Kredyty mieszkaniowe są drogie

Agnieszka Ostojska
opublikowano: 2000-07-07 00:00

Kredyty mieszkaniowe są drogie

Oferta banków staje się coraz bogatsza

Po kredytach na sprzęt AGD i samochody przyszła kolej na długoterminowe kredyty budowlane i mieszkaniowe. Coraz większa część polskiej dopiero co powstałej klasy średniej decyduje się na ten sposób finansowania zakupu swojego mieszkania czy domu.

Kredyty mieszkaniowe, mimo relatywnie wysokiej ceny, cieszą się coraz większą popularnością.

— W historii polskiego kredytu zaobserwowaliśmy trzy etapy. Na początku lat 90. ludzie chcieli zaopatrzyć się w sprzęt gospodarstwa domowego. Udzielaliśmy wówczas niewielkich kredytów krótkoterminowych. Po kilku latach zaczęliśmy pomagać w finansowaniu zakupu samochodów. Teraz ludzie chcą nabywać mieszkania i domy. Jest to wynik szybkiego rozwoju ekonomicznego naszego kraju, bogatsze społeczeństwa mają więcej potrzeb — twierdzi Sebastian Łuczak z Pekao SA.

Średnia i wyższa kadra

Do banków zgłaszają się osoby, które osiągnęły już pewien szczebel w karierze zawodowej.

— Nasi klienci mają zwykle 30-45 lat i dochody miesięczne nie mniejsze niż 3 tys. zł na osobę. 75 proc. z nich to pracownicy wyższego i średniego menedżmentu, zatrudnieni na podstawie umowy o pracę. 25 proc. stanowią prywatni, dobrze prosperujący przedsiębiorcy. Najczęściej o kredyt ubiegają się lekarze, prawnicy, pracownicy firm konsultingowych i agencji reklamowych — wyjaśnia Agnieszka Szadkowska z GE Bank Mieszkaniowy.

Wyższy szczebel w hierarchii zawodowej wskazuje na większe kwalifikacje, a to po części gwarantuje terminową spłatę kredytu.

— Przy udzielaniu kredytów staramy się uzgodnić, czy przez 20 lat wnioskodawca będzie w stanie co miesiąc oddać nam część dochodów. W tym czasie jednak nie może on pozostać bez środków do życia, dlatego też kredyt nie powinien zabierać więcej niż 35-40 proc. jego miesięcznych przychodów. Dochód do dyspozycji musi więc być relatywnie duży — tłumaczy Sebastian Łuczak.

Napędzająca ulga

Pierwsze kwartały 2000 roku wskazują na większe zainteresowanie kredytami niż 12 miesięcy temu.

— W porównaniu z pierwszymi trzema miesiącami 1999 r. wartość udzielonych kredytów wzrosła o przeszło 40 proc., a ich średnia wielkość wynosi 78 tys. zł. Możemy to tłumaczyć nie tylko większą zasobnością kieszeni społeczeństwa. Nie bez znaczenia jest również ulga budowlana, a właściwie co roku pojawiająca się groźba jej wycofania. Rok 2000 ma być podobno ostatnim, w którym można dokonać odliczenia od podatku z tytułu wydatków mieszkaniowych. Świadomość tego jest często czynnikiem rozstrzygającym przy podejmowaniu decyzji o zakupie czy remoncie nieruchomości. To między innymi powoduje, że trafia do nas coraz więcej osób — tłumaczy Janusz Ostaszewski z PKO BP.

Większa część społeczeństwa nie posiada jednak wystarczających dochodów, aby przy tak dużym oprocentowaniu spłacać przez 20 lat wysokie raty kredytu.

—- Przyczyn wygórowanych cen kredytów jest wiele. Jedną z najważniejszych jest inflacja, która powoduje utrzymanie oprocentowania na wysokim poziomie. Nie bez znaczenia jest też wielkość obowiązkowych rezerw. 5 proc. każdego kredytu musi być ulokowane na nie oprocentowanym koncie w NBP jako zabezpieczenie wypłacalności banku. Jeżeli spłata podlega zawieszeniu, to ich wielkość wzrasta do 7 proc. Te odgórne zabezpieczenia powodują wzrost ceny kredytu — sugeruje Sebastian Łuczak.

— W ceny naszych kredytów jest wkalkulowany nie tylko wskaźnik inflacji. W ciągu 20 lat spłaty kredytu nakład pracy banku na jego obsługę jest relatywnie duży. To kosztuje, podobnie jak ryzyko, które nasza instytucja bierze na siebie na tak długi okres — tłumaczy Robert Baker z BPH.

Klient nasz pan

Banki, mając na uwadze rosnące zainteresowanie kredytami, modyfikują swoje produkty i proponują coraz lepsze warunki i obsługę.

— Ta gałąź bankowości ma bardzo dużą przyszłość, a więc konkurencja jest coraz większa. Banki, aby utrzymać swoją płynność, muszą niestety pozostawić oprocentowanie na uzależnionym od inflacji i wielkości rezerw poziomie. Polem do współzawodnictwa pozostają więc opłaty dodatkowe. Prowizje od udzielonego kredytu stają się coraz niższe. Rzadziej pobiera się opłatę za zmianę waluty czy wcześniejszą spłatę. Ważna jest również obsługa klienta, którego traktuje się coraz bardziej profesjonalnie. Liczba koniecznych wizyt w banku ogranicza się do dwóch, co najwyżej trzech. Klienta traktuje się indywidualnie. Ważna jest bowiem atmosfera relacji z osobą, z którą będzie się współpracować nierzadko przez 25 lat — tłumaczy Honorata Leszczyńska z WBK.

Agnieszka Ostojska