Koronawirus to nie jedyna plaga

opublikowano: 15-10-2020, 22:00

Planowy szczyt Rady Europejskiej (RE) 15-16 października w Brukseli jest trzecim stacjonarnym po kilku zorganizowanych wiosną zdalnie, ale prezydenci/premierzy znowu nie stawili się w komplecie.

RE nie ma formuły hybrydowej, zatem albo wszyscy mówią z ekranów, albo siedzą za owalnym stołem w gmachu Europa. Tym razem objęcie kwarantanną wykluczyło z posiedzenia naszego premiera Mateusza Morawieckiego, którego reprezentuje upełnomocniony czeski kolega Andrej Babiš. Dwa tygodnie temu, na szczycie ze statusem nadzwyczajnego, zdarzyło się dokładnie odwrotnie. Traktatowy zapis, że „w skład RE wchodzą szefowie państw lub rządów” odczytywany jest w unijnej centrali ortodoksyjnie i wyklucza awaryjne zajęcie przynależnego państwu krzesła przez wiceprezydenta/wicepremiera, nie mówiąc już o szefie MSZ. Tak oto RE dba o swoją protokolarną czystość i najwyższą rangę, ale to jednak absurd. Przecież niezrównanie cenniejsze merytorycznie byłoby przekazywanie stanowiska państwa przez każdego wice, będącego w stałej łączności ze swoim zastępowanym szefem — niż przez sojusznika, ale jednak będącego szefem rządu innego państwa! Absolutnie nie wystarcza wcześniejsze przekazanie stanowiska wobec poszczególnych punktów obrad i pozostawanie w łączności. Bardzo naturalne są pytania o suwerenność czy tajemnicę państwową, ale konstytucyjną naszą, a nie wyimaginowaną sąsiedzką. Takie zastępcze reprezentowanie to jednak anomalia, chociaż akurat nie polska czy czeska, lecz unijna.

Angela Merkel i Emmanuel Macron unikają koronawirusa, ale nie wszyscy mają tyle szczęścia.
Yves Herman

Kontrofensywa COVID-19 dała o sobie znać na szczycie jeszcze silniej. Oto obrady RE na samym początku musiała opuścić Ursula von der Leyen, przewodnicząca Komisji Europejskiej, po stwierdzeniu kontaktu z osobą zarażoną koronawirusem, chociaż wynik badania jej samej wyszedł negatywnie. W tych okolicznościach paradoksalnie wcale nie wyszło dla krajowych spraw źle, że Mateusz Morawiecki w czwartek przymusowo pozostał w kraju. W związku z gwałtownym przyborem fali epidemii bezpośrednio pilotował wydanie nowego rozporządzenia, gwałtownie zaostrzającego w Polsce ograniczenia życia publicznego. Rząd na szczęście nie postanowił o dokładnym powrocie do restrykcji wiosennych, ale dosyć silnie zaciągnął hamulec poluzowany w lecie. Nowe przepisy kolejny raz uderzają w branże, najbardziej dotknięte epidemiczną zapaścią wiosną — gastronomiczną, turystyczną, transportową, konferencyjną. Na razie nie ma żadnej mowy o kolejnych tarczach osłonowych, ponieważ nowelizowany obecnie z gigantycznym deficytem budżet 2020 już takiego ciężaru nie wytrzyma.

Konsekwencje kontruderzenia wirusa stają się i w Polsce, i całej UE coraz bardziej dramatyczne. Jednak tylko pozornie odsuwa to na dalszy plan problemy, rzutujące na przyszłość po opanowaniu COVID-19. Podczas obecnego szczytu RE na plan pierwszy wysuwa się perspektywa brexitu bezumownego. Okres przejściowy, podczas którego obywatele Unii Europejskiej oraz Zjednoczonego Królestwa realnie jeszcze nie odczuwają różnicy, nieodwołalnie kończy się 31 grudnia 2020 r. Termin 15 października uważany był zarówno przez stronę unijną — konkretnie Ursulę von der Leyen oraz Charlesa Michela, przewodniczącego RE — oraz brytyjskiego premiera Borisa Johnsona za ostateczny dla osiągnięcia kompromisu w kilku zaognionych sporach. Okazuje się jednak, że w obecnym stanie negocjacji nie ma o tym mowy. Być może kolejny szczyt RE ostatniej szansy odbędzie się w listopadzie, a jeśli nic z tego nie wyjdzie — ostateczny rozwód w noc sylwestrową 2020/21 nastąpi jednak na dziko…

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane