Wejście w życie tzw. piątki dla zwierząt, czyli przepisów, które miały m.in. doprowadzić do likwidacji hodowli futerkowych w Polsce, wydaje się coraz mniej realne. Silny opór wobec tych regulacji widać w łonie samej zjednoczonej prawicy. Nie oznacza to jednak, że hodowcy mogą czuć się bezpiecznie.

- Jeżeli chodzi o fermy zwierząt futerkowych, teraz mamy do czynienia z zagrożeniem zdrowia. Nie ma więc już mowy o dobrostanie czy ekonomii, bo przecież chodzi o życie ludzi – mówił pod koniec lutego w Polskim Radiu Grzegorz Puda, minister rolnictwa .
Przyznał, że nie wie, jakie będą dalsze losy tzw. piątki dla zwierząt. Jego resort podjął jednak inne działania, których efekt może być – jak twierdzą hodowcy – bardzo podobny lub identyczny.
Norki wyjątkiem
21 grudnia zeszłego roku minister rolnictwa wydał rozporządzenie dotyczące zwalczania COVID-19 u norek. Zgodnie z nim, jeśli w jakimś gospodarstwie wystąpią takie zakażenia, powiatowy lekarz weterynarii ma obowiązek zarządzić niezwłoczne wybicie całego stada.
Dokument szczegółowo opisuje, jakie metody czyszczenia i odkażania należy zastosować w tym wypadku, nie wspomina jednak o jakimkolwiek odszkodowaniu dla właściciela gospodarstwa.
- Prawo do odszkodowań z budżetu państwa mają w Polsce hodowcy drobiu, bydła, trzody chlewnej, a także strusi, jeleni, pszczół i ryb słodkowodnych, jeśli decyzją organów Inspekcji Weterynaryjnej zwierzęta muszą być ubite. Wysokość tego odszkodowania ma odzwierciedlać wartość rynkową zwierząt. My zostaliśmy jednak w ustawie pominięci – mówi Szczepan Wójcik, prezes Związku Polskiego Przemysłu Futrzarskiego (ZPPF).
Kilka tygodni później w Polsce wykryto pierwszy przypadek - pod koniec stycznia COVID-19 stwierdzono w stadzie prawie 6 tys. norek w powiecie kartuskim na Pomorzu. Zwierzęta wybito.
Nagroda za pomoc
- Byłem pełnomocnikiem właściciela tego stada, wiem więc doskonale, że żadnego odszkodowania nie dostał. Owszem, powiatowy lekarz weterynarii wystąpił do swojego zwierzchnika, czyli lekarza wojewódzkiego, o wypłacenie hodowcy nagrody za pomoc w wybiciu. Miała ona wynieść równowartość 50 EUR za zwierzę. Na razie jednak, choć minęło kilka tygodni, hodowca żadnych pieniędzy nie zobaczył – relacjonuje Szczepan Wójcik.
W jego ocenie wysokość tej „nagrody za pomoc” (choć faktycznie hodowca sam wybił swoje stado) była porównywalna z ceną futer, tymczasem chodziło o stado zarodowe, co oznacza, że zwierzęta były warte znacznie więcej. Ponadto nagroda jest uznaniowa i nie może zastąpić obligatoryjnego odszkodowania.
Lider polskiej branży futrzarskiej przypomina, że resort rolnictwa ani teraz, w kontekście COVID-19, ani kilka miesięcy temu, gdy w parlament pracował nad piątką dla zwierząt, nie wspominał o odszkodowaniach dla rolników, których stada miały być wybite. Twierdzi, że minister Grzegorz Puda tylko raz nieoficjalnie powiedział hodowcom, że ewentualna rekompensata mogłaby wynosić 23 zł za jedno zwierzę.
Ceny futer w górę
- To propozycja absolutnie nie do przyjęcia. Kwoty, jakie otrzymywali hodowcy w Europie Zachodniej, a nawet w krajach naszego regionu, były do kilkudziesięciu razy wyższe – mówi Szczepan Wójcik.
Zaznacza, że teraz - gdy z powodu likwidacji stad, m.in. w Danii (akcję przeprowadzono jesienią zeszłego roku w związku z zakażeniami COVID-19), podaż futer istotnie się zmniejszyła - ceny znacznie wzrosły. Dowód? Wyniki ostatniej aukcji w Kopenhadze, podczas której już pierwszego dnia średnia cena wysokiej jakości brązowego futra z samca norki wyniosła 50 USD, czyli o 92 proc., więcej, niż na poprzedniej aukcji we wrześniu. Średnia cena standardowej jakości tego typu futra wzrosła o 70 proc., do 36 USD, zaś białego futra z samicy norki – o 89 proc., do 39 USD.
- To były ceny na samym początku aukcji, potem jeszcze wzrosły. Pod koniec futra kosztowały nawet o 150-200 proc. więcej niż jesienią – twierdzi Szczepan Wójcik.
Jego zdaniem w tych okolicznościach polscy rolnicy powinni dostać wyższe odszkodowania niż duńscy, holenderscy i czescy (równowartość odpowiednio: 757 zł, 840 zł i 1180 zł).
Za rekompensatami opowiada się m.in. opozycyjny senator Krzysztof Kwiatkowski. Jesienią zeszłego roku w rozmowie z „PB” stwierdził, że jeśli państwo polskie w osobie ustawodawcy podejmuje decyzje o zamknięciu lub znacznym ograniczeniu działalności gospodarczej w danym obszarze, to jego obowiązkiem jest przyjęcie czytelnych, jasnych i adekwatnych mechanizmów odszkodowawczych.
Pfizer dla zwierząt
Wobec potencjalnego braku odszkodowań szansą dla hodowców może być szczepionka.
- Dosłownie kilka dni temu jej producent, amerykańska firma Zoetis, która wyodrębniła się jakiś czas temu z Pfizera, zgłosiła się do naszego ministerstwa rolnictwa z propozycją wprowadzenia na polski rynek tego preparatu. Niestety resort odniósł się sceptycznie do tej oferty. Argumentował, że szczepionka nie przeszła jeszcze wszystkich testów i nie powinna być stosowana w Polsce – mówi szef ZPPF.
Podkreśla, że mimo tych zastrzeżeń preparat jest już wykorzystywany w USA, zaś w Hiszpanii i Grecji trwają rozmowy dotyczące jego zastosowania.
Polscy hodowcy chcą sami zapłacić za szczepionkę, a opór resortu rolnictwa uważają za znamienny. Szczepan Wójcik przypomina, że Grzegorz Puda był sejmowym sprawozdawcą piątki dla zwierząt i jest przeciwnikiem hodowli zwierząt futerkowych w Polsce.
- Obawiamy się, że COVID-19 może się stać pretekstem, by doprowadzić do likwidacji hodowli mimo upadku piątki dla zwierząt – mówi prezes ZPPF.