Kultura niskiej inflacji

Andrzej S. Bratkowski
24-09-2004, 00:00

Co świadczy o istnieniu kultury niskiej inflacji? Przede wszystkim powszechność przekonania, że niska inflacja jest istotnym składnikiem dobrobytu i jednym z najważniejszych warunków zdrowego rozwoju gospodarczego.

I dlatego warto o nią dbać — nawet jeśli wymaga to poniesienia pewnych kosztów. Kulturę niskiej inflacji cechuje racjonalność oczekiwań inflacyjnych uczestników życia gospodarczego — czyli wiedza, jakie zdarzenia ekonomiczne wywołują presję na wzrost cen, a jakie sprzyjają jej obniżaniu.

Tu należy dorzucić dodatkowe wyjaśnienie. Każde zdarzenie może być powodem wzrostu lub spadku inflacji, jeśli ludzie są głęboko przekonani, że ma ono taką moc. Bo — na krótką metę — inflacją rządzą przede wszystkim oczekiwania inflacyjne. Jeśli wszyscy wierzą, że inflacja wzrośnie — zaczynają działać tak, że rzeczywiście rośnie, jeśli wierzą, że będzie spadać — spada.

Racjonalność oczekiwań inflacyjnych, o jaką tu chodzi, polega nie na tym, że się one sprawdzają, tylko na tym, czy wywołane nimi działania przynoszą korzyści czy też straty ich „wyznawcom”. Złe rozpoznanie źródeł inflacji powoduje bowiem, że zmiany nominalnego popytu nie są sprzężone ze zmianami poziomu cen, co wymusza korektę wcześniejszych oczekiwań: im ktoś gorliwiej dostosowywał się do tych wcześniejszych oczekiwań, tym więcej stracił.

Wydarzenia ostatnich miesięcy pokazują, że z kulturą niskiej inflacji mamy spore problemy. Wolimy wprawdzie, by była niska — ale pod warunkiem, że nic nas to nie będzie kosztować. Wzrost stóp procentowych, cięcia wydatków budżetowych, umiar w podnoszeniu płac — to nie są działania, które nasze społeczeństwo jest skłonne akceptować jako koszt utrzymania niskiej inflacji. A nasze poglądy na to, co może spowodować wzrost inflacji, a co spadek, opierają się raczej na myśleniu całkiem magicznym niż na wiedzy ekonomicznej.

Świadczy o tym powszechna zgoda, że wzrost inflacji w ostatnich miesiącach to „efekt integracji” z Unią Europejską. Faktycznie „efekt integracji” (wzrost stawek VAT, zniesienie barier w handlu żywnością z UE) tłumaczy najwyżej 1/3 tego wzrostu. Reszta wzięła się stąd, że wielu producentów, ośmielonych spadkiem wartości złotego i szybkim wzrostem sprzedaży, i tak podniosłoby ceny. Integracja była tylko dobrą wymówką.

Na dodatek pojawiło się wiele głosów, że skoro przyrost inflacji to efekt integracji, nie da się mu zaradzić podnoszeniem stóp procentowych (na tej samej zasadzie, jeśli chuligan złamał ci nos, to nie chodź do chirurga — lepiej poproś brutala, by ci przyłożył z drugiej strony!). NBP podnosi stopy i inflacja, oczywiście, spadnie. Ale im mniej ludzie wierzą w istnienie związku między tymi zdarzeniami, tym wyższy wzrost stóp procentowych i więcej czasu potrzeba, by reakcja władz monetarnych dała pożądany efekt.

W sprawie budowania kultury niskiej inflacji mamy jeszcze zatem sporo do zrobienia. Miejmy nadzieję, że nadrobimy te zaległości przed wejściem do unii monetarnej. Na razie bowiem zewsząd słychać głosy, że przyjęcie euro „musi” spowodować wzrost cen — choć przecież nie ma ku temu żadnych racjonalnych przyczyn. Ale skoro wierzymy, że „musi”, to faktycznie spowoduje. Jeśli — podobnie jak przed wejściem do UE — „gra na zwyżkę” zacznie się jeszcze przed przyjęciem, uniemożliwi to spełnienie kryterium inflacyjnego. Jeśli po — ucierpi na tym konkurencyjność polskiej gospodarki i zwolennicy suwerenności monetarnej będą triumfować.

I żadna — poza edukacyjną — strategia polityki monetarnej na pewno sobie z tym nie poradzi.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Andrzej S. Bratkowski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Kultura niskiej inflacji