Krzyżak z Jasińca

Jacek Konikowski
opublikowano: 26-10-2007, 00:00

Ruiny zamku. Artur Miernik, młody architekt z Warszawy, chce tchnąć w nie rycerskie życie.

Pół wsi u Krzyżaka pracuje. Zamiast budowlańców. Kiedyś jeden przyjechał, pokręcił nosem i odjechał. Bo niby jak do muru dostawić rusztowania. Nie da się. Miernik, czyli Krzyżak, zwołał chłopów i postawili — po rzymsku, jak przed wiekami.

— Do Krzyżaka? Za sklepem w lewo i polem. Samochodem nie przejedzie — zapewnia jegomość na rowerze.

W sklepie Krzyżaka znają. Przychodzi tu, jak bywa w zamku. Dzieciakom podoba się jego mercedes.

— Dziwak trochę. Bo kto zdrowy kupiłby kupę gruzu. Cegły stamtąd mokre i do niczego niezdatne, nawet na stodołę, a on pałac chce budować — dziwi się facet w kaloszach.

— Zamek nie pałac — poprawia inny.

— Zamek, pałac, jedna ruina — konstatuje jegomość w gumiakach.

Tartak w Biłgoraju

Artur Miernik projektuje wielki tartak za 40 mln złotych. Gigant. Najnowocześniejszy w Europie. Komputery będą cięły kłody z łatwością temperówki. Miernik pokazuje rysunki w laptopie. Kolorowe linie tworzą projekt. Ładnie wygląda. Potem fotografie. I tragedia. Bo tartak ma stanąć tam, gdzie 20 lat temu planowano budowę mleczarni. Budynek nie wygląda pięknie. Prawie ruina. Ale Miernik widzi w niej nowoczesny zakład.

Kolejne rysunki, oczyszczalnia ścieków w Warce, plany supermarketów, jakieś hale produkcyjne, biurowce, nawet dworki i pałace. Centrum handlowe na Pradze, wnętrza zarządu PKO BP na Sienkiewicza, Zakłady Farmaceutyczne Polfa, lista jest długa. Miernik ze swadą architekta opowiada o nich tak, jak opowiada się dzieciom bajki. Ma 35 lat i od niedawna własną pracownię projektową. Mieszka w Warszawie. Marzy o domu na wsi, zadowala się mieszkaniem w bloku, który sam projektował.

Na studiach złapał bakcyla do rekonstrukcji starych budowli. Pracę magisterską poświęcił odbudowie zamku królewskiego w Tykocinie na Podlasiu. Tym samym, w którym Zagłoba przehandlował Niderlandy i który 5 lat temu, również dzięki Miernikowi, odbudował prywatny przedsiębiorca budowlany z Białegostoku.

Mój zamek

Za wsią skręcamy w prawo, wedle instrukcji jegomościa w oficerkach. Wertepy. Obok Jezioro Zamkowe. Utworzyli je Krzyżacy. Mijamy stare dęby. Łąka, a na jej skraju wzgórze porośnięte drzewami. Na wzgórzu posępne ceglane ruiny. Przy stercie desek uwija się Miernik. Na nasz widok z robotnika zmienia się w gospodarza. Pod murami zamku pijemy kawę z imbryka.

— Kiedy przyjechałem tu pierwszy raz, nawet ruin nie widziałem. Tylko drzewa i krzaki. Sztuką było się dostać do środka przez chaszcze. Musiałem wyciąć ponad sto drzew, a na każde dostać zgodę. W środku jeszcze gorzej, ruina totalna. Teraz to co innego. Widzi pan te dęby obok zamku? Też zabytki. Leon Wyczółkowski umieścił je na kilku swoich litografiach — pociesza Miernik.

Wszystko zaczęło się cztery lata temu od ogłoszenia w gazecie. Syndyk prywatnej firmy produkującej meble i długi chciał się pozbyć ruin zamku.

— Przypadek, że tego dnia akurat sięgnąłem po gazetę, mimo że o zamku myślałem od dawna. Ale szukałem czegoś bliżej Warszawy lub na Podlasiu. Owszem można znaleźć, tylko że albo drogo, albo nie wiadomo, kto jest właścicielem, albo bez smaku i nuty romantyzmu. A tu nagle mały, romantyczny zamek w Borach Tucholskich z historią sięgającą XIII w. — mówi Miernik.

Chłopi we wsi mieli rację. Zamek to kupa gruzu. Bez dachu, okien. Wyobraźnia rozpaczliwie maluje kolejne obrazy tego, w co mogłyby zamienić się w przyszłości. Na próżno. Z tego nic nie będzie. Stracona droga, stracony czas. Nie prościej i szybciej byłoby zamek zbudować od zera?

— Jasne, że prościej, wystarczy projekt. Tu jest inaczej. Jest oryginał. Ruiny łącznie z piwnicami mają 15 m wysokości. Teren nigdy nie był badany, dziewiczy. Z zapisów wynika, że w 1254 r. stał tu zamek kamienny, ale nie wiadomo, co jest wcześniej. Ze zdjęć satelitarnych wychodzą konstrukcje przedsłowiańskie. Dopóki nie przekopię całej góry zamkowej, nie podejmę decyzji o sposobie budowania — mówi Miernik.

Pogmatwane dzieje

Zamek w Jasińcu to niewielki prostokąt 23 na 13 metrów i wysoki na 30 metrów, zbudowany z kamienia i cegły. Coś jak obronna wieża na wyspie. Niegdyś czterokondygnacyjny, z wieżą bramną, otoczony murem z otworami strzelniczymi. Była fosa, drewniane podzamcze i dwa zwodzone mosty. Niewiele z tego zostało. Najciekawsza jest jego historia. W średniowieczu Jaschinnitz Schloß pełnił funkcję granicznego grodu kasztelańskiego przy szlaku handlowym z Polski do Pomezanii. W 1308 r. kupili go Krzyżacy. Po bitwie pod Grunwaldem, pod pobliskim Koronowem rycerze sto

zyli drugą bitwę. Bez gawiedzi i pospólstwa, po rycersku — jeden na jednego. Historycy mówią o niej „drugi Grunwald”. Polacy ostatecznie przejęli zamek w 1454 r. W czasach renesansu zamek został pałacem. Do dzisiaj zachowały się renesansowe okna. Potem przyszli Prusacy i zamienili go w zbór ewangelicki i opuścili w 1847 r. Na tym jego historia się kończy, od 150 lat popadał w ruinę. Od 1936 r. zamek wraz z terenem jest zabytkiem klasy A. Miernik zamierza go zrekonstruować w stylu gotycko-renesansowym na podstawie zachowanych XVI-wiecznych opisów budowli.

— Coś jest nie tak, że taki zamek stoi i niszczeje, no nie? — dziwi się Miernik.

Kafel biskupa

Wewnątrz zamek wygląda nieco lepiej niż od strony jeziora. Gmatwanina rusztowań i wykopów archeologicznych. Praca wre.

— Oczyściliśmy wnętrze i schodzimy do piwnic. Wynieśliśmy stąd ponad 170 ton gruzu i śmieci. Teraz czyścimy koronę murów. Dźwigu nie dało się ustawić. Musieliśmy postawić rusztowania. Metodą rzymską, wolno stojące, bez wzmocnień zewnętrznych i kotew do murów. Mury na górze są słabe. Na rusztowaniu postawimy niedługo tymczasowy dach. Przez dwa lata mury wyschną i zaczniemy rekonstrukcję — obiecuje Miernik.

My? Czyli on i okoliczni chłopi. Dwa lata Miernik ich szkolił, pokazywał, co i jak. Teraz mają satysfakcję, że robią coś, czego nikt przed nimi nie robił. A do tego zarabiają.

Mijamy stertę cegieł.

— Sprowadziłem je z Zielonej Góry. Mają co prawda 250 lat, ale kształtem i wyglądem przypominają renesansowe. Przydadzą się przy rekonstrukcji. Efekt musi być zbliżony do oryginału — mówi Miernik.

Schodzimy do pozostałości piwnic.

— Prawdopodobnie mieścił się tu średniowieczny karcer — uważa Miernik, wskazując na pozostałości jednego z pomieszczeń.

Po chwili pokazuje starą kamienną studnię odkopaną przez archeologów. I bruk ułożony przez Krzyżaków. Co jeszcze znajdzie?

— Każdy tydzień przynosi niespodzianki. Telefon od archeologów oznacza kolejną sensację. Chociaż niedawno przysłali mi zdjęcie małej dziury w ziemi. Było tak zrobione, że wziąłem ją za studnię. Okazało się, że to zdjęcie otworu sondażowego — mówi Miernik.

Od dwóch lat archeolodzy przeczesują zamek. Znaleźli mnóstwo ceramiki, groty strzał, tysiące kafli. Ale najciekawszym dotychczas znaleziskiem okazał się ceramiczny kafel piecowy z XV w., z herbem biskupim. Skąd ten herb na kaflu z Jasińca, skoro żaden biskup tu nigdy nie mieszkał? Miernik sądzi, że gdzieś tu, być może na podzamczu, przed wiekami produkowano kafle na zamówienie. Jak się uda, odbuduje z nich XV-wieczny piec.

Ile takich skarbów, ile niespodzianek skrywa jeszcze Jasiniec? Zapewne wiele. Ale jedno jest pewne już teraz — prawdziwego skarbu tu nie ma, choć niektórzy okoliczni mieszkańcy sądzą inaczej.

— Znając Prusaków, toby ich nie zostawili. Ale jest tajemniczy tunel. Prowadzi z zamkowych piwnic do sztucznie usypanej wyspy na jeziorze. Widać go na zdjęciach satelitarnych. W średniowieczu takie tunele pełniły funkcje obronne — mówi Miernik.

Wizja wielkości

Miernik ma wyobraźnię. W miejscu dzisiejszych ruin widzi hotelik, knajpkę, kawiarnie i wszystko, co potrzeba dla współczesnych rycerzy, aby tu, pod murami Jasińca toczyli bitwy i kruszyli kopie w turniejach. Taki jest plan. Za 20 lat. Bo śpieszyć się nie zamierza.

— Zależy, kto jak do tego podchodzi. Robię to z pasji, chcę tam odbudować rycerstwo, organizować turnieje, bitwy, pokazy, zamek zacznie żyć swoim rytmem. Będzie zbrojownia, stajnia, instruktorzy fechtunku. Każdy poczuje, jak to jest być rycerzem. Będzie kopia średniowiecznego działa, z którego nauczymy się strzelać — wylicza Miernik.

Po godzinach uczestniczy w szkole fechtunku Lorica, jednej z dwóch w Polsce. Szablą ułańską czy floretem francuskim wywija równie sprawnie, co szpadą pojedynkową czy pięciokilowym mieczem. Miecze średniowieczne to jego konik. Pokazuje jeden, szczególny. Waży 5 kilogramów, długi prawie na 2 metry. Miernik włada nim biegle.

— Kuto go na moje zamówienie 90 dni, niemal non stop. Jest wielki i ciężki. Służył lancknechtom do zwalania rycerzy z koni. Przetnie każdą zbroję. Jak rycerz dobrze się zamachnął, to nie było takiego kozaka, który by przed nim się obronił, bo uderzenie jego końcówką ma siłę prawie jednej tony. W średniowieczu kosztował równowartość kilku wiosek — chwali się Miernik.

O mieczach opowiada z równą euforią co o zamku.

— Nie wyobrażam sobie, żebym miał zamek, a nie potrafił władać mieczem — dodaje Miernik.

Rycerz bez kasy

Obie pasje architekta słono kosztują. Zwłaszcza ta ostatnia. Za ćwierćhektarową działkę z ruinami Miernik dał niewiele. Ale odbudowa pochłonie majątek. Miernik, mimo że wzięty architekt, kokosów nie zarabia. Dotacji z gminy czy z Unii też nie dostał. Więc skąd kasa?

— Kto wchodzi w taki interes, nie może być jedynie biznesmenem, musi być zapaleńcem, który nie robi tego dla pieniędzy, lecz z uwielbienia do swej pasji. Ciężkiej kasy nie mam, dlatego robimy to systemem gospodarczym. Marzenia realizuje łyżeczką, nie chochlą. Mam świadomość, że na rezultat przyjdzie poczekać kilkanaście lat. Zresztą nawet gdybym miał worek pieniędzy, to robota i tak nie posunęłaby się dużo szybciej. To nie budowa willi pod miastem. Wpierw trzeba zbadać, co się buduje, analizować i decydować, co dalej. Stopniowo. Nie można podejmować decyzji ostatecznych. Co tydzień wiem o tym zamku coraz więcej — mówi Miernik.

Miernik ma zapał w oczach. Czy zapału tego nie gasi tutejszy konserwator zabytków? Na warszawskiej starówce, żeby okna wymienić w kamienicy, trzeba tony papierów i podań do konserwatora, więc przy zamku problemów jest zapewne bez liku.

— Zezwolenia mam praktycznie na telefon — odpowiada Miernik.

Pewnie ma chody.

— Żadnych. Praca z konserwatorem wygląda tak: on stawia warunki, ja szperam w jego dokumentacji i zazwyczaj do tego, co on powie, dorzucam jeszcze drugie tyle. Skutek taki, że czasami ma mnie po prostu dosyć. Nabrał do mnie zaufania, bo wie, że nie odstawiam tu cepelii — zapewnia Miernik.

Wielki mistrz

Wracamy do Warszawy. Miernik wciąż jednak nie przestaje zaskakiwać.

— Mam w planie spotkanie z wielkim mistrzem zakonu krzyżackiego — mówi.

Zakon jeszcze istnieje?

— Nigdy nie został rozwiązany. Dom zakonny stoi w Wiedniu przy Singergasse 7, a w nim większość zabytkowych księgozbiorów. Współcześni Krzyżacy zajmują się działalnością charytatywną. Plan jest taki, żeby wielkiego mistrza zaprosić do Jasińca. Może coś z tego wyjdzie — ma nadzieję Miernik.

Pół drogi rozmawiamy jeszcze o zamku, marzeniach i planach, rycerzach i średniowiecznych zwyczajach rycerskich. Do czasu, gdy zupełnie przypadkowo wchodzimy na temat starych samochodów. I kolejne zaskoczenie. Znowu błysk w oku Miernika, gdy opowiada o mercedesie 1500A z 1928 r., używanym przez Africa Corps, o wiekowych fordach i oplach. Ich historie są jak zamek — wciąż niedokończone. Na finał czekają zakonserwowane w stodole gdzieś na Podlasiu. Bo teraz zamek to priorytet.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Konikowski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu