Krzysztof Jarzyna ze Szczecina

Każda branża ma mocne nazwiska. Każde środowisko. Od restauratorów po gangsterów. Motoryzacja również.

Jak powstają mocne nazwiska? Otóż właściciel takiego musi dokonać czegoś przełomowego. Odnieść spektakularny sukces. Zdobyć szacunek pobratymców. Zadziwić świat, albo się na niego wściec. Przykłady? Proszę. Enzo Ferrari i wściekły na niego producent traktorów Ferruccio Lamborghini. Pierwszy zbudował swoje nazwisko na sukcesach sportowych jako szef stajni wyścigowej Scuderia Ferrari, drugi wściekł się na pierwszego i na tym zbudował swoje nazwisko. Powstanie samochodów Lamborghini wynikło bowiem z ostrej z dyskusji między miłośnikiem wozów sportowych Ferruccim Lamborghinim, a ich konstruktorem Enzo Ferrarim. Lamborghini, który wówczas z powodzeniem produkował wyłącznie traktory, był niezadowolony ze swego samochodu Ferrari (model 250 GT) i zaproponował Enzo wprowadzenie zmian konstrukcyjnych. Ten, oburzony uwagami „jakiegoś traktorzysty”, zakwestionował kompetencje Lamborghiniego. Wobec tego Lamborghini postanowił mu udowodnić, kto jest lepszy i już po roku zademonstrował swój legendarny 12-cylindrowy model Lamborghini 350 GTV. I tak Ferrari i Lamborghini kojarzą się dziś bardziej z luksusem, widlastymi wielocylindrowymi silnikami i szybkością, aniżeli z dwoma kłócącymi się Włochami. Podobnie — na wściekłości — zbudował swoje nazwisko niejaki sir Frederick Henry Royce. Zły na swój awaryjny pojazd marki Decauville, postanowił sam zbudować auto. Dał ogłoszenie w gazecie, zgłosił się miłośnik motoryzacji i awiacji Charles Stewart Rolls i wspólnie zbudowali Rolls-Royce’a. Oraz potęgę własnych nazwisk. W motoryzacji nie brakuje takich przykładów. Jednym nich jest rodzina założona przez Johna Coopera.

Wdzięczność.
Wyświetl galerię [1/4]

Wdzięczność.

John Cooper wprowadził Mini w piękny świat motosportu. Niemal 60 lat temu. W podzięce Mini do dziś sygnuje jego nazwiskiem usportowione wersje swoich modeli. ARC

Legenda bez szkoły

Tak jak każdy gangster wie, że Krzysztof Jarzyna ze Szczecina jest szefem wszystkich szefów, każdy restaurator, że Magda Gessler nie przebiera w słowach, tak każdy miłośnik motoryzacji zdaje sobie sprawę, że w tej dziedzinie nie nauka, lecz chęć szczera itd. Taki John Cooper nawet nie skończył szkoły. Za to stworzył legendę. I mocne motoryzacyjne nazwisko. Był synem mechanika. Ale w szkołę wolał kamieniami rzucać. Nie uczył się, nie dostawał promocji do następnej klasy. W końcu promocję dał mu ojciec, który prowadził warsztat remontowy aut wyścigowych. Młody John został narzędziowcem. Wyjątkowo zdolnym, bo z zaprojektowanych przez niego narzędzi korzystał nie tylko ojciec, ale także — podczas II wojny światowej — siły lotnicze Wielkiej Brytanii (RAF). Po wojnie ojciec z synem zajęli się budową niedrogich aut wyścigowych. Powstała firma Cooper Car Company i coraz doskonalsze bolidy. Cooperowie dotarli z nimi na tory wyścigów Formuły 2, a potem nawet Formuły 1, gdzie zdobyli tytuł mistrza świata konstruktorów. Pewnie rodzina Cooperów dalej doskonaliłaby swoje bolidy, gdyby nie przywołany na początku tekstu Enzo Ferrari, który — wspierany nieco większym kapitałem — zaczął pokonywać ich konstrukcje. Cooperowie postanowili zatem spróbować czegoś nowego. Tak połączyły się ich drogi z Mini. John Cooper przerobił popularny wówczas niewielki angielski samochód na rajdówkę. W ten sposób powstał Mini Cooper. Auto, które w latach 60. królowało na rajdowych trasach całego świata. Zupełnie niechcący począł też rodzinę Mini.

Rodzinne porządki

Kiedy na przełomie wieków Mini zmieniło paszport na niemiecki po wykupieniu praw przez BMW, pojawiło się wiele obaw, że auto straci charakter nadany mu m.in. przez Johna Coopera. Nic podobnego się nie stało (poza jednym wyjątkiem, o którym za chwilę). Produkowane przez BMW auta wciąż nawiązują do klasycznego Mini. Stylistyką i właściwościami jezdnymi. Cały czas Mini jest też blisko sportu. Teraz inwestuje w rajdy cross country, bo to w Mini właśnie Jakub Przygoński walczy o tytuł wicemistrza świata tej kategorii motosportu. Nawiązuje też pięknym upamiętnieniem. Faceta, który, choć nie skończył szkół, tchnął onegdaj w Mini sportowego ducha. Nawiązanie to rodzina Mini John Cooper Works, czyli wersje usportowione. Teraz po raz pierwszy w komplecie, bo wersję JWC przewidziano dla każdego z dostępnych modeli — hatchbacka, wersji pięciodrzwiowej, clubmana i countrymana. Każdy z mocnym 231-konnym silnikiem. Każdy z dźwiękiem godnym JWC i każdy z szacunkiem do tego, który tchnął w niego ducha motosportu. Mini zostawia wybór wam. Możecie zostać przy klasycznej trzydrzwiowej bryle, ale możecie inaczej. Zresztą tym razem o samochodach nie chcę się rozpisywać. Tym razem ważniejszy jest charakter. Bo przecież rozwiązania stosowane przed laty przez Johna (wydaje mi się, że już możemy przejść na ty) nie mają już zastosowania. Bo przecież (i to jest ten wyjątek, o którym miałem wspomnieć) to dziś zupełnie inna grupa docelowa. Liczy się duch motosportu. Czegoś, co leży u podstaw mojego rozumienia słowa motoryzacja. Mini JWC tego ducha ma. Kocham auta, które bez względu na cenę, przeznaczenie i styl tworzy się z pasji. A że dziś to rzadkość, pozostało mi kochać nawiązania do pasji.

Pean z Teslą w tle

Nie lubię Elona Muska. Nie lubię świata, w którym wszystko się spłyca i skraca. Chcesz mieć mocne motoryzacyjne nazwisko? Kilkuletnią historią Tesli — jak wspaniała by nie była — tego nie osiągniesz (chyba że zmienisz to, co ludzie rozumieją jako motoryzacja). Być może mój wnuk zostanie dziennikarzem (czy jak tam będzie się to wtedy nazywało) i z podobnym rozrzewnieniem będzie pisał o panu Musku, tak jak ja to czynię w odniesieniu do Enzo, Ferrucciego czy Johna. Ale nie dziś. Do stworzenia diamentu potrzebne są trzy rzeczy: węgiel, ciśnienie i czas. Musk ma tylko dwie z nich i… pieniądze. Ale i tak jest mniej więcej w tym momencie tworzenia tradycji, w którym był Cooper, kiedy po wyrzuceniu ze szkoły zaczynał wytwarzać narzędzia. Nikt wówczas nie mógł przypuszczać, co (i że w ogóle) z niego wyrośnie. Jak mawiał klasyk: „Tradycją nazwać niczego nie możesz. I nie możesz uchwałą specjalną zarządzić ani jej ustanowić. Kto inaczej sądzi, świeci jak zgasła świeczka na słonecznym dworze. Tradycja to dąb, który tysiąc lat rósł w górę. Niech nikt kiełka małego z dębem nie przymierza. Tradycja naszych dziejów jest warownym murem, to jest właśnie kolęda, świąteczna wieczerza… To jest ludu śpiewanie, to jest ojców mowa, to jest nasza historia, której się nie zmieni. A to co dookoła powstaje, od nowa, to jest nasza codzienność, w której my żyjemy” (cytat z filmu „Miś” Stanisława Barei). Jeszcze jedno. Prezentacja nowej, pełnej rodziny JWC odbyła się w Szczecinie. A wiecie, kto tam mieszka. Krzysztof Jarzyna. &

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: MARCIN BOŁTRYK

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

/ Krzysztof Jarzyna ze Szczecina