Leopold Tyrmand w „Dzienniku 1954” zanotował: „Brud fizyczny i niechlujstwo stały się w oczach mojego pokolenia symbolem komunizmu”.
Pewnie to uogólnienie, ale ilustracją tej smutnej prawdy niech będzie opis szczecińskiego balu związkowców z 1947 r., podany przez Marię Ginter: „W trzech nabitych gęstym tłumem salach zaduch nieopisany. Zapach alkoholu, piwa porozlewanego na obrusach i tanich perfum użytych ponad miarę dla zabicia zapachu potu i brudu. Mieszanka piorunująca. Ludzie przy stolikach podnieceni zabawą starali się przekrzyczeć jazgoczącą orkiestrę. Ale muzykanci w przepoconych koszulach nie dawali za wygraną. Hałasowali na swoich dętych instrumentach jeszcze głośniej. Jeśli chodzi o taniec oczywiście żadnych melodii ze zgniłego Zachodu. Obowiązkowo i wyłącznie nasze tańce narodowe: polka, oberek, kujawiak. Ludzie upadali ze zmęczenia. Pot lał się strumieniami. Ale nic. Trzeba pokazać władzom jurność narodu”.
A przecież tuż po wojnie gdzieniegdzie wydawało się, że inny kanon jest jeszcze możliwy.
Druty ze stropu
Już w ruinach Warszawy powstawały pierwsze kawiarnie, knajpki i restauracje. „W gruzach kawiarni Lardellego przy ulicy Polnej 30, w podziemiach, urządzono ładną restaurację pod nazwą »Muszla«. Właścicielem jej był pan Kleiber, którego można uznać za prekursora powojennej przyzwoitej gastronomii. Goście bawili się tam bardzo dobrze. Grała doborowa orkiestra. Rozbrzmiewała muzyka przywieziona z zachodniej Europy przez żołnierzy armii Andersa i innych, którzy na własne ryzyko, później narażeni na aresztowania i więzienia, powrócili do kraju. W „Muszli” na okrągło grano i śpiewano „Besa me mucho”, „Boogie-woogie”, a przede wszystkim „It’s a long way to Tipperery”. „Czerwone maki na Monte Cassino” grano jak drugi hymn narodowy, a tych, którzy usiłowali to tańczyć, ostro karcono. (...) W miarę postępu socjalizmu, nie wolno było w restauracjach grać polskich patriotycznych melodii” — notuje Wiesław Wiernicki.
Restauracja Europejska również zaczęła żyć jeszcze na zgliszczach. „Śmiesznie i dziwnie wyglądało, gdy kelnerzy snuli się w smokingach po sali, która miała ściany ceglane bez tynków, a nad głowami klientów zwisały z betonowego stropu powykręcane pręty zbrojeniowe. Jedzenie tam było pierwszorzędne. Można było dostać nawet perliczki pieczone z kompotem z winogron, płat pysznej cielęciny w maladze albo zrazy a la Nelson. Stoły i krzesła pochodziły z kawiarni i z restauracji jeszcze sprzed wojny. „Europejskim” nie cieszono się jednak zbyt długo, gdyż władze przystąpiły do odbudowy hoteli, eliminując byłych właścicieli od udziału w spółce z państwem” — przypomina Wiesław Wiernicki.
W Kameralnej, urządzonej na wzór eleganckich restauracji międzywojnia, bawiono się na dansingach, które cieszyły się powodzeniem zwłaszcza w karnawale. Było to miejsce biesiad wojskowych, adwokatów, lekarzy, elity nowej władzy, literatów, poetów.
„Do dzisiaj trudno odgadnąć, skąd w tamtych trudnych powojennych latach brano takie frykasy, by uraczyć gości, jak łosoś, kawior, minogi, befsztyki z polędwicy, sznycle po wiedeńsku, biała kiełbasa z tłuszczem i cebulą, zrazy po węgiersku i bardzo wówczas popularne i lubiane kotlety de volaille. Tylko w »Kameralnej« można było w tamtych czasach zjeść jesiotra z kartoflami z wody albo matiasa, jednego z najsmaczniejszych śledzi” — wspomina Wiernicki.
Kuchnia, wnętrze i świetna muzyka sprawiły, że w salach brakowało miejsc, zanim jeszcze zagrała orkiestra. Tańczono tanga, walczyki („Na lewo most, na prawo most”), a modne piosenki śpiewali wszyscy.
W gospodzie ludowej
Upaństwowienie w 1950 r. polegało na tym, że restauratorom zabierano wszystko, co znajdowało się w lokalu. Nacjonalizowano nawet kartofle w piwnicy. Właścicielowi pozostawało zatrudnić się w państwowej „gospodzie ludowej” jako kelner albo szatniarz. Tych, którzy przetrwali, nękano na różne sposoby. Najpierw zabroniono sprzedaży alkoholu, potem — w latach 60. — nie wolno było sprzedawać dań mięsnych. Menu, ustalone przez odpowiednich urzędników, miało się składać głównie z ziemniaków, kapusty, marchwi, buraków i innych warzyw. Kotlet ze zmielonych ziemniaków miał udawać sznycel po wiedeńsku.
System doprowadził do tego, że znacjonalizowane restauracje — poza nielicznymi, jak Kameralna — stały się gospodami ludowymi z byle jakim jedzeniem. Sporą część z nich nazywano mordowniami.
Nie tak przaśne jak powszechnie były karnawałowe zabawy w warszawskim Bristolu. Nie grano zakazanej muzyki, ale menu przypominało minioną świetność. Chociaż Maria Dąbrowska z przekąsem pisze o tej legendarnej kuchni. Pod datą 25 IX 1956 notuje: „Ponieważ w domu odnawia się kuchnię, poszłam na obiad do Bristolu. Mała uprzejmość i nieprzyjemny nastrój w restauracji. Dawnymi czasy w karczmie przydrożnej lepiej zjeść było można. A to jest reprezentacyjna restauracja dla cudzoziemców i ceny słone”.
Ale — mimo wszystko — restauracja hotelu Bristol starała się utrzymać przedwojenną klasę. W Sali Kolumnowej i Malinowej otworzono Gospodę Ludową. Tylko wykwintne menu odstawało od zgrzebnej nazwy. Na dole karty wydrukowano wiele mówiący napis: „Udzielanie napiwków ubliża godności człowieka pracy — procentu za usługę nie dolicza się”.
Mimo wszystko i tutaj organizowano bale sylwestrowe.
„Menu Bristolu z różnych lat nieznacznie tylko się różnią. Nadal podawano tu: czerwony kawior, coś z ryb, np. sandacz w galarecie, potem dziczyzna, zazwyczaj bażant albo kuropatwa, zawsze z prawdziwkami. Kolacja kończyła się melbą ananasową. Na najbardziej wytrwałych balowiczów czekało śniadanie składające się z żurku i bigosu lub parówek” — pisze Mary Pnińska.
W 1950 r. Hanna Mortkowicz-Olczakowa w zatłoczonej sali Bristolu spotkała Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, który „patrzył z jakimś tępym zdumieniem na groteskową, barwną i wrzaskliwą karuzelę par pląsających na zaśmieconej podłodze. Dookoła nas wirowały w takt walca jaskrawo przystrojone kobiety w ramionach swych tandetnie ubranych danserów. Snuli się pisarze — zwycięzcy dnia, autorzy produkcyjnych powieści, pełni optymizmu i wigoru, i autorzy utworów psychologicznych, abstrakcyjnych, zgryzieni, przestraszeni, niepewni”.
W „Przekroju” stawiano pytanie: „gdzie są po lokalach, te przybytki z lustrem, umywalnią, mydłem i ręcznikiem, gdzie można się komfortowo poprawić? Są, lecz rzadkie, niczym wieloryby na Bałtyku”.
Zmiany, zmiany
Młodzież bawiła się na wieczornicach, potem na potańcówkach. Jak? „Do Października tańczyło się zwaliste obertasy, a po Październiku — koślawe boogie-woogie. W 1952 zabawa odbywała się w sali gimnastycznej, a wszystkie panny były, obowiązkowo, w białych bluzkach. Nasza dyrektorka, prawnuczka Tomasza Zana, chodziła z centymetrem krawieckim pomiędzy tańczącymi i próbowała mitygować parki wdające się w „tango-przytulango” (odległość obowiązkowa — 20 centymetrów)” — wspomina Agnieszka Osiecka.
Poetka pamięta też „smutne bale w rozmaitych pomieszczeniach teatralnych. Z początku wszyscy bardzo się starali, od aktorek do biuralistek. Znoszono musztardówki i rozwieszano dekoracje. Z wielkim mozołem zestawiano stoły i przykrywano je arkuszami białego papieru. Papier ten, aby się nie ślizgał, przypinano do brzegów stołu pinezkami. Musztardówki, pełniące rolę kielichów, ustawiano na bufecie. Rolę deserów pełniły pączki... Wszystko to prezentowało się ślicznie do jakiejś drugiej w nocy. Potem zaczynała się wielka wóda, zapijana oranżadą. Nad ranem papierowe blaty stołów zalane były pomarańczowymi strugami i usłane niedobitkami pączków i petów”.
Odpowiedzią na bale oficjalne były w Warszawie baliki ziemiańskie urządzane przez młodzież z określonych kół. „Robiło się je po byle jakich kawiarniach, po domach i strychach, a jadło się tam — naumyślnie — stary sernik pod herbatę i piło „czystą z czerwoną kartką” — pisze Osiecka.
Parasol na nudę
Przeciwieństwem obu typów zabaw były bale artystów, zwane balami gałganiarzy. „Jeden z nich, oczywiście urządzony przez plastyków, pamiętam doskonale. Kostiumy były zrobione z ogromnym wysiłkiem i fantazją. Ktoś przebrał się za wiejską sławojkę, kto inny — za stracha na wróble, jeszcze kto inny za — żywego byka” — wspomina poetka.
W Krakowie na balu u Plastyków przy Łobzowskiej Piotr Skrzynecki na estradzie otworzył parasol i powiedział: „»Pada na nas deszcz nudy.« A wszyscy się przerazili. Mówił, że musimy stać pod parasolami, bo ta nuda nas zadusi” – wspomina Janina Garycka.
Tak narodziła się Piwnica pod Baranami i bale, na których grali m.in. Wojciech Karolak, Andrzej Kurylewicz.
15 lat później Piwnica rozpoczyna epokę wielkich balów i rocznic. Na przekór pustym sklepom, drętwocie i ogólnej beznadziei.
Piwniczny karnawał nie kończył się na sylwestrze — trwał tyle, ile powinien.
Maj 1973 — bal w Niepołomicach na 500 osób, iluminowany setką tysięcy świec. Na dziedzińcu zamku ustawiono pomnik Barana z napisem „Baranowi-Naród”. Gościom rozdawano żołnierską grochówkę z kuchni polowej, z Zakopanego przyjechał niedźwiedź, a hejnalista odegrał trzy razy hejnał mariacki. Grały trzy orkiestry.
13 XI 1976 — wielki bal jubileuszowy w salonach Pałacu Pod Baranami wydany z okazji 93. rocznicy pojawienia się światła elektrycznego na Rynku Krakowskim i 293. rocznicy uczczenia odsieczy wiedeńskiej. „Gości ubranych w fantazyjne stroje olśniły fajerwerki sztucznych ogni. Rozbłysły światła — pałac ożył. Wśród namiotów tureckich i sztucznego śniegu można było tańczyć do rana” — wspomina Józef Opalski.
W styczniu 1976, w trzaskający mróz, odbył się bal w pałacu Potockich w Krzeszowicach. Ściany ustrojono draperiami i dorobiono gipsowe stiuki. Na skąpanym w świetle frontonie ustawiono manekiny, udrapowane w materiał — by przypominały gotyckie rzeźby. W parku na drzewach umieszczono głośniki, z których w mroźną noc słychać było śpiew ptaków, nagrany na radzieckich płytach.
Frak, bazar i Hoff
Choć propaganda komunistyczna krzewiła abnegację i brak przywiązywania wagi do wyglądu, ludzie, na przekór, szukali nietypowych rzeczy na ciuchach. „Bikiniarze” odcinali się od szarości i brzydoty i krajowych bubli.
W Warszawie wyspą mody była Telimena. „Raz naszą »Telimenę« odwiedziła nawet pani Nina Andrycz–Cyrankiewiczowa, która przyjechała z damą do towarzystwa i zakupiła kupon niebieskiego materiału. Poznałam też Wandę Wasilewską, która zamówiła kostium i chciała, aby przypominał mundur” — wspomina Zeneida z Zamoyskich Poklewska-Koziełł.
Nietypowe rzeczy można było kupić na warszawskim Bazarze Różyckiego, który stał się również nieformalnym miejscem spotkań wielu ludzi.
W 1961 r. Barbara Hoff w swojej rubryce w „Przekroju” prezentowała wizytowe suknie z dzianiny.
W marcu 1964 magazyn „Vogue” zaproponował spódniczkę mini. I chociaż zdaniem wielu: „Kobiety pokazujące nogi nie powinny się dziwić nieprzyzwoitym zaczepkom”, to na karnawał 1966 Hoff ogłosiła: „Trudno, nie ma rady, musi być krótko. Może być niezgrabnie, ale modnie!”.
W większości lokali dansingowych obowiązywał strój wieczorowy, o czym informowały tabliczki. Frak, uznany przez dyktaturę proleteriatu za symbol burżuazji, ostał się jedynie w filharmonii. Panom przyszło założyć marynarki, krawaty lub muszki. Paniom — sukienki długie, krótkie lub spodnie.
Te panie, które szły na bal, ratowały się babciną garderobą. Przedwojenne suknie były przedmiotem zazdrości — podobnie jak rękawiczki, „bo nikt nie wybierze się na bal z nagimi rękoma — to nieeleganckie i niemodne” — pisał w 1969 r. „Dziennik Polski”.
W 1973 Hoff poinformowała, że modne panie mogą założyć wieczorowe spodnie, ale te muszą być dłuuugie i szerokie. Do tego sweterek. A jeśli suknia, to koniecznie długa, czarno-biało-srebrna, ozdobiona biżuterią z Jablonexu. A jeszcze nie tak dawno włożenie czarnej sukni na bal było dla wszystkich znakiem, że dama jest w żałobie i nie można jej prosić do tańca...
Panowie winni nosić muchę — na dzień do swetra i na wieczór do marynarki. Przekrojowy Kamyczek radził, jak się zachować na dansingu. „Nie jest raczej przyjęte proszenie do tańca kobiety, która jest na dansingu ze swoim partnerem tylko we dwoje. Jeśli już, nie musi się prosić o pozwolenie, ale wskazany jest uprzejmy ukłon przed obojgiem z zapytaniem w oczach pod adresem partnera dziewczyny. Dopiero jeśli partner odkłoni się, prosi się panią do tańca”.
Cielęco czy mysio?
Przeciwieństwem dansingów były prywatki. Ich rozkwit to późne lata 50. i 60. Agnieszka Osiecka podzieliła je na cielęce, mysie, lisie i tygrysie, w zależności od sposobu organizacji i temperamentu uczestników. Na cielęcych tańczyło się non stop, na mysich — pijąc oceany herbaty — gadało do nieprzytomności. Lisie – wydawały młode parki, na których „pojawiły się obiadki i kolacyjki, w czasie których umordowana gospodyni wiecznie cwałowała do kuchni i z kuchni, a gospodarz, purpurowy z przejęcia, próbował robić drinki”. Na tygrysich dochodziło do tak zwanych ekscesów...
W 1963 r. rząd ustalił, że zostanie obniżona zawartość tłuszczu w mleku i w śmietanie. Książki kucharskie proponowały oszczędności — np. jak sporządzić kotlety bez jajka, a ocet z obierzyn jabłka. Wszak „dobra i dbała o dom gospodyni (...) odczuwa istotny związek swej pracy w gospodarstwie z ogólnymi narodowymi celami wyznaczonymi przez partię i rząd” — pouczała „Dobra gospodyni”.
„Jadłospis wszystkich zakładów gastronomicznych w całej Polsce opiera się o: sałatkę jarzynową z majonezem, bryzol, polędwicę na grzance, marchewkę z groszkiem, buraczki, jeden listek sałaty, bigos, tak zwany Strogonow, kompot i lody — ironizuje „Przekrój”.
Kryzys bali
Do kryzysu dansingów z obowiązkową konsumpcją i grającą na żywo orkiestrą doszło w latach 70. Nadszedł czas dyskotek z nowymi rytuałami, mechaniczną muzyką i mnóstwem drinków.
W sylwestrowy wieczór 1972 roku w przemówieniu Edward Gierek powiedział: „Potrzeby materialne i kulturalne naszego społeczeństwa są jeszcze wielkie. Ale ku ich zaspokojeniu podążamy szybciej niż mogliśmy zakładać”...
