Kryzys na rynku pracy to przesada

Jacek Kowalczyk
opublikowano: 2009-12-17 00:00

Największy kryzys od II wojny światowej, a w Polsce zatrudnienie spada o 2 proc. W dodatku najgorsze już za nami.

Przez rok firmy zlikwidowały co pięćdziesiąte miejsce pracy

Największy kryzys od II wojny światowej, a w Polsce zatrudnienie spada o 2 proc. W dodatku najgorsze już za nami.

Od września, kiedy wybuchł światowy kryzys finansowy, z polskich firm zniknęło 138 tys. miejsc pracy — wynika z najnowszych danych Głównego Urzędu Statystycznego (GUS). Niby dużo, mniej więcej tyle wynosi populacja Rybnika. Tyle osób rzeczywiście odczuło kryzys. Ale w skali całego sektora przedsiębiorstw spadek zatrudnienia jest niemal marginalny, zaledwie o 2,2 proc. Likwidacji uległ przeciętnie co pięćdziesiąty etat. Dla porównania — w pogrążonej w kryzysie Łotwie ubyło przez rok 26 proc. posad.

Pracownik pod ochroną

— Rynek pracy okazał się o wiele bardziej odporny na kryzys, niż spodziewali się ekonomiści, kiedy zaczynała się zawierucha w światowej gospodarce. Spadek zatrudnienia o 2 proc. przez ponad rok to żaden dramat. Oprócz częstych masowych zwolnień, wiele firm dokonywało też masowych przyjęć do pracy. W dodatku część osób wysyłano na urlopy, części zmniejszono czas pracy — system się uelastycznił. Polskie firmy starały się zatrzymywać pracowników, by uniknąć problemów z brakiem rąk do pracy, kiedy przyjdzie ożywienie — uważa Jakub Borowski, główny ekonomista Invest-Banku.

Zupełnie inaczej było w poprzednim kryzysie, na początku dekady. Tempo znikania miejsc pracy było kilkakrotnie wyższe.

— Wtedy mnóstwo firm cierpiało na przerost zatrudnienia. Zwolnienia prędzej czy później musiały nadejść, a kryzys był tylko impulsem. Tym razem jest zupełnie inaczej, firmy przed kryzysem miały bardziej optymalne zatrudnienie — tłumaczy Jakub Borowski.

Co więcej, dane GUS sugerują, że największa fala zwolnień już dawno za nami. W końcówce 2008 r. i pierwszej połowie 2009 r. w ciągu miesiąca znikało po kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt tysięcy miejsc pracy. Tymczasem w listopadzie zlikwidowano tylko 2 tys. etatów, a w październiku nawet nieco ich przybyło.

— Rynek pracy zdecydowanie najgorsze ma za sobą. Grudzień i styczeń mogą przynieść pewne zachwianie (głównie z powodów statystycznych), ale później spadki zatrudnienia znowu będą niewielkie, najwyżej rzędu kilku tysięcy miejsc pracy. W drugiej połowie roku już powinna nadejść stabilizacja. Raz zobaczymy kilka tysięcy na plusie, raz na minusie — twierdzi Marta Petka-Zagajewska, ekonomistka Raiffeisen Banku.

Nie zbiednieliśmy

Katastrofy w kryzysie nie doświadczyły też portfele pracowników firm. Przeciętna pensja w listopadzie wynosiła 3404 zł brutto — wyliczył GUS. To o 2,3 proc. więcej niż przed rokiem. O wzbogaceniu się trudno mówić, ponieważ całą podwyżkę zjadła inflacja, ale i tak przeciętny pracownik ustrzegł się cięcia wynagrodzenia. Przeciętna pensja Łotysza spadła przez rok o 7 proc.

— Na szczęście nominalnie cały czas jesteśmy na plusie. Jednak tutaj, w odróżnieniu od zatrudnienia, prędko nie zobaczymy poprawy. Pensje prędko nie przyspieszą, ponieważ dopóki zatrudnienie nie zacznie wyraźnie rosnąć, pracownikowi trudno będzie przekonać pracodawcę do podwyżki wynagrodzenia — mówi Marta Petka-Zagajewska.

Choć wczorajsze dane z punktu widzenia oceny przebiegu kryzysu cieszą ekonomistów, to sam listopad oceniany jest niezbyt dobrze. Wprawdzie zatrudnienie okazało się nieco lepsze od oczekiwań — analitycy przed publikacją obstawiali spadek o 2,4 proc. (a nie 2,2 proc.) — ale zawiodły pensje. Miały rosnąć w tempie 3 proc. (zamiast "marnych" 2,3 proc.).

Jacek

Kowalczyk