z Żywiecczyzny, członek Związku Podhalan.

Klincz w rzeźni

Józef Michałek podkreśla, że w wielu krajach tereny górskie objęte są specjalnym prawodawstwem, wspomagającym jego rozwój. O takich rozwiązaniach posłowie dyskutują na niemal każdym spotkaniu komisji rozwoju rolnictwa i rozwoju wsi. Jednak zdaniem rolników i górali, od czasu zawetowania przez Aleksandra Kwaśniewskiego ustawy górskiej w 2001 r. na południu Polski podupada zawód, który wieki temu spowodował zaludnienie i rozwój Karpat. Wyjątkiem są oscypki, które dzięki statusowi produktu regionalnego nie podlegają pod tak ścisły reżim prawny.

— Na dziś stan jest taki, że na drodze administracyjnej zlikwidowano owczarstwo w Polsce. Mnie stać na to, by inwestować miliony i dopłacać do interesu, ale jestem wyjątkiem — zaznacza Roman Kluska i przypomina, że w swojej niemałej mleczarni musiał ostatnio wymienić wszystkie drzwi na ognioodporne.

Dlaczego? Bo w myśl przepisów substancja zawierająca tyle tłuszczu co owcze mleko musi być łatwopalna. Józef Michałek natomiast przypomina, że aby postępować zgodnie z przepisami, owce nie mogą być zabijane w przydomowych pomieszczeniach, ale w certyfikowanych rzeźniach.

— Tymczasem żadna rzeźnia nie przyjmie zlecenia mniejszego niż na 80-100 owiec. A zwykle stada są mniejsze i na wiosnę do uboju nadaje się kilkanaście jagniąt. I zaczyna się kombinowanie. Małe gospodarstwa znikają jedno po drugim, ludzie wolą mieć spokój, niż walczyć z urzędnikami, znakować elektronicznie każde zwierzę, spełniać skomplikowane procedury przy ich transporcie — mówi Józef Michałek.

Wełna na okna

Ci, którzy lobbują dziś za masowym powrotem owiec na hale, to zazwyczaj biznesmeni z głębszą kieszenią. Należy do nich m.in. Christophe Mańkowski, prezes spółki Thermaleo, która jest właścicielem uzdrowiska w Szczawnicy. Liczy, że wzięcie będzie miało nie tylko mleko czy mięso, ale nawet owcza wełna, dotychczas traktowana raczej jako odpad. Wykorzystaniem wełny na masową skalę, jako materiału ocieplającego okna, zainteresowany jest Ryszard Florek, prezes Fakro.

A Józef Dziasko, dolnośląski biznesmen, właściciel m.in. kilku zabytkowych kamienic na wrocławskim rynku, zamierza inwestować nie tylko w lobbing, ale też w odbudowę góralskiej kultury. Postawił na promocję hodowli owiec w Sudetach. I od razu zauważył, że przepisy nie przystają do rzeczywistości.

— Jak to opisują miejscowi, powyżej 600 metrów nad poziomem morza administracja nie działa — podkreśla Józef Dziasko i przypomina, że system dopłat do ziemi i hodowli stawia rolnika w roli pojedynczego petenta. W górach ziemie poszatkowane są na małe działki i przy tak niewielkich włościach występowanie o dopłaty rolne mija się z celem.

Tymczasem miejscowi od lat współpracują ze sobą, oddając bacom owce na letni wypas i pozwalając im korzystać ze swoich terenów. Ta gospodarcza symbioza ma swoje odbicie m.in. w prawodawstwie włoskim, francuskim, greckim, szwajcarskim czy austriackim.

— W ten sposób tworzą się naturalne klastry, w których współpracują całe doliny. Powstaje kulturotwórczy biznes — uważa Józef Dziasko, który w porywie lokalnego patriotyzmu zapłacił m.in. za zaprojektowanie i wykonanie nowych strojów dla górali z Zieleńca. Roman Kluska podkreśla, że społeczne, oddolne inicjatywy to być może jedyny wypas, na jaki górale mogą obecnie liczyć.

— Bo wypas, hodowla owiec zgodnie ze wszystkimi przepisami, jest w Polsce możliwa. Teoretycznie, bo ekonomicznie to nie ma sensu — mówi Roman Kluska.