Wywiad społeczny — tajna broń białostockich inspektorów ZUS. Skuteczna jak laserowy pocisk. Dostarcza informacji nie do zdobycia drogą urzędową.
Zadzwonił do nas inspektor ZUS. Skruszony, bo swoje miał za uszami. Opowiedział o kontrolach. Także o nielegalnych.
— Zakres kontroli ZUS przeprowadzanych w Białymstoku wykracza poza podstawy prawne. Ponadto wykonują je osoby bez uprawnień — twierdzi Bogdan B., były inspektor w wydziale realizacji dochodów w referacie dochodzenia należności Zakładu Ubezpieczeń Społecznych w Białymstoku.
Przyznaje, że sam dokonywał takich kontroli na zlecenie przełożonych, chociaż miał świadomość, że niezgodnie z prawem. Chodzi o kontrole stanu majątkowego płatników, tzw. wywiady majątkowe.
Czy były inspektor demaskuje czy fantazjuje? Mści się za problemy w pracy czy sumienie go ruszyło?
Więcej niż UOP
ZUS przeprowadza wywiady majątkowe wówczas, gdy trzeba ocenić stan finansów zalegającego z opłacaniem składek płatnika. Żeby wiedzieć, czy i kiedy ureguluje zaległości. Najczęściej jednak, żeby wyegzekwować, co zusowskie, np. pieniądze z rachunku bankowego, samochód, dom, pensję, wierzytelności, cokolwiek.
Zbierający informacje o sytuacji majątkowej dłużnika inspektorzy zazwyczaj korzystają z oficjalnych źródeł. Czerpią je na przykład z urzędu skarbowego, z ewidencji gruntów czy z wydziału komunikacji. Ale nie tylko. Gdy trzeba, niektórzy znajdą i zapytają nawet kochankę, jak i gdzie zarabia jej partner, dla ZUS — płatnik składek.
— Szukaliśmy informacji nie tylko o dłużniku, na co pozwala prawo, ale posuwaliśmy się znacznie dalej. Sprawdzaliśmy, gdzie pracuje małżonka, zaglądaliśmy do jej umowy o pracę, badaliśmy, ile zarabiają dzieci, czy utrzymują wspólne gospodarstwo domowe, czy „jedzą ze wspólnych garnków”, jaką rentę pobierają rodzice płatnika, jakim samochodem jeździ żona, kiedy go kupiła. Ustalaliśmy ich majątek pod kątem ewentualnego przeniesienia odpowiedzialności na członków rodziny. Słowem, głęboko ingerowaliśmy w życie prywatne — mówi Bogdan B.
Dlatego ZUS ma dużo więcej informacji o obywatelu niż urząd skarbowy czy policja. Tym bardziej że często zbiera je nieoficjalnie.
— Każdy z nas ma swoje metody. Czasem trzeba było podjechać do klienta wieczorem, zobaczyć, jakie samochody stoją na podwórku, spisać numery rejestracyjne i potem sprawdzić je w wydziale komunikacji. Zdarzało się nierzadko, że szedłem nawet do konkubiny płatnika i od niej wyciągałem informacje. Kiedy płatnika nie zastałem w domu, wtedy pukałem po sąsiadach i pytałem: a może pani wie, gdzie pracuje sąsiad, o której wraca, gdzie pracuje jego żona. Jeżeli ktoś nie wiedział, wskazywał tych, co wiedzieli, dalszą rodzinę, znajomych, niekiedy nawet kochanki. Wtedy szło się do nich, żeby tylko wydębić informację, gdzie jest dłużnik i z czego się utrzymuje.
— I ludzie mówili?
— Tak, gdy się umiejętnie podeszło. Specjalnie przedstawialiśmy się, że jesteśmy z Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, a nie „z wydziału ZUS”. Większość ludzi myślało, że z PZU. Po prostu psychologia.
To tzw. wywiad społeczny. Tajna broń inspektorów. I skuteczna jak laserowy pocisk, bo dostarcza informacji nie do zdobycia drogą urzędową.
— Często zdarzały się problemy z namierzeniem jakiegoś płatnika, gdzieś wyjechał, zmienił adres albo się ukrywał. Policja jedynie sprawdziła, czy wyjechał albo ustalała jego adres zameldowania. Zazwyczaj nieaktualny. I na tym się kończyło. My wiedzieliśmy znacznie więcej: gdzie wyjechał, kiedy i czy w ogóle wraca, gdzie się przeprowadził albo u kogo mieszka — opowiada Bogdan B.
W większych firmach kontrole nie przebiegały bez przeszkód.
— Zawsze prosiłem o faktury. Interesowały mnie zwłaszcza te niezapłacone, żeby przejąć wierzytelność. To było bolesne dla firmy, bo traciła zaufanie kontrahentów. Dlatego firmy bardzo niechętnie udzielały takich informacji — informuje Bogdan B.
Księgowi rzadko pomagali inspektorom. Najczęściej próbowali ukrywać szukane przez nich informacje. I na to znalazł się sposób.
— Przechytrzyć księgowego może tylko doświadczony inspektor — twierdzi Bogdan B.
On za takiego uchodził, więc wiedział, jak odpowiednio zagrać, żeby wydębić informacje.
— Księgowi często ukrywali niezapłacone faktury. Mówili, że współpraca z jakąś firmą została zerwana. Wtedy prosiłem o wydruki komputerowe kont 221 i 222, czyli rozrachunki z kontrahentami i wskazywałem, że tego i tego dnia poszła faktura do danej firmy, a więc współpraca trwa. Księgowa czerwieniła się i puszczała farbę — mówi inspektor.
Podobnie było z rachunkami bankowymi, którymi firma raczej się nie chwaliła przed kontrolerem.
— Z reguły dawano nam numery starych kont. Nic na nich nie było. Ja prosiłem o faktury. Na nich są aktualne numery kont, na których zawsze są jakieś pieniądze — mówi Bogdan B.
Słowem, nie ma gdzie się ukryć przed ZUS.
— Tylko cmentarz — dodaje Bogdan B.
Bogdan nadgorliwy
Bogdan B. lubił swoją robotę. Co go w niej fascynowało?
— Chyba zaskakiwanie ludzi i wyciąganie z nich informacji. Obserwowanie, jak reagują na różne pytania. Jak miękną, od twardziela do uległego — zwierza się Bogdan B.
Po każdej kontroli inspektor spisuje protokół. Jeżeli płatnik odmówił informacji, trzeba to zanotować. Im więcej takich uwag, tym wzrok szefa sroższy. Odmówił? Znaczy, że byłeś miękki, nie zdobyłeś informacji. ZUS nie płaci swoim inspektorom kontroli premii finansowych tak, jak to robi fiskus.
— Nie o pieniądze chodzi. Wszyscy chcieli się po prostu wykazać przed naczelnikiem — uważa Bogdan B.
Sam nie jest aniołem. Z ZUS wyleciał z hukiem.
— Robił fuchy na boku. Za pieniądze wypełniał ludziom deklaracje. Wyleciał, bo skontrolował znajomego swojego własnego szefa. Pech — twierdzi kontroler, znajomy Bogdana B.
Znamy inną wersję. W grudniu skontrolował chorą staruszkę, która mimo 90 lat prowadziła działalność gospodarczą. Żeby poprawić sobie statystykę, zgłosił przeprowadzenie tej kontroli w styczniu. Pech chciał, że staruszka zmarła pod koniec grudnia. Wpadka. Tym większa, że jak się okazało, była babką białostockiego barona SLD, dłużnika ZUS, który założył jej działalność gospodarczą, ponoć bez jej wiedzy.
— Niestety, to prawda. Ale szef chciał kryć barona, a jego sprawie ukręcić łeb — twierdzi zapytany przez nas Bogdan B.
Inspektorzy bez zakresu
Spryt i psychologia. Niejeden komornik wiele by się nauczył. Rzecz w tym, że nie zawsze kontrole były zgodne z prawem. Nie zawsze prowadzili je ci, co powinni i nie zawsze wypytywali o to, o co powinni. Dlatego ZUS wie więcej niż powinien.
Z opowiadań Bogdana kontrolera wynika, że wyciągał od ludzi więcej informacji, niż miał do tego prawo i zbytnio ingerował w życie osobiste. Czy łamał prawo?
W ustawie z 13 października 1998 r. o systemie ubezpieczeń społecznych w rozdziale 10 jest zapis mówiący, że kontrola może obejmować jedynie składniki majątku płatników składek. Nie ma mowy o członkach rodziny, a już na pewno nie o kochankach. Dodatkowo art. 88 ust. 1 wymienia dokładnie, co płatnik ma obowiązek udostępnić w trakcie kontroli, czyli: „księgi, dokumenty i inne nośniki informacji związane z zakresem kontroli, które są przechowywane u płatnika oraz u osób trzecich w związku z powierzeniem tym osobom niektórych czynności na podstawie odrębnych umów”. W ustawie nie ma mowy o udostępnianiu jakichkolwiek innych dodatkowych informacji na temat posiadanego majątku płatnika lub jego rodziny. A jednak ZUS w Białymstoku żąda takich informacji.
I druga rzecz. Ustawa precyzuje, kto może przeprowadzać kontrole płatników ZUS. „Kontrolę wykonywania zadań i obowiązków w zakresie ubezpieczeń społecznych przez płatników składek przeprowadzają inspektorzy kontroli Zakładu”. Bogdan B. był jedynie inspektorem.
Co za różnica, inspektor czy inspektor kontroli?
— Olbrzymia. Żeby zostać inspektorem kontroli, trzeba zdać państwowy egzamin poprzedzony szkoleniem i stażem pracy, co najmniej dwuletnim. Tylko wtedy taki urzędnik dostaje legitymację służbową inspektora kontroli — wyjaśnia Bogdan B.
Istotnie. Ustawa mówi, że „inspektorem kontroli Zakładu może być pracownik Zakładu, który: złożył egzamin kwalifikacyjny na stanowisko inspektora kontroli Zakładu z wynikiem pozytywnym przed komisją powołaną przez głównego inspektora kontroli Zakładu”.
Ilu takich inspektorów kontroli pracuje w ZUS w Białymstoku?
— Kilku i kontrolują sporadycznie. Braki kadrowe powodują, że kontrole prowadzą inspektorzy z referatu dochodzenia należności, którzy nie mają legitymacji służbowej uprawniającej do dokonywania kontroli. Ich obowiązki powinny ograniczyć się do sprawdzania poprawności wypełnienia dokumentów czy poprawności naliczenia składek, czyli praca biurowa, a nie kontrole w terenie. Oni o tym nie mają bladego pojęcia — twierdzi Bogdan B.
Brakuje im nie tylko zielonego pojęcia, ale również legitymacji służbowych, bo te mają inspektorzy kontroli. Tymczasem ustawa wyraźnie określa, że: „inspektor kontroli Zakładu wszczyna kontrolę u płatnika składek po okazaniu legitymacji służbowej i po doręczeniu upoważnienia do przeprowadzenia kontroli”.
W takim razie, na jakiej podstawie kontrole są dokonywane?
— Na podstawie upoważnienia i dowodu osobistego. Upoważnienia nie są podpisane przez naczelnika wydziału kontroli, choć powinny, a jedynie przez naczelnika wydziału realizacji dochodów — mówi Bogdan B.
Skoro na kontrolę do firmy przychodził urzędnik bez służbowej legitymacji, właściciel mógł odmówić jego wpuszczenia?
— Byłem na kilku kontrolach w większych firmach, gdzie radca prawny po zapoznaniu się z podstawą prawną stwierdzał jednoznacznie, że nie mogę przeprowadzić kontroli w danym zakresie, ponieważ podana podstawa prawna nie daje takiej możliwości. Po takiej kontroli naczelnik zawsze mówił, że należy napisać notatkę służbową z czynności służbowych i oczywiście nie podawać, dlaczego kontrola nie doszła do skutku. Firmy, które odmówiły wpuszczenia kontrolerów, nie poniosły konsekwencji. Ale w wielu małych firmach wystarczała magia papierka z podstawą prawną i brak wiedzy prawnej jej właściciela. Kilka z nich na skutek takiej kontroli zbankrutowało — twierdzi Bogdan B.
Stanowisko ZUS jest identyczne. „Oględziny składników majątku płatników składek stanowią zakres kontroli wskazany w art. 86 ust. 2 pkt 6 ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych. Przedmiotem oględzin są składniki majątku płatników składek zalegających z opłatą należności z tytułu składek. Przeprowadza je inspektor kontroli Zakładu. Zakład wszczyna kontrolę płatnika składek po okazaniu legitymacji służbowej i po doręczeniu upoważnienia (…) Do dokumentów, na podstawie których inspektor kontroli stwierdza stan majątku płatnika składek, zalicza się np.: akt notarialny, umowę kupna, fakturę, ewidencję środków trwałych oraz wartości niematerialnych i prawnych itp.” — czytamy w wyjaśnieniu przesłanym do redakcji z centrali ZUS w Warszawie.
Czy przełożony inspektorów, wysyłając ich na kontrole, wiedział, że nie mają uprawnień do ich przeprowadzania i że kontrolują bezprawnie?
— Wielokrotnie informowałem o tym swojego szefa, Andrzeja Więckowskiego, naczelnika wydziału realizacji dochodów. Informowałem o tym również dyrekcję ZUS w Białymstoku — twierdzi Bogdan B.
Andrzej Więckowski nie udzielił nam wyjaśnień odnośnie kontroli.
Od kiedy i czy nadal kontrole są przeprowadzane przez inspektorów bez uprawnień?
— Od 1999 roku i z tego, co wiem, nadal trwają — uważa inspektor.
Inni przedsiębiorcy
— Kontroler ZUS odwiedził mnie jakieś dwa albo trzy lata temu, nie pamiętam dokładnie. Pokazał upoważnienie i wizytówkę — mówi Jacek, przedsiębiorca spod Białegostoku (nazwisko znane redakcji).
Jaką wizytówkę? A legitymację służbową?
— Normalną wizytówkę. Legitymacji nie miał. Potem podpisałem jakiś papier. Pięc tysięcy kary mi dowalili i do sądu podali za niepłacenie składek. Nie przyszło mi do głowy, że kontrola może być nielegalna. Ufałem urzędnikowi. Teraz już wiem i wystąpię do sądu — zapowiada przedsiębiorca.
Inny, z Białegostoku, potwierdza jego słowa:
— Był u mnie kontroler, ale bez legitymacji. Pytał, co robi żona, gdzie pracuje syn, ile zarabiają. Odniosłem wrażenie, że nie powinno go to obchodzić, ale skąd miałem wiedzieć?
Byli jednak i tacy, którzy wiedzieli i się postawili. Z firmy TopAuto inspektor ZUS odszedł z kwitkiem. Jej właściciel miał mądrego prawnika.
— Inspektor pokazał legitymację, ale nie miał upoważnienia do kontroli, więc jedynie poczęstowano go kawą i podziękowano za mile spędzone chwile. Konsekwencji nie było — twierdzi Jarosław Kukuła, były pracownik izby skarbowej i radca prawny TopAuto.
