Nisko posłany backhand Belgijki Kristen Flipkens zahacza o taśmę i już już ma wylądować za plecami biegnącej do siatki Agnieszki Radwańskiej, gdy Polka w ułamku sekundy orientuje się w sytuacji, wykonuje piruet i — odwrócona tyłem do przeciwniczki — posyła piłkę na wolne pole. Kibice na trybunach w Miami szaleją, bezradna Belgijka rzuca rakietę na kort, amerykańscy komentatorzy krzyczą o „supreme improvisation”, a fani tenisa z całego świata kilka miesięcy później wybierają to uderzenie jako najlepsze zagranie 2013 r. w kobiecym tenisie.
Właśnie dzięki takim zagraniom polski sport nie ma bardziej rozpoznawalnej ambasadorki niż dwudziestoczteroletnia (urodziny ma w marcu) tenisistka z Krakowa. W zawodowej karierze Agnieszka Radwańska wygrała już ponad 400 spotkań, zdobywając po drodze 13 singlowych tytułów i m.in. dochodząc do finału wielkoszlemowego turnieju na kortach Wimbledonu. To właśnie w Londynie po raz pierwszy przekonała się, że tenis może być jej sposobem na życie.
— To był rok 2005 — w finale juniorskiego Wimbledonu wygrałam z Tamirą Paszek. Wtedy uwierzyłam, że naprawdę mogę coś osiągnąć na kortach. Ale to był tylko początek drogi, bo nie brakuje juniorskich mistrzyń, które potem już nic więcej specjalnego nie zrobiły — opowiada Agnieszka Radwańska. A ona chce osiągnąć więcej — i pomaga jej w tym sztab ludzi.
Łakomy fiskus
Z tenisistką rozmawiamy pod koniec grudnia w kamperze zaparkowanym obok studia filmowego na przedmieściach Warszawy. Nagrywa tu reklamę dla sieci drogerii Dayli, które należą do giełdowej Hygieniki. Dla tenisistów kontrakty ze sponsorami to drugie — poza zarobkami na korcie — źródło dochodów.
W przypadku najlepszych i najpopularniejszych — Rogera Federera czy Marii Szarapowej — znacznie bardziej obfite od pierwszego. Nawet jednak bez sponsorów na korcie można zbić majątek — według oficjalnych danych WTA Agnieszka Radwańska z rakietą w ręku zgarnęła dotychczas 14,2 mln USD z nagród za turniejowe występy, co daje jej 18. miejsce wśród najlepiej zarabiających tenisistek w historii. Największe pieniądze przynoszą oczywiście występy w czterech turniejach wielkoszlemowych — tylko ubiegłoroczny półfinał Wimbledonu wart był 626 tys. USD, za występ w ćwierćfinałach zgarnia się około 250 tys. USD. Jest jednak haczyk.
— Te liczby robią wrażenie, ale z rzeczywistością mają niewiele wspólnego, bo nie uwzględniają podatków. Trzeba płacić w każdym kraju, w którym gra się turniej. Stawki są różne, ale średnio 30 proc. wygranych zjada lokalny fiskus. Trzeba też przecież opłacić podróże sobie i ekipie — a zazwyczaj podróżują ze mną dwie osoby — i ponieść dziesiątki innych wydatków — wyjaśnia Agnieszka Radwańska.
Apetyczne kontrakty
Krakowianka jednak na pewno grosza do grosza ściubić nie musi — oprócz wygranych może liczyć na stały dopływ pieniędzy m.in. od Amiki, Lexusa (ostatnio promowała jego hybrydy), sprzętowych sponsorów Babolat (rakiety) i Lotto (stroje), a także od stycznia od szwajcarskiego producenta zegarków Rado. — Za kontakty ze sponsorami i ich poszukiwanie odpowiadają moi agenci, ja się w takie rzeczy nie mieszam. Może z jednym wyjątkiem, bo wśród moich sponsorów jest też teraz Cheesecake Factory, które od dawna uwielbiałam — mówi zawodniczka.
Jak wyjaśnia Stuart Duguid, jej agent z potężnej agencji Lagardere Unlimited (obsługuje też m.in. Wiktorię Azarenkę, Caroline Wozniacki, Andy’ego Murraya, Richarda Gasqueta i — od niedawna — Jerzego Janowicza), z amerykańską siecią cukierni sprzedających serniki bez żadnych konkretnych nadziei skontaktowano się tylko dlatego, że tenisistka odwiedzała je, gdy tylko mogła. Ku zaskoczeniu agentów prezes firmy — David Overton — okazał się nie tylko fanem tenisa, ale i Agnieszki Radwańskiej. Z negocjacjami nie było więc problemów, a tenisistka rychło serwowała serniki w ramach akcji marketingowej sieci w Nowym Jorku. W tym roku agenci też będą mieli pełne ręce roboty.
— W portfolio sponsorów wyraźnie brakowało zegarków, ale to mamy już załatwione. Na pewno będziemy wkrótce ogłaszać nowe duże kontrakty sponsorskie, bo jest jeszcze kilka branż, do których Agnieszka by dobrze pasowała, np. banki czy ubezpieczyciele — mówi Stuart Duguid. Agent nie wyklucza, że w którejś kampanii — na rynku polskim, nie globalnym — Agnieszka Radwańska będzie występowała u boku Jerzego Janowicza. Niewykluczone też, że wkrótce tenisistka zmieni dostawcę strojów — kontrakt z Lotto obowiązuje tylko do końca 2014 r.
— Jeszcze nie wiadomo, w czyich strojach Agnieszka będzie występowała w przyszłym roku, ale Lotto na pewno ma przewagę w tym, że pozwala na umieszczanie logotypów innych sponsorów obok swoich. Część największych producentów kategorycznie tego zakazuje — wyjaśnia Stuart Duguid.
Mglista przyszłość
Pieniądze lecą, lata — powoli — też, ale Agnieszka Radwańska, która 6 marca skończy 25 lat, podkreśla, że na razie koncentruje się wyłącznie na tenisie i wielkich planów na przyszłość nie kreśli. Co najwyżej rakietą po korcie.
— Na pewno chciałabym założyć własny klub tenisowy, ale poza tym nie mam jeszcze precyzyjnych planów, dotyczących tego, co będę robiła po zakończeniu kariery. Na razie gram w tenisa — od piątego roku życia, czyli od dwudziestu lat — i jeszcze sporo lat mogę spędzić na korcie, choć oczywiście organizm już powoli zaczyna odczuwać trudy kariery i regeneruje się dużo wolniej niż kilka lat temu — stwierdza. Poza tenisem krakowianka pojawia się jeszcze na treningach na basenie, ale innych sportów nie uprawia. Nie dlatego, że nie chce.
— Dla przyjemności jeżdżę na rolkach po krakowskich błoniach — i to właściwie tyle, bo na przykład na narty nie mogę się wybrać ze względu na niebezpieczeństwo kontuzji — zdradza tenisistka. Próbuje też dochrapać się tytułu magistra krakowskiej Akademii Wychowania Fizycznego.
— Z tym jest wielki problem, bo tak naprawdę mam wolne wyłącznie kilka tygodni pod koniec roku i tylko wtedy mogę zdawać egzaminy w Polsce. Na szczęście uczelnia elastycznie podchodzi do mojego kalendarza i może niedługo uda mi się skończyć trzeci rok — mówi Agnieszka Radwańska.
Dookoła świata
Początek roku tenisistka spędza na Antypodach, potem kalendarz rzuca ją zazwyczaj na Półwysep Arabski, do Stanów Zjednoczonych, na intensywne tournee po Europie, znów do Stanów i w końcu do Azji. Czasu na wypoczynek wiele nie ma. — Obleciałam już świat kilka razy, ale nadal nie znoszę podróży i daję sobie z nimi radę tylko dzięki pigułkom nasennym. W sezonie najlepiej się czuję w Australii, gdzie jestem w styczniu, i w Kalifornii oraz na Florydzie, gdzie jestem w marcu — podoba mi się tam wszystko, od ludzi po klimat. Najgorzej czuję się w Azji, choć akurat w tamtejszych turniejach idzie mi zazwyczaj dobrze. Minus ciągłych podróży jest taki, że urodzin — w przeciwieństwie do siostry (Urszula urodziła się w grudniu — red.) — nie mogę nigdy zorganizować w Polsce i świętuję je w Indian Wells. Zazwyczaj w Cheesecake Factory — śmieje się Agnieszka Radwańska. &
