Bardzo sucho odnosi się do litery prawa, która akurat w tym wypadku zdecydowanie rozwiera nożyce wobec jego ducha. Prokuratura przypomniała, że spółka akcyjna KGHM Polska Miedź już nie jest „krajową jednostką organizacyjną dysponującą środkami publicznymi”, lecz zwyczajną spółką prawa handlowego, działającą zgodnie z ich kodeksem i zasadami wolnego rynku. Skarb państwa trzyma w KGHM jeszcze resztówkę 31,79 proc. akcji, czyli poniżej jednej trzeciej — zatem nie ma już mowy o podmiocie publicznym. Z tego punktu widzenia nie ma znaczenia, że resztówkowy akcjonariusz państwowy realnie jest wyłącznym decydentem obsady kadrowej.
Bardziej kuriozalny jest inny fragment uzasadnienia odmowy. Otóż nagrani działacze PO przy podejmowaniu działań nie występowali jako funkcjonariusze publiczni, czyli posłowie na Sejm lub radni, lecz jako członkowie partii politycznej, działający w jej imieniu i na jej rzecz. Okoliczność, że w polskiej ordynacji proporcjonalnej po prostu nie można zdobyć publicznego mandatu posła czy radnego w mieście na prawach powiatu inaczej, niż kandydując z okręgowej listy — w tym wypadku Platformy Obywatelskiej — nie ma dla prokuratury znaczenia. W związku z tym dolnośląski handel stanowiskami „nie ma znamion przestępstwa płatnej protekcji czy też innych czynów będących przedmiotem złożonych zawiadomień". Amen.