W związku z tym wnoszenie przez koalicję 15 października pakietu konstytucyjno-ustawowego, który miałby uzdrowić patalogię Trybunału Konstytucyjnego, ma znaczenie wyłącznie wizerunkowo-polityczne. Tak samo pisałem w poprzedniej kadencji o pomyśle PiS, które chciało wstawić do Konstytucji RP dwa punkty powiązane z agresją Rosji na Ukrainę. Jedna zmiana wyłączyłaby z limitu zadłużenia publicznego, które nie może przekroczyć 60 proc. rocznego PKB, finansowanie armii. Druga wprost antyrosyjska umożliwiałaby konfiskowanie majątku, który może być wykorzystany do finansowania lub wspierania napaści zbrojnej na nasze terytorium. Projekt został nagłośniony przy jego wnoszeniu, potem utknął w komisji i z końcem kadencji automatycznie przepadł.
Od ponad dekady kolejne ekipy rządzące dysponują w Sejmie większością bezwzględną, ale konstytucyjna to dla nich szklana góra. Zmianę w ustawie zasadniczej Sejm uchwala większością co najmniej dwóch trzecich głosów (liczoną od posłów obecnych, czyli może nie dosłownie 307, ale powyżej 300), zaś później Senat zatwierdza sejmową wersję większością bezwzględną, czyli teoretycznie potrzebuje 51 głosów. Ogromne znaczenie ma przepis, że druga izba głosuje wyłącznie tak/nie, bez możliwości proponowania poprawek. W obecnej sytuacji z Sejmu i tak żadna zmiana do rozpatrzenia przez Senat nie wyjdzie. Konsorcjum 15 października doskonale o tym wie, dlatego wymyśliło procedurę pokrętną – otóż to Senat przygotuje nowelizację Konstytucji RP i wniesie projekt do Sejmu, gdzie całość przepadnie. Efekt finalny będzie taki jak zawsze, ale dzięki odwróceniu kolejności obie izby jednak się nowelą zajmą.
Przez 27 lat tekst Konstytucji RP został tknięty zaledwie trzy razy. Najpierw w 2001 r. obwieszczeniem premiera poprawiono dwie oczywiste literówki: z „by” na „być” oraz z „organizacyjne” na „organizacyjnie”. W 2006 r. PiS, PO, PSL i Samoobrona osiągnęły zgodę – ale SLD i LPR były przeciwko – w sprawie ekstradycji obywatela polskiego, jako że po wejściu do UE musieliśmy wdrożyć europejski nakaz aresztowania. W 2009 r. zaś stał się prawdziwy międzypartyjny cud – bez głosu sprzeciwu (nie było już Samoobrony) uchwalono zakaz wybierania do Sejmu i Senatu skazanych z oskarżenia publicznego na więzienie za przestępstwo umyślne. Od tamtego cudu jakikolwiek kompromis, nawet w kwestiach ważnych dla społeczeństwa i teoretycznie niekonfliktowych w relacjach międzypartyjnych, stał się już niewyobrażalny.
Pomysłodawcy zmiany Konstytucji RP zasadnie się frasują, jak zareaguje podpisowo Andrzej Duda. Akurat w tej sprawie prezydent będzie miał wyjątkowy komfort decyzyjny, albowiem… niczego na biurko nie dostanie. Konsorcjum 15 października powinno zacząć od zapytania Jarosława Kaczyńskiego, jak do projektu odniesie się PiS. Chociaż właściwie nie ma to sensu, ponieważ pytanie jest czysto retoryczne – odpowiedź brzmi „spadać na…”. Przecież TK w obecnym kształcie to ostatni bastion zdetronizowanych władców. Błędnie im się wydawało, że sprytne zapisy ustawowe zagwarantują im utrzymanie w rękach zarówno Telewizji Polskiej, jak też Prokuratury Krajowej. Zdumiewają naiwne pomysły obecnie rządzących, że jeśli nie ma szans na pozyskanie głosów PiS dla nowelizacji, to niechby główny klub opozycyjny na głosowanie Sejmu… nie przyszedł. Po skokowym obniżeniu frekwencji głosy konsorcjum 15 października wystarczyłyby na wymagane dwie trzecie. Takie nadzieje to kompletne mrzonki, ale naprawdę je słyszałem. Wszystko razem potwierdza gorzką prawdę, w jak paranoicznej sytuacji prawnej na samych szczytach znajduje się nasze państwo.

