Technologia produkcji oraz ciągłe kontrolowanie to klucze do sukcesu Onduline Production z Mielca — lidera w branży pokryć dachowych.
Mielecki zakład jest jednym z siedmiu należących do francuskiego holdingu. W 2000 r. ruszyła tu produkcja lekkich falistych pokryć dachowych.
— Najważniejszymi czynnikami wpływającymi na lokalizację zakładu były korzyści wynikające z działania w ramach specjalnej strefy ekonomicznej, bliskość atrakcyjnych rynków wschodnich oraz przyjazny klimat dla inwestorów. W ramach umowy zawartej z Agencją Rozwoju Przemysłu 75 proc. wartości nakładów produkcyjnych poniesionych do końca 2006 r. będziemy mogli odzyskać w formie pomocy publicznej — m.in. korzystając z ulg podatkowych. Od zarządców strefy dostaliśmy znaczące wsparcie w pokonywaniu barier biurokratycznych. Duże znaczenie miała też wysoko wykwalifikowana kadra zwolniona z upadających zakładów lotniczych — mówi Waldemar Wiktorski, dyrektor fabryki.
Dachy z makulatury
Podstawowym surowcem używanym w zakładzie jest makulatura. Technologia produkcji polega na rozwłóknianiu celulozy, formowaniu płyt o kształcie falistym, utwardzaniu żywicą, a następnie suszeniu i impregnowaniu asfaltem. Barwniki pozwalają wyprodukować wyrób w wielu kolorach.
W ogromnej hali produkcyjnej prawie nie widać pracowników. Proces wytwarzania jest całkowicie zautomatyzowany. Przy taśmie pracuje tylko 10 osób.
Tani surowiec, jakim jest makulatura, powoduje, że pokrycia dachowe z Onduline są — jeśli nie liczyć papy — najtańsze. Swoją ofertę firma kieruje głównie do mieszkańców obszarów wiejskich, którzy kładą płyty Onduline na domy mieszkalne i zabudowania gospodarcze. Taki dach jest lekki i można go łatwo samodzielnie zmontować, co dla niezamożnego nabywcy ma niemałe znaczenie.
„Dachowa” spółka bardzo szybko stała się liderem na polskim rynku bitumicznych płyt falistych.
— Poza jedną firmą nie mamy właściwie konkurencji w naszym segmencie branżowym. Popyt na polskim rynku jest od lat bardzo stabilny. Zauważamy natomiast wzrost zamożności społeczeństwa, ponieważ zastosowanie naszych pokryć przesuwa się z budynków mieszkalnych na gospodarcze. Dynamicznie wzrasta eksport do Rosji i na Ukrainę. Trafia tam już 70 proc. naszej produkcji. To bardzo rozwojowy rynek, czasami aż za bardzo. Bywa, że nie możemy nadążyć z realizacją zamówień — mówi z satysfakcją dyrektor Wiktorski.
Wschód jest dobry
Szef firmy nie zgadza się z częstą opinią, że rynki wschodnie są mało wymagające, a także obarczone większym ryzykiem.
— Ten stereotyp nie jest prawdziwy, przynajmniej w naszej branży. Szczególnie Rosjanie są bardzo konkretni w rozmowach i ustaleniach, a do tego niełatwo sprostać ich oczekiwaniom. Natomiast płatności regulują z dokładnością przedwojennej kolei. Każdemu przedsiębiorcy życzyłbym takiej współpracy — zapewnia Waldemar Wiktorski.
Co jest tajemnicą sukcesu firmy? Poza tym, co każdy wie — że trzeba mieć odpowiedni produkt, o znakomitej jakości, po konkurencyjnej cenie i trafić z nim do klienta, istnieje coś jeszcze.
— Jednym z pierwszych zadań, jakie zrealizowaliśmy, było wdrożenie ISO 9001. Daje ono nam pełną kontrolę i możliwość ustabilizowania tego, co się dzieje w firmie. Ciągłe monitorowanie kosztów jest więc absolutnie niezbędne, by wiedzieć, na czym się stoi — zdradza tajniki sukcesu dyrektor Wiktorski.
Zakręcili kurek
Rynek wschodni daje dobrze zarobić, ale z tego kierunku przyszło też zagrożenie. Rok 2006 rozpoczął się niespokojnie z powodu ograniczenia dostaw rosyjskiego gazu, który jest podstawowym paliwem firmy.
— Wstrzymaliśmy oddech. Na cztery dni musieliśmy przerwać produkcję, co było dla nas szczególnie uciążliwe, ponieważ zakład pracuje pełną parą przez siedem dni w tygodniu i na trzy zmiany. Wtedy na własnej skórze odczuliśmy, jaki wpływ na naszą działalność może mieć polityka. Nie pomaga nam też umacniający się złoty. Na szczęście eksport mamy ciągle bardzo dochodowy — opowiada dyrektor Wiktorski.
Decydenci Grupy Onduline nie przewidują w najbliższym czasie większych inwestycji w mieleckim zakładzie. W tej chwili jego celem jest maksymalizowanie zysku.



