Według prognoz, deficyty większości państw strefy wspólnego pieniądza przekroczą w tym roku zakładane 3 proc. W przypadku Irlandii może to być nawet 10 proc. Nie wszystko da się wytłumaczyć globalnym kryzysem gospodarczym. Jeszcze niedawno warunki gospodarcze były o niebo lepsze, a przestrzeganie kryteriów z Maastricht także stało pod znakiem zapytania. Przykład? W okresie prosperity, jakim niewątpliwie były lata 2006-2007, zadłużenie publiczne w strefie osiągnęło odpowiednio 68,4 i 66,3 proc. jej PKB, wobec dopuszczalnej "normy" 60 proc.
Pocieszające jest to, że państwa należące do Eurolandu wywierają na siebie
coś w rodzaju łagodnej presji. To — jak wierzę — pomoże tym krajom, które
przeżywają dzisiaj problemy. Po krytyce i ponagleniach, wcześniej czy później,
zbliżą się do oczekiwanych wskaźników. Ale co innego wyrozumiałość, a co innego
patrzenie przez palce. Komisarz Unii ds. gospodarczych i monetarnych,
zapowiedział, że nie zamierza pobłażać tym krajom, które pod pozorem
spowolnienia nawet nie próbują radzić sobie z deficytem i długiem.