Kucharz nie dorównał dekoratorowi

Julia Kafka
opublikowano: 2000-01-31 00:00

Kucharz nie dorównał dekoratorowi

Już dawno nic nie wywołało we mnie tak sprzecznych uczuć jak wizyta w stołecznej restauracji Arkadia. Ten pięknie i stylowo urządzony lokal ma jedną istotną wadę — nie oferuje nic, co z czystym sumieniem można polecić do jedzenia.

Zacznijmy od plusów. Restauracja Arkadia mieści się na Rynku Starego Miasta w Warszawie, w podziemiach stylowej kamienicy. Tuż za progiem wkraczamy w świat podziemnego labiryntu. Do wyboru jest kilka sal: myśliwska, chłopska (pod prawdziwą strzechą!) i rycerska. Jest to idealne miejsce do spotkania przy świecach w średniowiecznym wnętrzu. Dla ceniących prywatność przeznaczone są osobne komnaty. Jednym słowem, wnętrze zachęca do spędzenia miłego wieczoru i ucztowania.

Problem w tym, że nie bardzo wiadomo, z czego owa biesiada miałaby się składać.

Można rozpocząć od zimnych sałatek, np. z szynką i kukurydzą. Są przyzwoite. Skusiłam się też na kawior i... popełniłam błąd. Nawet nie ze względu na jakość samego specjału. Otóż zaserwowano do niego kawałek zmrożonego masła a la bar mleczny (nie ujmując niczego tej szlachetnej instytucji). Moje przygnębienie pogłębiły paszteciki podane do barszczu — lepsze można kupić w sklepie. Sytuacji nie mogły już uratować dania główne. Półmisek mięs był przyzwoity. Kaczka po gdańsku, podawana z żurawiną i owocami też jest jadalna, ale po spotkaniu z kawiorem i pasztecikami i tak nie mogłam wrócić do równowagi.

Z pewnością atmosfera Arkadii zachęca do delektowania się dobrym alkoholem. Pod względem liczby propozycji karta prezentuje się imponująco. Tyle że nie wszystkie propozycje są rzeczywiście dostępne.

Jakość obsługi bardzo przeciętna — kelnerzy nie do końca sobie radzą z arkanami swojego fachu.