Koniec mitu niemieckiej solidności

Łukasz Korycki zastępca redaktora naczelnego „PB”
29-09-2015, 22:00

Volkswagen, największy niemiecki producent samochodów, ponosi gigantyczne konsekwencje afery związanej z fałszowaniem norm emisji spalin.

Volkswagen, największy niemiecki producent samochodów, ponosi gigantyczne konsekwencje afery związanej z fałszowaniem norm emisji spalin. Prezes podał się do dymisji, kurs akcji spada na łeb na szyję. Potentata, który ma na koncie grubo ponad 20 mld USD gotówki, stać na wydanie na posprzątanie tego bałaganu szacowanych 18 mld USD i ostatecznie jakoś sobie poradzi. Nie ma wątpliwości jednak, że z kryzysu wyjdzie mocno poraniony.

Nie sądzę wprawdzie, żeby wskutek afery Chińczycy albo polska klasa średnia i ta trochę wyższa zrezygnowali nagle z jazdy golfami czy passatami. Ale już na wymagającym rynku w USA, gdzie niemiecki gigant plasuje około 6 proc. globalnej sprzedaży, jego salony mogą być omijane szerokim łukiem.

Volkswagen to największy koncern w Niemczech i największy pracodawca. Tylko tam zatrudnia około 270 tys. osób, nie licząc setek lokalnych firm podwykonawców giganta z Wolsfburga. Konieczność wypłaty miliardowych odszkodowań musi pociągnąć za sobą redukcję kosztów ze zwolnieniami i rezygnacją z usług części kontrahentów. Dlatego nie ma się co dziwić, że ekonomiści zza Odry biją na alarm, twierdząc, że kłopoty Volkswagena uderzą w tamtą gospodarkę dużo mocniej niż powracające problemy z niewypłacalnością Grecji, a o prognozowanym na ten rok 1,8-procentowym wzroście PKB już chyba można zapomnieć.

Niemieckie kłopoty to bardzo niedobra wiadomość również dla Polski. To przecież największy odbiorca naszych towarów, w tym produkowanych części samochodowych. W 2014 r. eksport szeroko rozumianych produktów motoryzacyjnych z Polski wzrósł o 3 proc. i przekraczał 25 mld EUR. To ponad 15 proc. wartości całej polskiej sprzedaży za granicą. Gros tej sprzedaży w postaci zmontowanych aut, ale też podzespołów skierowana była właśnie za Odrę, a jednym z głównych odbiorców był Volkswagen. Ten kanał sprzedaży za chwilę może się mocno zwęzić.

Dieselgate ma jednak jeszcze jeden — moim zdaniem najpoważniejszy — wymiar. Niemieccy biznesmeni dużą wagę przywiązują do podkreślania swojego wykształcenia, a ogromną nobilitacją jest zamieszczenie na wizytówce tytułu „dr inżynier”.

Dlaczego? Duma. Bo do tej pory reputacja niemieckich inżynierów na całym świecie była czymś niepodważalnym. Hasło marketingowe „german engineering” otwierało produktom rynki całego świata, bo to gwarancja jakości, niezawodności, precyzji wykonania. Teraz reputacja idzie do lamusa — Niemcy też mogą zrobić fuszerkę, i to nie jakiś niewielki zakładzik spod Erfurtu, ale ikona gospodarki.

Nikt już nie będzie wierzył w niemiecką solidność, a zwrot „Made in Germany” niewiele będzie się różnił od „Made in China”, dawnego synonimu bylejakości. Potencjalni nabywcy niemieckich towarów dwa razy się zastanowią, zanim podejmą decyzję o zakupie, a konsekwencje dla nastawionej na eksport gospodarki będę opłakane. Mit niemieckiej perfekcyjności upada na naszych oczach.

PS Niemcy nie mają dobrej passy. „Tagesspiegel” doniósł, że planowane na połowę 2017 r. otwarcie nowego berlińskiego lotniska, przekładane już wielokrotnie, znów stanęło pod znakiem zapytania. Powód? Konieczność wymiany kilkuset ścian przeciwpożarowych. Czytaj też str. 4

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Łukasz Korycki zastępca redaktora naczelnego „PB”

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Świat / Koniec mitu niemieckiej solidności