PKO BP wycofuje się z foreksu. Słusznie, bo w waluty bez ryzyka kursowego będzie można inwestować już 10 września. Takie rzeczy tylko na aukcji numizmatów — przez całą sobotę i bez wychodzenia z domu będzie można licytować monety, banknoty, medale, a nawet jeden egzemplarz biżuterii patriotycznej, który zaplątał się wśród prawie tysiąca wystawionych obiektów.











W związku z tym, że katalog Warszawskiego Centrum Numizmatycznego ma aż tyle pozycji, inwestor myślący o zróżnicowaniu portfela musi wybierać. Chcąc jakoś przyspieszyć selekcję, wystarczy skrócić ją o samo „s” i zacząć selektywne przeglądanie od monet elekcyjnych władców.
Stefan Batory od grubej kasy
Stefan Batory nie był pierwszym elekcyjnym królem, ale kolekcjonerzy numizmatów wiedzą, jak poważną zajął się reformą. System monetarny, który monarcha ustanowił w 1580 r., powiązał pieniądz polski z litewskim, a także wprowadził monety, których wartość realna prawie nie odbiegała od nominalnej — z czym następni władcy miewali już czasem problem. Dukat z ceną wywoławczą 10 tys. zł (na zdj.) wybity został dwa lata po tych ważnych zmianach, ale historie o tym, że odległy przodek wyciągał go z sakiewki, płacąc za coś cennego na XVI-wiecznym straganie, można snuć wyłącznie na próżno. Dukaty, talary i półtalary należą do kategorii tzw. pieniądza grubego, natomiast masowo bite drobne to na przykład denary czy szóstaki. Na targu wydawano więc drobniaki, a grubymi płacono w handlu międzynarodowym.
Zygmunt III Waza od ortografii
Panowanie Zygmunta III Wazy rzuciło wyzwanie rynkowi numizmatów, bo oferta dostępnych monet trochę się skomplikowała. Jednym z nowych typów był zagadkowo nazywany ort, którego zaczęto bić w Gdańsku w 1608 r. Chociaż wyraz przypomina błąd ortograficzny, pochodzi od niemieckiego ortstalara, czyli ćwierćtalara, przy czym wyjściowo ort odpowiadał 10, a następnie 18 groszom. Okazy z pierwszego rocznika są na rynku prawie niedostępne, podobnie jak pierwsze orty koronne bite od 1618 r. w Bydgoszczy — egzemplarz z 1621 r. (na zdj.) jest odrobinę mniej rzadki, więc jego startowa cena wynosi 400 zł. Gdyby rynek numizmatów miał dawać mniej emocji niż forex, warto wziąć pod uwagę, że gra w czasach Zygmunta III byłaby trudniejsza, bo we wzrost wartości do 18 groszy wplątany był rynek surowcowy. Po odkryciu Ameryki na relację ceny złota wpłynął napływ srebra zza oceanu, więc o nietypowym przeliczniku nie zdecydował kaprys króla, tylko podaż kruszcu.
Władysław IV od „nie mam drobnych”
Trudno o dokładne wyliczenia stopy zwrotu na monetach Władysława IV, ale w jego strategii były elementy, które można sprowadzić do odzywki „z drobnych mam tylko pięć dych”. Za czasów jego panowania zakazano bicia monety zdawkowej — czyli drobniaków — a emitowano złote dukaty i monety ze srebra czystej próby. Władysławowy ładnie zachowany talar ze srebra (na zdj.) ma cenę wywoławczą 8 tys. zł i przedstawia króla w kunsztownie oddanej zbroi i koronie — czyli w wersji względnie przywódczej, bo znane są też egzemplarze, na których pozuje w koronkach i peruce. Szlachetność metali może i cieszyć inwestora, ale fason, jaki król miał w polityce pieniężnej, doprowadził tylko do spekulacji. Polską walutę skupywano i wywożono, co szybko zakończyło się tym, że ubyło srebra.
Jan Kazimierz od afery z tymfem
Pod względem ceny w reperaturze monet Jana Kazimierza wyróżnia się złoty dukat z 1659 r. z szacunkową ceną 35 tys. zł. Trzymając się jednak kryterium nowych słów, warto po bydgoskim orcie zwrócić uwagę na tymfa, czyli właściwie pierwszą złotówkę. Moneta złotowa (na zdj.) ma teraz na rynku wartość około 300 zł, ale kiedy powstawała, miała odpowiadać 30 groszom i ratować skarb króla od pogłębiającego się kryzysu. Po jednej stronie widać królewski monogram ISR — Joannes Casimirus Rex — a po drugiej prawdziwą niespodziankę — łaciński napis tłumaczony jako „cena tej monety daje zbawienie ojczyzny, które jest więcej warte od metalu”. Na taki sprytny pomysł wpadł właśnie Andrzej Tymf dzierżawiący królowi mennicę, który zaproponował, żeby srebra w złotówce nie było właśnie za 30 gr, tylko za jakieś 12-18 gr. Jak można się spodziewać, strategia przyniosła krótkoterminowy zysk i kompletny monetarny chaos na kilkadziesiąt lat.
August III Sas od polskich dla Polaków
Przeskakując dwóch władców, inwestor może przebierać w szerokiej ofercie monet wybitych w czasach panowania Wettynów. Mennictwo Augusta II opierało się głównie na produkcji pieniędzy saskich, na których obok herbu Saksonii umieszczano tylko herb państwa polsko-litewskiego. W konsekwencji, polskich monet zaczęło brakować i brakowało ich aż do 1749 r. — a więc jeszcze przez połowę panowania następcy, Augusta III. W tym roku król zezwolił na wybicie próbnej partii polskich miedziaków w Dreźnie, co zapewniło mu taki zysk, że mennice ruszyły pełną parą, a już w następnym roku do obiegu trafiły złote dukaty — wśród nich egzemplarz (na zdj.) z ceną wywoławczą 10 tys. zł. Poza zbieżnością dat nie można jednak pominąć, że wystawiony numizmat przypisywany jest w katalogu do sasko-polskich, a nie polsko-saskich. Prawdziwie polskie byłyby chyba bite w lichym srebrze półtoraki, które ujmują dzisiejszych kolekcjonerów napisem — w założeniu po polsku — „pultorak”.
Stanisław August od pruskiej spekulacji
Czasy stanisławowskie zapewniły inwestorom nie tylko okazję do lokowania kapitału, ale też możliwość robienia tego w zupełnie innym, eleganckim wymiarze. Na samym początku panowania władca otworzył mennicę w Warszawie, do której sprowadzono na tyle uznanych medalierów, żeby nowe monety nie odstawały pod względem artystycznym od tych z zachodu Europy. Półtalar próbny z 1771 r. (na zdj.) będzie licytowany od 12 tys. zł, ale po chwili przyglądania się monecie bliżej cena przestaje dziwić. Na awersie widać gładko opracowane popiersie króla, a na rewersie drobiazgowo oddany piec menniczy z łacińskim napisem „vincit fraudem”. Po polsku oznaczałoby to „zwycięża oszustwa”, więc jest w tym doza ironii, bo urok i szlachetność monet króla musiały się skończyć szkodliwą spekulacją. Kupcy z Zachodu polowali na polską monetę, a do lokalnego obiegu trafiało coraz więcej pruskiego pieniądza o niskiej wartości. Zanim monarcha zdecydował się na reformę, pokazywał im jednak klasę, deklarując, że mennica ma trzymać poziom, nawet jakby miał do tego dopłacać.