Czytasz dzięki

Liczba jednocyfrowa byłaby niespodzianką

opublikowano: 09-02-2020, 22:00

Do pierwszej, eliminacyjnej tury wyborów prezydenckich w niedzielę 10 maja (rozstrzygająca druga odbędzie się 24 maja) pozostają dokładnie trzy miesiące.

Komitety kandydatów kompletują wymagane przez Państwową Komisję Wyborczą (PKW) dokumenty zgłoszeniowe — na razie własne, jako że zarejestrowanie do 26 marca samego kandydata wymaga załączenia list poparcia z podpisami (numer PESEL musi być bezbłędny, podobnie jak adres) co najmniej 100 tys. wyborców. To minimum, komitet liderującego w sondażach prezydenta PiS-owskiego ma ambicję rzucić PKW aż milion podpisów.

Integralną
częścią kampanii Andrzeja Dudy był sobotni wiec zwolenników podpisanej przez niego
ustawy sądowej.
Zobacz więcej

Integralną częścią kampanii Andrzeja Dudy był sobotni wiec zwolenników podpisanej przez niego ustawy sądowej. Wojciech Kryński

Na razie nie wiadomo, ilu kandydatów znajdzie się 10 maja na karcie do głosowania. Teza postawiona w tytule opiera się na statystyce poprzednich bezpośrednich wyborów prezydenckich. Poza eksperymentalnymi z 1990 r., które pierwszy raz w Polsce republikańskiej nawiązały do królewskich elekcji z epoki I RP (wtedy czynne prawo wyborcze miała szlachta), lista startowa zawsze obejmowała co najmniej 10 zawodników. Przy czym mowa tylko o tych, którzy znaleźli się na karcie, wstępnie zainteresowanych było więcej. Niektórzy odbili się od progu podpisowego, inni zrezygnowali, unikając wstydu z powodu wyniku. Zawsze jednak znajdowało się kilku nawiedzonych, którzy ponad klęskę procentową przedkładali używanie dumnego tytułu „kandydat na prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej” oraz możliwość puszenia się w telewizyjnym czasie antenowym. W sześciu dotychczasowych głosowaniach liczba kandydatów wynosiła: 1990 — 6; 1995 — 13; 2000 — 12; 2005 — 12; 2010 — 10; 2015 — 11. Wynikowego dna sięgnął w 1995 r. niejaki Leszek Bubel, który po zebraniu 100 tys. podpisów uzyskał w urnach tylko 6825 głosów, co stanowiło 0,04 proc. ważnych. Kandydatów z wynikami poniżej 1 proc. było już wielu, ich nazwiska dzisiaj nic nie mówią nawet historykom i politologom. Ale trafiali się także rozpoznawalni, warto np. przypomnieć z 2010 r. wizerunkową klęskę Kornela Morawieckiego — tylko 0,13 proc.

Weekend przyniósł zapowiedź pierwszego wydłużenia znanej od tygodni listy kandydatów. Pięciu naturalnie wystawiają partie obecne w Sejmie: Andrzej Duda reprezentuje PiS, Małgorzata Kidawa-Błońska — KO-PO, Władysław Kosiniak-Kamysz — PSL, Robert Biedroń — SLD-Wiosnę, Krzysztof Bosak — Konfederację. Bezpartyjny szósty kandydat Szymon Hołownia reprezentuje głównie swoje własne mniemanie, że się nadaje. Zgodnie z oczekiwaniami słuchaczy Radia Maryja start właśnie zadeklarował siódmy, bardzo jednoznaczny kandydat — Mirosław Piotrowski. Aż 15 lat zasiadał z listy PiS w Parlamencie Europejskim, ale z partią karmicielką coraz bardziej było mu nie po drodze i w 2019 r. Jarosław Kaczyński wreszcie go skreślił. W odpowiedzi profesor założył Ruch Prawdziwa Europa — Europa Christi i usiłował wystartować w eurowyborach samodzielnie, poniósł jednak klęskę już w fazie podpisowej. Potem próbował startować indywidualnie do Senatu, ale znowu padł na podpisach — w swoim okręgu lubelskim nie zebrał prawidłowo nawet wymaganych 2 tys. Obecnie porywa się na 100 tys., hm… Jeśli jednak mu się uda, będzie to niepomyślna wiadomość dla Andrzeja Dudy — i trochę również dla Krzysztofa Bosaka — albowiem kandydat radiomaryjny swoje okruchy głosów urwie właśnie z ich porcji.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane