Kursy telekomów mogą nadal spadać
Nie najlepsze nastroje na warszawskiej giełdzie prawdopodobnie utrzymają się jeszcze przez co najmniej kilka tygodni. Powodem będą zarówno czynniki makroekonomiczne, jak i zawirowania polityczne związane ze zbliżającymi się wyborami parlamentarnymi. Dopiero pod koniec trzeciego kwartału na rynku może nastąpić odreagowanie.
— W ciągu najbliższych kilku tygodni podstawowe indeksy giełdowe nadal będą odnotowywać spadki, które nie powinny jednak przekroczyć 10 proc. Pierwsze oznaki ożywienia mogą pojawić się po wyborach, będzie to jednak bardziej odreagowanie techniczne niż zmiana trendu — uważa Radosław Solan, doradca inwestycyjny BDM PKO BP.
Jego zdaniem, wzrosty mogą przynieść zwłaszcza działania funduszy inwestycyjnych i emerytalnych. Chęć poprawy wyników zarządzania portfelami, chociażby minimalna, powinna zaowocować większym popytem ze strony tych instytucji, a w konsekwencji wyższymi cenami notowanych na GPW akcji. Pewien wpływ na inwestorów może mieć również czynnik psychologiczny związany z efektem stycznia, ostatnio występujący z dwumiesięcznym wyprzedzeniem. Po wyłonieniu nowego rządu należy oczekiwać decyzji w sprawie faktycznych cięć budżetowych. Wprawdzie nie uzdrowi to od razu gospodarki, ale będzie ruchem we właściwym kierunku. W tej sytuacji na zmianę trendu można liczyć nie wcześniej niż w drugiej połowie 2002 roku.
Jedną z branż, której postrzeganie ma decydujący wpływ na koniunkturę giełdową, jest telekomunikacja. Tymczasem zarówno w Polsce jak i na świecie spółki z tego sektora są coraz niżej wyceniane przez rynek. W Europie i Ameryce sytuacja ta jest efektem nałożenia się dwóch czynników.
— Winnymi spadków kursów akcji przedsiębiorstw telekomunikacyjnych były przede wszystkim rządy państw, które za licencje na UMTS pobierały bardzo wysokie opłaty. Spowodowało to silne zadłużenie i tym samym wzrost kosztów prowadzenia dotychczasowej działalności — twierdzi Radosław Solan.
Zanim jednak rozpoczęto przeprowadzać przetargi na licencje UMTS duże telekomy prześcigały się w przejmowaniu rynku, dokonując dość licznych i kosztownych akwizycji. Powodem nasilenia się tego zjawiska były szacunki mówiące, że w okresie 10-letnim najszybciej rozwijającym się segmentem będzie telefonia komórkowa. Aby dokonać założonych tam przejęć, spółki musiały brać kredyty, które zwiększały ich zadłużenie. Przetargi na UMTS znacząco nasiliły skalę tego zjawiska, co stało się głównym powodem mocnych zniżek kursów akcji telekomów na całym świecie. Z tego też powodu w najbliższym czasie przeceny nie powinny być już zbyt duże.
W Polsce rynek telekomunikacyjny nie jest tak dobrze rozwinięty, jak ma to miejsce w krajach UE czy USA, co przynajmniej częściowo spowodowało, że dekoniunktura giełdowa przesunęła się w czasie. Znaczący wpływ na jej przebieg wywarło także późne przeprowadzenie przetargu na UMTS i monopol TP SA.
— Narodowy operator przez długi czas był uważany za źródło wartości całego rynku. Był to jednak pozór, bo tak naprawdę spółka miała decydujący wpływ na obecną dekoniunkturę. Telekomunikacja, nie będąc przygotowana do działalności wolnorynkowej, starała się zahamować poczynania konkurencji, jednocześnie nic nie robiąc w kierunku wprowadzenia rozwiązań, które pozwoliłyby jej stać się pionierem rynku — mówi doradca inwestycyjny BDM PKO BP.
W opinii doradcy BDM PKO BP, Telekomunikacja Polska wolała blokować poczynania innych lub wykazywać jedynie cechy naśladownictwa niż wyprzedzać ruchy konkurencji. Tymczasem jedynie pionierzy mają szansę kreować wartość. W 2003 roku wolna konkurencja będzie miała miejsce we wszystkich segmentach rynku telekomunikacyjnego, co oznacza, że narodowy operator będzie szybko tracił dotychczasowy udział w rynku. Giełda już dyskontuje te informacje, dlatego dziś kurs akcji osiąga najniższe wartości w historii spółki.
Ze względu na brak przygotowania TP SA do walki konkurencyjnej jedyną jej szansą jest dziś inwestor strategiczny. Jedynie on może silnie zrestrukturyzować spółkę. Jednym z podstawowych elementów tego procesu powinna być zmiana mentalności postrzegania klienta. Operator musi przekształcić się ze struktury skostniałej w organizację, w której każdy będzie czuł się odpowiedzialny za wartość spółki. Z tego powodu zwiększenie zaangażowania w przedsiębiorstwie przez konsorcjum France Telecom jest wszystkim potrzebne.
— MSP i FT powinny porozumieć się w sprawie zawarcia kolejnej transakcji akcjami TP SA jeszcze przed wyborami. Dokupienie przez Francuzów 10-proc. pakietu zapewni im niemal władzę absolutną, a spółce umożliwi w określonej perspektywie czasowej integrację na poziomie międzynarodowym — uważa Radosław Solan.
Powodów do zadowolenia akcjonariuszom nie daje też zarząd Netii. Inwestorów niepokoją zwłaszcza rosnące straty, które stwarzają możliwość plajty. Z drugiej strony należy jednak pamiętać, że spółka ma inwestora strategicznego, któremu w żaden sposób nie opłaca się dopuścić do jej upadłości. Sygnałem potwierdzającym tę tezę może być ostatni komunikat Telii, mówiący o tym, że Polska jest dla Szwedów rynkiem strategicznym.
— Telia prawdopodobnie nadal oczekuje wyjaśnień ze strony Netii w sprawie dalszego rozwoju spółki. Dopiero, gdy dokładnie będą opracowane wszystkie kwestie możliwe jest podjęcie decyzji w sprawie dalszego finansowania. Jeżeli nie nastąpi to do końca roku, wówczas Szwedzi prawdopodobnie zmienią zarząd spółki — twierdzi specjalista BDM PKO BP.
Nieco stabilniejszą sytuację od Netii zdaje się mieć Elektrim. Ze względu na duże zadłużenie i nie zakończone negocjacje, akcje przedsiębiorstwa uznawane są jednak za silnie spekulacyjne. Do takiego postrzegania spółki przyczyniły się nieprzewidywalne działania poprzedniego zarządu. Z tego powodu dziś liczą się tylko konkrety.
— Brak ostatecznego porozumienia Elektrimu z Vivendi zmusza do ostrożnego podchodzenia do planów restrukturyzacyjnych spółki. Dlatego też dopiero uzyskanie przewidywanych środków może zmienić sytuację przedsiębiorstwa i postrzeganie go na rynku — mówi Radosław Solan.



