Łapówko pozwól żyć

Wojciech Surmacz
opublikowano: 2003-09-05 00:00

Alkohol twój wróg! Lej go w mordę! Tak walczono w PRL z alkoholizmem. Skutecznie? W III RP w myśl identycznej zasady walczy się z nowym, narodowym nałogiem — korupcją.

28 sierpnia 2003 r., sala „Londyn” hotelu Sheraton, godzina 15.30. Emocje na konferencji „Korupcja w Polsce, w Twoim mieście, w twojej firmie”, zorganizowanej przez Fundację Rozwoju Rachunkowości (FRR) w Polsce, wyraźnie opadły. Alicja Hussein (NIK) z kartki edukowała słuchaczy, jak rozpoznać „podmiot skorumpowany”. Ich twarze od samego rana nie wyrażały zainteresowania poruszaną tematyką. Jedyne, co można było w nich wyczytać, to potworną niemoc. Organizatorzy poprosili o głosy z sali.

— Nie mogę nic mówić, więc niewiele mam do powiedzenia. Obowiązuje mnie tajemnica państwowa i służbowa. Powiem tylko tyle, że mnie zdumiewa takie „mówienie na okrągło” — wydusił z siebie ktoś przedstawiający się jako biegły rewident.

Nieproszony głos — „pracownik firmy prywatnej” — odezwał się tylko raz w czasie całodniowej konferencji, tuż po wystąpieniu Wandy Rapaczyńskiej.

— Najgorsze, że nie chcemy widzieć korupcji w nas i wokół nas! Nie reagujemy na nią! Otwórzmy w końcu oczy i zastanówmy się, jakimi zasadami moralnymi kierujemy się w życiu? — ten pan wyraźnie nie wytrzymał.

Na sali zapadła cisza wręcz grobowa. Na szczęście ogłoszono przerwę na lunch. A potem bicie piany trwało dalej. Jeden z panów nawet się głośno pochwalił, że niedawno był na podobnej konferencji w innym hotelu. Nawet się przedstawił: dyrektor w Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Tryskał zdrowiem i wesoło zadał bezsensowne pytanie Alinie Hussein. Widać było mu wszystko jedno.

Nie dziwmy się zatem, kiedy ktoś publicznie stwierdza, że „żyjemy w systemie funkcjonalnej patologii, a korupcja czy szara strefa między państwem i rynkiem jest naszym systemem, normą” (Jadwiga Staniszkis w wywiadzie dla „Przekroju” z 31 sierpnia 2003 r.).

Na pierwszej linii ognia walki z korupcją w Polsce znajdują się dziś organizacje pozarządowe: Bank Światowy (BŚ), Fundacja im. Stefana Batorego (FB) i Transparency International (TS). Biją na alarm od dobrych kilku lat. Efekt taki, że afer coraz więcej. Powspominajmy trochę.

Przełomem był rok 1999. Bank Światowy publikuje raport o korupcji: w Polsce najbardziej skorumpowane są elity polityczne i wymiar sprawiedliwości! Polacy są zdumieni.

W tym czasie Transparency klasyfikuje Polskę jako kraj o wysokim nasileniu korupcji (aż na 44 miejscu w zestawieniu ok. 90 państw z całego świata). Król jest nagi! Pierwsza reaguje Fundacja Batorego — programem „Przeciw korupcji”. W mediach zaczyna się rozpaczliwa kampania antykorucyjna pod hasłem „Korupcja. Nie musisz dawać, nie musisz brać w tym udziału”. Do dziś wspomniane organizacje wciąż informują opinię publiczną o wynikach swojej coraz bardziej wytężonej pracy.

Niezłomna Grażyna Kopińska z Fundacji im. Stefana Batorego, zarządzająca programem „Przeciw korupcji”, wytyka i raportuje o wszelkich „wpadkach” w pracach antykorupcyjnych rządu. Nie próżnuje i Transparency. Julia Pitera, szefująca od kilku lat polskiemu oddziałowi TS, z godną podziwu konsekwencją siecze i obnaża publicznie wszystkich, na których spoczywa cień podejrzenia o korupcję. Również Jacek Wojciechowicz z Banku Światowego nie pozostaje w tyle. Nie krytykuje, lecz — z właściwym sobie dystansem — po prostu informuje. W zeszłym tygodniu na konferencji FRR wszystkie trzy organizacje ogłosiły, że jesienią 2003 r. opublikują najnowsze badania o korupcji w Polsce. Jacek Wojciechowicz zapowiedział nowy raport Banku Światowego i pokrótce zasygnalizował jego wyniki:

— Coraz częściej pojawia się temat korupcji w biznesie. Największe koszty ponoszą nowo powstałe firmy. To logiczne. Przecież muszą się starać o mnóstwo pozwoleń... Nas jednak bardziej interesuje korupcja na poziomie ogólnospołecznym, instytucjonalnym. Najbardziej uderza ona w najbiedniejsze warstwy społeczne — referował.

Grażyna Kopińska ujawniła fragmenty najnowszego opracowania FB „Opinia publiczna i przedsiębiorcy o korupcji”, które wczoraj ujrzało światło dzienne. „Przedsiębiorcy silnie potępiają korupcję, upatrując jej przyczyny głównie w braku moralności, nieuczciwości ludzkiej, chęci dorobienia się, posiadania za wszelką cenę” — czytamy. Czy kogoś to dzisiaj jeszcze dziwi?

Julia Pitera z przerażeniem w oczach mówiła o najnowszym opracowaniu TS „Mapa korupcji”.

— To zestawienie 500 przypadków korupcji w Polsce z ostatnich kilku lat. Wynika z niego jasno, że przeżywamy jakiś skomasowany atak zjawisk, które są karane bardzo ostrożnie albo wcale. Miejmy świadomość, żeśmy się sami dorobili tego, co mamy. Każdy rząd kompletnie teoretycznie podchodził i podchodzi do korupcji, podejmował i podejmuje inicjatywy, które zwykle spełzają na niczym — grzmiała Pitera.

Patrząc z perspektywy czasu, trudno nie przyznać racji Julii Piterze. Pisanie o kolejnych inicjatywach antykorupcyjnych kolejnych rządów jest nudne jak flaki z olejem. I nie ma tu żadnych różnic między lewicą a prawicą. Po roku 1989 wszystkie rządy niczego na polu walki z korupcją nie zwojowały. W tym całym polskim nierządzie godna szacunku pozostaje jedynie niemoc Najwyższej Izby Kontroli, która od wielu lat i rządów niezmiennie wykazuje akty korupcji, zagrożenia i nieprawidłowości w rodzimym systemie prawnym. Działalność NIK można porównać do organizacji pozarządowych — świetnie stawia diagnozy. I na tym koniec. Nikt się tym nie przejmuje.

Ostatnie nadzieje, że w naszym kraju można skutecznie walczyć z łapownictwem, zgasły za rządów Jerzego Buzka. W 2000 r. powołał on do życia Antykorupcyjną Grupę Roboczą, ta zaś ogłosiła Antykorupcyjną Strategię dla Polski. Narodziło się martwe ciało, ogłaszające nic. Gwoździem do polskiej trumny o nazwie „walka z korupcją” okazały się jednak działania rządu Leszka Millera. To jego ekipa zapowiadała w 2002 roku rychłe ukrócenie praktyk korupcyjnych i stworzenie rządowego programu walki z tym procederem. Choć już wtedy mało kto w to wierzył, powszechnie jednak wiadomo było, że to już naprawdę ostatni dzwonek, by pozamiatać na własnym podwórku przed wejściem w struktury Unii.

— Nie widzę, żadnych faktycznych ruchów rządu Leszka Millera w kierunku ukrócenia tego procederu w Polsce, a powinien coś zrobić, bo ma ku temu wszelkie predyspozycje — podkreślał wówczas na łamach „PB” dr Krzysztof Jasiecki z Instytutu Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk.

Wtedy gdzieś w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji coś drgnęło. W maju w świat poszła plotka, że ktoś tam już stworzył ów antykorupcyjny program. Rzecznik prasowy nie potrafił dokładnie określić, kto i gdzie, ale wiadomo było, że coś jest na rzeczy. Dzisiaj wiemy, że program powstawał mniej więcej na przełomie marca i kwietnia 2002 r. — dokładnie wtedy, kiedy Adam Michnik nagrywał Lwa Rywina. Cóż za zrządzenie losu! Inny paradoks: kiedy już ten program powstał, trafił prosto do Komisji Europejskiej. Wyłącznie. Również prosto do KE trafiały raporty z jego realizacji w poszczególnych resortach rządowych.

Gdyby nie imponująco skuteczna akcja Fundacji Batorego, pewnie do dziś nic nie wiedzielibyśmy na ten temat. Okazało się, że ów program powstał wskutek nacisków Komisji Europejskiej i był jednym z ważniejszych warunków, stawianych przez unijnych negocjatorów stronie polskiej!

Pod koniec grudnia 2002 r. wybuchła długo oczekiwana przez wszystkich afera Rywina, a potem na kraj zwaliła się lawina pomniejszych aferek. Jedno, co w tym wszystkim już tylko może dziwić, to beztroska i cynizm obecnej ekipy rządzącej. Jej członkowie za każdym razem z uśmiechem na twarzy twierdzą, że to naprawdę ostatni raz.

— Gwarantuję pani, że więcej afer już nie będzie — zapewniał Monikę Olejnik we wtorek (2. IX. 2003 r.) gość Radia Zet Krzysztof Janik, minister spraw wewnętrznych i administracji.

Szczerze mówiąc: już nikt w tym kraju w takie bajki nie uwierzy. A forma i treść podobnych wypowiedzi przypominają nieumiejętne zrywanie z nałogiem.

Strona rządowa cierpi na jeszcze jedną przypadłość — wszelkie zarzuty korupcyjne odpiera niedorzecznościami. Przykład? Choćby wypowiedź Ryszarda Bełdzikowskiego, szefa tzw. wywiadu skarbowego w Ministerstwie Finansów. Na konferencji FRR zapytany o kary dla korumpowanych urzędników, rzucił:

— Państwo pozwolą, że zacytuję pewną ustawę z 1920 roku.

Czytał z 10 minut. Chodziło o to, że w przedwojennej Polsce urzędnikom za nadużycia groziła kara śmierci.

— Może by ten przepis przywrócić? Rozwiązalibyśmy w Polsce dwa problemy: korupcji i bezrobocia — skomentował Henryk Kozłowski, prezes Fundacji Rozwoju Rachunkowości.

I śmiechu było co niemiara...

Charakterystyczna dla obrzucanych łapówkarskim błotem polityków jest furia, z jaką uderzają w media, wywlekające na światło dzienne brudy ich i innych „wzorowych” obywateli. Do historii prasy przejdzie już agresja byłego, jakże uczciwego, ministra zdrowia Mariusza Łapińskiego. Umiejętnie na tym polu lawirował (przykład z konferencji FRR) Jacek Uczkiewicz z Ministerstwa Finansów. Porównał zjawisko korupcji do alkoholizmu, podkreślił, że antidotum to szczera rozmowa z narodem. I uczynił ukłon w stronę dziennikarzy:

— Media odgrywają niezwykle ważną rolę w leczeniu tej patologii, ale chciałoby się wszelako, żeby i one były wolne od korupcji. A jeżeli na przykład samorządy zatrudniają na dodatkowych etatach dziennikarzy lokalnych mediów. Jeżeli duże korporacje zachodnie zapraszają dziennikarzy na wyjazdy zagraniczne. Czy to nie jest korupcja? — pytał, wrzucając tym samym kamyczek do naszego ogródka.

Po niewczasie cios odparowała Wanda Rapaczyńska, prezes zarządu Agory, wydawcy „Gazety Wyborczej”. Podkreśliła, że podstawą niezależności mediów jest niezależność finansowa. A takich jest w Polsce jak na lekarstwo, a to, co się dzieje w regionach, woła o pom-stę do nieba. Ale nie idzie aż tak bardzo o zagraniczne wyjazdy i zatrudnianie w urzędach dziennikarzy. Zmorą mediów są coraz bardziej chore relacje z reklamodawcami. Ubogie gazety, stacje telewizyjne i rozgłośnie radiowe (głównie te na dorobku albo na wymarciu) tak ich przyzwyczaiły do ingerencji w treść publikowanych tekstów czy audycji w zamian za reklamę, że stało się to już w Polsce regułą.

— Dzisiaj ze sprzedajnością polskich mediów jest jak z cnotą. Prędzej, czy później ją tracą, a potem to już tylko kwestia ceny — podsumowała brutalnie Rapaczyńska.

W tak pięknych okolicznościach przyrody nie wypadałoby nic innego, jak tylko uderzyć się w piersi. Ale skoro nikt tego w tym korupcyjnym raju nie potrafi, to dlaczegóż by dziennikarze mieli dokonywać publicznego aktu samooczyszczenia. Nie! My, jak wszyscy Polacy, nie bierzemy, nie braliśmy i brać nie będziemy! Mało tego! Przecież to nikt inny, tylko media palą chutory skorumpowanej braci! Od lat stoimy na straży uczciwości w tym kraju, więc jak możemy być nieuczciwi?

To dzięki dziennikarskim śledztwom, dzięki waszemu poświęceniu reporterzy — tropiciele afer, dowiadujemy się o nadużyciach, łapówkach i przekupstwach. Gdyby nie wy, walka z korupcją w Polsce nie miałaby sensu — wołają chórem przedstawiciele Transparency, Fundacji Batorego i NIK-u.

To prawda. Ale nie zapominajmy, że sztuka piętnowania przekrętów (wielkich i małych) nie polega wyłącznie na tym, że ujawnia je się wtedy, kiedy brudny interes nie miał finału.

Na koniec kilka wskazówek. Otóż, drogi czytelniku, jeżeli zdarzy ci się jechać bez biletu komunikacją miejską, nie martw się. Wystarczy „dać w łapę kanarowi” 30 zł. Przekroczyłeś prędkość i zatrzymał cię policjant? 100 zł — i sprawa załatwione. Chcesz bez problemu zdać egzamin na prawo jazdy? Dasz tysiąc złotych — i po sprawie. Twój ojciec jest ciężko chory i czeka go operacja? 4 tys. zł w kopercie i może przeżyje. Twoje dziecko chce się dostać na uniwerek i na prawo? To na lewo musisz dać jakieś 20 tys. zł, a tylko znajomy szepnie ci komu. Szukasz pracy? Dzwoń do cioci albo wujka — coś załatwią. A może prowadzisz biznes? No to wiesz chyba, że każdy udany kontrakt zawiera w sobie 10-30 proc. „kieszonkowych” danin? Jeśli masz zasobny portfel i denerwuje cię obowiązujące prawo, możesz przecież odpalić „kilka” milionów i zmienić je według własnego widzimisię.

To jedynie wycinek podstawowych zasad i stawek w rodzimym procederze korupcyjnym. Skierowany jest do tej nielicznej grupy ludzi, która ma jeszcze złudzenia, że nie korumpuje, nie jest korumpowana i nie żyje w skorumpowanym kraju.

A prawda jest taka, że przyszło nam żyć w państwie, gdzie się „daje”, „bierze” i „załatwia” na potęgę! I nawet jeśli tego nie robisz, to coraz częściej musisz przymykać oko... Na tych, którzy jeszcze niedawno nie chcieli, a dzisiaj już nie umieją żyć uczciwie. W ten sposób budujesz system i stajesz się jednym z nich! Ale...

Czy kogoś to rzeczywiście w tym kraju obchodzi?