Dobrze, że wraz z odejściem ministra Kołodki zniknęło postrzeganie finansów publicznych przez pryzmat deficytu budżetowego. W tej chwili ważna jest koniunktura i dyscyplina całego systemu.
Eksperci nie mają wątpliwości — podstawowym celem wicepremiera Hausnera jest zmniejszenie bezrobocia. Jeżeli wzrost deficytu pomoże zwiększyć liczbę miejsc pracy, to minister gospodarki i pracy to zrobi.
— Jednak pamiętajmy, że deficyt rośnie tylko o 9 mld zł, czyli w wyniku niezrealizowania przychodów z rezerwy rewaluacyjnej. I tylko o tyle. Propozycje wicepremiera wcale nie muszą spowodować dalszego wzrostu deficytu w sensie nominalnym, a przyjęcie restrykcyjnych założeń rozwoju spowoduje, że będzie to neutralne dla gospodarki — twierdzi Mirosław Gronicki.
Dodaje, że w kontekście oceny podatku liniowego minister Kołodko pokazywał tylko efekty statyczne, czyli ile budżet straci. Nie liczył zaś zysków z jego wprowadzenia i zwiększenia dyscypliny całego sektora finansów publicznych.
Mimo to w opinii publicznej ukształtował się schemat, w którym minister Kołodko to ten, który chciał zmniejszać deficyt (czyli postać pozytywna), zaś wicepremier Hausner chce deficyt zwiększać.
— Uważam, że metoda ministra gospodarki jest lepsza i daje większe szanse na przeprowadzenie reform. Jerzy Hausner mógł sobie przecież wpisać do budżetu 15 mld z NBP. Jednak jest uczciwy i pokazuje, jak jest źle. A podstawowym warunkiem naprawy jest wskazanie rzeczywistego stanu gospodarki i wskazanie działań, które dają szanse na rozwój. Trzeba robić reformy, które są skierowane do konkretnych ludzi i firm, a nie do wyimaginowanych podmiotów — podkreśla Henryka Bochniarz.
Witold Orłowski uważa wręcz, że Jerzy Hausner popełnił błąd, mówiąc w pierwszym zdaniu o wzroście deficytu.
— To przecież tylko urealnienie założeń Grzegorza Kołodki, ale zawiódł przekaz medialny — uważa doradca prezydenta.
Stanisław Nieckarz dodaje, że sprawa przyszłorocznego deficytu nie jest jeszcze zamknięta, trwają bowiem rozmowy rządu z NBP.
— Z punktu widzenia budżetu najistotniejszy jest przyrost całego długu publicznego, a nie sam deficyt budżetu centralnego — podkreśla doradca premiera.