Biznes przesiąknięty polityką — to domena nie tylko III Rzeczypospolitej. Przed wojną Marcel Boussac, później właściciel firm Christian Dior czy Yves Saint-Laurent, przyniósł Żyrardowowi pot i łzy, a skarbowi państwa — niemałe straty finansowe.
Ale dlaczego w Żyrardowie w ogóle się zjawił? W 1829 r. zawiązało się w Warszawie Towarzystwo Wyrobów Lnianych K. Scholtz i Spółka, które postanowiło wykorzystać talenty Philippe’a de Girarda (sławę przyniosła mu maszyna do przędzenia lnu). Sprowadzono z Anglii maszyny przędzalnicze, które Francuz dodatkowo ulepszył. W 1833 roku spółka uruchomiła tkalnię lnu w Rudzie Guzowskiej, którą od nazwiska Francuza szybko przemianowano na Żyrardów. Dwaj założyciele spółki, Henryk Łubieński i Józef Lubowidzki, piastowali wysokie stanowiska we władzach Banku Polskiego, przedsięwzięcie korzystało więc z sutych kredytów. Ale wskutek braku spłaty należności, Bank Polski przejął fabrykę w latach 1847-1850 na własność. Mimo długów przedsiębiorstwo było w niezłej kondycji technicznej i słynęło z dobrych wyrobów, jak płótno lniane czy „bielizna stołowa”.
Znój i ochronka
W 1857 r. bank sprzedał fabrykę spółce Austriaka Karola Hielle i Niemca Karola Augusta Dittricha i udzielił kredytu. W 1885 roku zakłady żyrardowskie dawały już 93 proc. produkcji lniarskiej Królestwa i zatrudniały prawie 8 tys. robotników. Robotnikom nie żyło się w fabryce łatwo. Pracowali od 5 rano do 7 wieczór, zarobki były niższe niż w Łodzi. Ale rodzina Dittrichów nie zapominała o urządzeniach socjalnych. Tuż przed I wojną światową fabryka prowadziła m.in. ochronkę, szkoły elementarne, bibliotekę robotniczą, szpital, aptekę, przytułek dla starców, fundację dla robotników z ubezpieczalnią i zbudowała 132 murowane domy mieszkalne (stoją do dziś). Ale warunki pracy były tak ciężkie, a cudzoziemski personel nadzorczy tak nieprzyjemny, że robotnicy się buntowali, a ich strajki w latach 1883, 1891 i 1905 tłumiono z użyciem wojska.
W 1885 roku firmę przekształcono w Towarzystwo Akcyjne Zakładów Żyrardowskich Hiellego i Dittricha o kapitale zakładowym 9 mln rubli. W 1912 roku zatrudnienie przekroczyło 9 tys. osób. Poza wyrobami lnianymi wytwarzano towary bawełniane, artykuły dziewiarskie i wełniane. W 1915 roku wojsko rosyjskie wywiozło wiele urządzeń, inne maszyny uszkodzono, ewakuowano większość robotników, zwłaszcza fachowców. Okupanci niemieccy dokończyli zniszczenia. Straty wojenne szacowano na 20,5 mln rubli. Na jesieni 1918 roku w zrujnowanych zakładach pracowało jeszcze ponad 500 robotników.
Oj, jak tanio!
Pozbawiony pożyczki od państwa polskiego na uruchomienie fabryki, zarząd spółki postanowił w maju 1919 r. ją zamknąć. Ale ministerstwo przemysłu i handlu szybko ustanowiło przymusowy zarząd państwowy, co komentowano groźbą opanowania fermentu rewolucyjnego w mieście (jak zauważył sen. Marian Sobolewski „w pośpiechu zatrudniono kilkuset ludzi, a dopiero potem zastanawiano się nad wynalezieniem dla nich pracy”). Kierownikiem zarządu państwowego mianowano inż. Władysława Śrzednickiego. Paweł Hulka-Laskowski pisał o nim: „W ciągu niewielu lat swej działalności żyrardowskiej inż. Śrzednicki był wszędzie: odbudowywał fabrykę, szukał kredytów, organizował sprzedaż towarów, troszczył się o rozwój szkolnictwa”.
Fabryka ruszyła w latach 1919-20 dzięki kredytowi państwowemu (493 tys. dol.). W 1923 roku zakłady zatrudniały 5600 robotników i wytwarzały 70 proc. przedwojennej produkcji. Od 1920 roku nie korzystały z pomocy finansowej państwa. Tymczasem akcjonariusze z Czechosłowacji postanowili sprzedać swój pakiet akcji, formalnie wciąż istniejącej spółki — kupiła je grupa polsko-francuska. I zaoferowała przejęcie zakładów w zamian za niezwłoczną spłatę wydatków państwa na odbudowę fabryki. Głównym udziałowcem spółki stał się Francuz Marcel Boussac (za 36 proc. akcji zapłacił zaledwie około 17 tys. dol. — liczył na przejęcie kontroli nad zakładem przy wykorzystaniu wpływów wojskowych francuskich w Polsce, jak gen. Henri le Ronda, przewodniczącego plebiscytowej komisji międzysojuszniczej na Górnym Śląsku).
Marcel Boussac był potentatem na francuskim rynku tekstylnym, miał firmę Comptoir de l’Industrie Cotonniere (przetwórstwo bawełny); majątku dorobił się podczas wojny na operacjach spekulacyjnych, zwłaszcza na dostawach dla armii. Polskie poselstwo w Paryżu ostrzegało rząd, że i Żyrardów może paść ofiarą spekulacji. Oferta Francuzów wydawała się jednak obiecująca. Ale... Nie bez kozery minister skarbu Leon Biliński stwierdził w 1919 roku: „Kocham serdecznie Francję jako jedyną wierną sojuszniczkę naszą polityczną, ale mam trwogę przed Francją kupiecką”.
Pochopny minister
Minister przemysłu i handlu, endek Władysław Kucharski — po interwencji endeckiego posła Andrzeja Wierzbickiego, współtwórcy lobby wielkiego przemysłu w postaci Centralnego Związku Polskiego Przemysłu, Górnictwa, Handlu i Finansów „Lewiatan” — zgodził się przekazać fabrykę Francuzom. W nagrodę zasiadł w zarządzie spółki. W sierpniu 1923 zawarto porozumienie: zakłady miały zostać przejęte za 81 632 dol., czyli zaledwie nieco ponad 17 proc. nakładów państwa. Obiecano na tę transakcje kredyt z banku państwowego na znakomitych dla pożyczkobiorcy warunkach, bo w niezrewaloryzowanych markach polskich w sytuacji galopującej inflacji! Minister Kucharski zwrócił się na piśmie do Powszechnej Kasy Oszczędności o udzielenie kredytu, co ta uczyniła, a w listopadzie 1923 r. zniesiono zarząd państwowy.
W kwietniu 1924 roku grupa posłów — na czele z piłsudczykami Jędrzejem Moraczewskim i Kazimierzem Bartlem — złożyła do laski marszałkowskiej wniosek o pociągnięcie Władysława Kucharskiego do odpowiedzialności konstytucyjnej przed Trybunałem Stanu. Zarzucono mu, że „przez swoje działanie w czasie i zakresie swego urzędowania z własnej winy wyrządził skarbowi państwa szkody w kwotach 1) 2 137 684 franków szwajcarskich, 2) 429 674 franków szwajcarskich”. Specjalna komisja sejmowa w grudniu 1924 roku wnioskowała o postawienie ministra przed Trybunałem Stanu. Wniosek nie uzyskał większości, ale zakończył karierę polityczną Kucharskiego.
Sprytny Francuz szybko — z pogwałceniem polskiego prawa — stał się większościowym akcjonariuszem spółki i zyskał pełną władzę nad przedsiębiorstwem. Rozpoczął od machinacji finansowych, obciążając zakłady żyrardowskie zobowiązaniami w stosunku do swej firmy francuskiej — bez wiedzy zarządu spółki, w którego skład obok Francuzów i Szwajcarów, wchodzili prominentni Polacy, jak Andrzej Wierzbicki czy Leopold Skulski, działacz endecji i PSL „Piast”.
Pomysłowość Francuza w faktycznym okradaniu Żyrardowa nie miała granic. W latach 1924-25 sprowadzał ze swoich francuskich fabryk gotowe tkaniny bawełniane, które drożej sprzedawał w Polsce pod firmą Żyrardowa. Żyrardów kupował w jego firmach surowce po cenach wyższych niż światowe. Boussac, na podstawie niekorzystnych dla Żyrardowa i nielegalnych umów, zapewnił zyski wyłącznie sobie, a nie innym akcjonariuszom, nie płacił też podatków, wobec polskich władz skarbowych wykazywał niewielką część rzeczywistych zysków, które trafiały do francuskich spółek Boussaca w formie przepłacania dostaw bawełny, wygórowanych kredytów i opłat za fikcyjną pomoc techniczną.
Kryska?
W styczniu 1925 roku Prokuratoria Generalna RP wystąpiła do sądu, domagając się zapłaty 426 tys. franków szwajcarskich wyłożonych po wojnie przez państwo na odbudowę fabryki. W lutym 1926 roku Sąd Okręgowy w Warszawie orzekł zapłatę należności. Towarzystwo Zakładów Żyrardowskich odwołało się. W lecie 1926 r. w zakładach wybuchł strajk jako reakcja robotników na tzw. racjonalizację, czyli ograniczenie płac w zamian za większe obciążenie pracą i redukcje zatrudnienia. W odpowiedzi przeprowadzono lokaut i zarazem zademonstrowano władzom, że uiszczenie zasądzonej sumy oznacza zamknięcie fabryki i wyrzucenie na bruk kilku tysięcy robotników (pracę straciło wtedy 3 tys. robotników).
Zdominowana przez PPS Rada Miejska Żyrardowa i magistrat ujęły się za robotnikami i opublikowały w 1927 roku memoriał „Przyczyny i skutki obecnego upadku Żyrardowa”. Oskarżono w nim francuskich właścicieli większości akcji o przyrost bezrobocia, a tym samym — zubożenie ludności miasta. Wytknięto konsorcjum francuskiemu, że objęło fabrykę, nie posiadając kapitałów na koszty jej odbudowy przez państwo, nie wywiązało się z umowy z rządem z 1923 roku, celowo ograniczało produkcję, rozbierało zabudowania fabryczne, by zniszczyć polskiego konkurenta dla fabryk francuskich. W odpowiedzi zarząd spółki przeniósł siedzibę do Warszawy, zamknięto też szkołę tkacką, robotników pozbawiono Domu Ludowego (zbudował go dla nich jeszcze Dittrich), zakazano nabywania czegokolwiek od kupców żyrardowskich.
W 1929 roku Sąd Najwyższy wydał wyrok, zobowiązujący Towarzystwo Zakładów Żyrardowskich do zapłaty 424 576 franków szwajcarskich z tytułu odbudowy fabryki, rosły także zaległości podatkowe, sięgając ponad 1 mln zł. Władze skarbowe nałożyły sekwestr na dochody fabryki, w latach 1930-34 spadało zatrudnienie, obcinano robotnikom świadczenia socjalne, wzmagał się wyzysk robotników. Zainteresowanie prasy fabryką wzrosło, gdy w kwietniu 1932 roku naczelnego dyrektora fabryki i członka zarządu spółki, Szwajcara Gastona Koehler-Badina, po wyjściu z biura w Warszawie zastrzelił Juliusz Blachowski, zredukowany pracownik księgowości. Proces zabójcy, który w przeszłości był bojowcem PPS i zesłańcem syberyjskim, przerodził się w manifestację przeciw zarządowi fabryki. Koehler był tyranem i — jak pisał w publicystycznej opowieści „Mój Żyrardów” Paweł Hulka-Laskowski — „wieść o zabójstwie Koehlera nie wzbudziła w nikim żalu (…) Nazwisko Koehlera było synonimem wszelkiego zła i wszelkiej krzywdy”. Ostro wypowiadały się m.in prorządowe „Gazeta Polska i „Kurier Poranny”. Podobnie Hulka-Laskowski w artykule „Faktografia żyrardowska” w „Wiadomościach Literackich” w 1932 roku: „W roku 1914 pracowało w Żyrardowie 9570 ludzi, w roku 1923, po odbudowie fabryki, 6020, po objęciu fabryki przez konsorcjum pana Boussaca liczba pracujących spadła do 3020, obecnie zaś pracuje w Żyrardowie 1200–1500 ludzi. Racjonalizacja!”.
Nacisk polityków
W 10 lat po sprytnym przejęciu zakładów Boussac miał już przeciw sobie poniewieranych pracowników, rząd polski i polskich akcjonariuszy, którzy przez dekadę nie ujrzeli grosza dywidendy z akcji. Wpływowy francuski milioner i tym razem wykorzystał francuskich polityków. Ambasador Francji Jules Laroche w polskim MSZ dał do zrozumienia, że rząd francuski uzależnia udzielenie pożyczki na budowę linii kolejowej ze Śląska do Gdyni od anulowania zobowiązań Żyrardowa wobec skarbu państwa. Ale po tej rozmowie kroków egzekucyjnych wobec fabryki bynajmniej nie zaniechano... W sierpniu 1932 roku premier i minister spraw zagranicznych Francji Eduard Herriot i ambasador RP w Paryżu Alfred Chłapowski wymienili noty, ustalające zasady załatwienia sprawy żyrardowskiej. Rząd polski zgodził się na spłatę sumy zasądzonej jako zwrot z tytułu odbudowy fabryki (1 064 946 zł) — w ratach aż przez 12 lat bez oprocentowania i opodatkowania ich podatkiem dochodowym; umorzono też zaległości podatkowe na 1 mln zł.
W 1933 roku doszło do ochłodzenia stosunków polsko-francuskich, co oznaczało koniec taryfy ulgowej dla Francuza. Od stycznia 1934 roku Ministerstwo Skarbu zaczęło egzekwować spłaty rat i nie przejęło się interwencją rządu francuskiego. Rozwścieczeni polscy akcjonariusze skorzystali z fachowości ekonomisty i bankowca Feliksa Młynarskiego, który doprowadził do sekwestru sądowego na hipotekę nieruchomości zakładów, a potem — ugody między kapitalistami francuskimi i reprezentacją akcjonariuszy polskich w zamian za jego zniesienie. Ale...
W „Gazecie Polskiej” w sierpniu 1934 r. płk Ignacy Matuszewski, bliski współpracownik marszałka Piłsudskiego, zarzucił sygnatariuszom ugody zdradę interesów państwa. Sen. Artur Dobiecki, w którego majątku negocjowano warunki ugody, został skreślony z listy członków BBWR i zrzekł się mandatu. Prezes zarządu Zakładów Żyrardowskich, hr. Henryk Potocki, został aresztowany wraz z dwoma dyrektorami Francuzami. Wskutek nagonki popełnił samobójstwo adwokat Aleksander Lednicki (konsultant prawny umowy). Artykuł Matuszewskiego doprowadził do zerwania dość korzystnego dla zakładów układu i do konfrontacji rządu polskiego i z Boussakiem, i z rządem francuskim.
Boussac scedował swoje akcje Żyrardowa na rzecz skarbu francuskiego z tytułu zaległych zobowiązań. Rząd francuski, szantażując nieudzieleniem pożyczki wojskowej, wymusił w listopadzie 1936 roku zawarcie umowy (większościowy pakiet akcji Żyrardowa trafi do rządu polskiego, a strona francuska zrzeknie się roszczeń do wierzytelności wobec spółki — włącznie ze zniszczeniem weksli, które dzięki sprytowi Boussaca były w dużej mierze fikcyjne). W zamian rząd polski zapłaci 45 mln franków francuskich w 4 ratach i zrezygnuje ze sprawy cywilnej i karnej wobec konsorcjum Boussaca.
Tu i tam
Przez 13 lat polscy akcjonariusze i skarb państwa stracili krocie. Zarząd nad zakładami powierzono Państwowemu Bankowi Rolnemu, ale ten do wybuchu II wojny światowej nie zdołał poprawić kondycji fabryki. Profesorowie Landau i Tomaszewski wyliczyli, że Marcel Boussac przez 10 lat władania fabryką osiągnął czysty zysk 22,5 mln zł, co oznaczało w skali rocznej rentowność — uwaga! — 186 proc.!!! Po II wojnie światowej stał się jednym z najbogatszych ludzi Francji i Europy, właścicielem takich firm jak Christian Dior czy Yves Saint-Laurent. Miał 65 fabryk, zatrudniających 25 tys. robotników. Zmarł w 1980 roku, w wieku 91 lat.
Po wojnie zakłady miały swoje pięć minut w latach 70., gdy nastała moda na polski len. Po roku 1989 fabryka upadła, w jej miejsce powstały drobne spółki prywatne, wykorzystujące surowiec zagraniczny, sprowadzany głównie z… Francji. Ostatnio władze miasta nabyły budynek zabytkowej przędzalni i złożyły wniosek do UE o środki na rewitalizację zabytków osady robotniczej z XIX wieku. Mądre to, bo Żyrardów jest jedną z nielicznych już w Europie robotniczych osad z XIX-wiecznym klimatem. Może jednak nie len i bawełna, ale turystyka okażą się w XXI wieku szansą dla mieszkańców miasta?
