Liczy się dopiero wrzucenie do urny

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2023-10-03 20:00

Kampania przed zarządzonym na 15 października wyboro-referendum weszła w fazę emitowania przez nadawców publicznych bezpłatnych audycji telewizyjnych i radiowych.

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

Wobec przelewającej się codziennie przez wszelkie media tradycyjne i społecznościowe fali propagandowej te specyficzne, krótkie spoty komitetów wyglądają już bardzo archaicznie i wręcz pociesznie. Audycje wyborcze mają schemat stały, całkiem naturalny – mój program jest najmojszy, a w każdym razie mojszy od konkurencji. Zastanowiła mnie natomiast wizerunkowa nędza kampanii referendalnej. Otóż część podmiotów, które wywalczyły cenny czas antenowy, w ogóle nie przygotowała swoich audycji! We wszelkich wyborach takie oddanie gratisowego pola ekranowego byłoby niewyobrażalne. Naprawdę chodzi bowiem w tym referendum tylko i wyłącznie o jedno – o frekwencję. Fundacje państwowych spółek krzyczą, by głosować, natomiast organizacje pozarządowe – by nie dać sobie wcisnąć trzeciej kartki. Najbardziej oryginalny jest spot w pełni popierający napływ imigrantów, bo „od każdego mam pięć tysięcy baksów”.

Państwowa Komisja Wyborcza (PKW) bardzo oszczędnie gospodaruje prawdą, jak liczona jest referendalna frekwencja. Przepisy nie zmieniają się od początku III RP, ale poziom społecznej wiedzy wciąż pozostaje bardzo niski. Dlatego przed 15 października wypada bez przerwy i głośno powtarzać, że w każdym głosowaniu w Polsce umowny licznik frekwencyjny znajduje się w podłużnym otworze do przezroczystej urny. Faktycznie kolektywnym licznikiem staje się potem komisja obwodowa, która wyjmuje z urny wszystkie wrzucone karty i zlicza glosy. W ustawie o referendum art. 22 ust. 4 bez jakichkolwiek wątpliwości rozstrzyga: „Komisja obwodowa na podstawie liczby kart ważnych, wyjętych z urny, ustala liczbę osób, które wzięły udział w referendum”. Czyli frekwencja jest nawet pomniejszana o hipotetyczne karty nieważne, omyłkowo pozbawione pieczątki komisji (głosując, warto we własnym interesie tego drobiazgu dopilnować!). Pobieranie kart i wypełnianie ich w kabinie to jedynie czynności przygotowawcze, liczy się dopiero wrzucenie do urny.

Komisja obwodowa oczywiście oferuje każdemu pobranie kompletu kart, ale to wyborca decyduje. Teoretycznie 15 października wariantów niepobrania jest aż sześć, bo można np. przyjść do lokalu… tylko na referendum, wtedy komisja wpisuje obok podpisu wyborcy „bez Sejmu i bez Senatu”. Oczywiście tak naprawdę w rubryce uwag będzie wpisywana zupełnie inna – „bez referendum”. Notabene wytyczne PKW uwzględniają sytuację, gdy wyborca pobrał komplet, ale w kabinie mu się nagle odwidziało i chce którąś kartę zwrócić komisji – tak już się nie da, ale może ją… porzucić w lokalu. Zostanie na pewno zebrana przez komisję i nie weźmie udziału w grze frekwencyjnej.

Istnieje jeszcze jeden sposób głosowania, o którym PKW absolutnie nie wspomina. Nie przechodzi jej bowiem przez usta zachowanie wyborcy, zagrożone sankcjami karnymi, i to nawet podwójnymi – w kodeksie karnym oraz w przepisach kodeksu wyborczego. Otóż można pobrać od komisji komplet kart i potem w kabinie czy za zasłoną niechcianą referendalną (wielkości A4) najzwyczajniej schować do kieszeni marynarki czy spodni, torebki etc. i zabrać ją do domu, wrzucając do urny tylko dwie parlamentarne. Sejmowa będzie wielką białą płachtą, którą każdy wyborca jakoś złoży, natomiast senacka to zwyczajna A4. Jeśli wynoszona z lokalu karta później nie staje się przedmiotem obrotu (co zdarzało się niegdyś w wyborach samorządowych), nie jest upowszechniana, pokazywana, wrzucana na fejsa etc., to wykrycie karalnego teoretycznie występku wyniesienia jest absolutnie niemożliwe. Efekt arytmetyczny dla frekwencji jest natomiast identyczny jak oficjalne niepobranie karty od komisji – wyborca nie bierze udziału w referendum.