Lody, lody, dla ochłody

opublikowano: 25-05-2017, 22:00

W języku potocznym kręcenie lodów oznacza szybkie i nielegalne bogacenie się. Ta ludowa mądrość łączy krótki żywot produktu z jego powszechnym pożądaniem.

Skok technologiczny w przetwórstwie spożywczym sprawił, że na rynku owoców i warzyw przestała istnieć kategoria sezonowości. Podobnie dzieje się w branży lodowej, chociaż tutaj szczyt popytowy zawsze będzie naturalnie przypadał na lato. U progu upałów kolejny odcinek cyklu „Było, nie minęło” poświęcamy zatem kalorycznej ochłodzie. Przytoczone w tytule hasło marketingowe z epoki PRL było bardzo skuteczne, zwłaszcza w dostawie bezpośredniej.

Trudno powiedzieć czy to plaża nadrzeczna czy bałtycka, zatem w obnośnej chłodni mogły być równie dobrze lody Bambino, jak i Calypso.
Wyświetl galerię [1/4]

Lodem do klienta.

Trudno powiedzieć czy to plaża nadrzeczna czy bałtycka, zatem w obnośnej chłodni mogły być równie dobrze lody Bambino, jak i Calypso. PAP, Marek Wiśniewski

Patyk w środku czy na zewnątrz

Powojenne dzieje polskich lodów — wcześniej dystrybucja koncentrowała się na kawiarniach — współtworzyło wiele podmiotów. Co bardzo istotne, w bardzo zideologizowanej PRL zaopatrzenie ludności miast i wsi (taki był wtedy główny cel gospodarowania) na „odcinku lodów” było zdecydowanie lepsze niż w większości branż. Przy czym sektor państwowy ożywił się dopiero po politycznej odwilży z października 1956 r. Wcześniej byłoby to wręcz niewyobrażalne, ale towarzysz Władysław Gomułka zaakceptował wysupłanie cennych dewiz na zakup duńskich maszyn i na początku lat 60. okręgowe spółdzielnie mleczarskie rozpoczęły produkcję podłużnej kostki lodowej osadzonej na drewnianym patyku.

Bambino — taką dziecięcą nazwę z języka włoskiego lody otrzymały — wytwarzano w kilku smakach, w obowiązkowej polewie czekoladowej. Konstrukcja wymuszała ich konsumowanie wręcz błyskawicznie, bo szybko się topiły i ociekały. Kultowa w PRL marka podtrzymywana jest przez spółdzielnię mleczarską Jogo w Łodzi, ale dzisiaj to tylko gwiazdka w bogatej lodowej galaktyce.

Bambino rywalizowały o popularność z lodami Calypso, produkowanymi na skalę przemysłową od 1960 r. przez gdańską państwową chłodnię Lodmor. Oprócz smaku najważniejszą dla klienta różnicą była strategiczna funkcja patyczka — do zamrożonej kostki Calypso był on załączany luzem jako p.o. łyżeczki, a nie wetknięty do środka — jak w Bambino — jako konstrukcyjny nośnik. Spółka Lodmor nadal produkuje Calypso, ale mają rangę niszową jak produkt łódzkiej Jogo.

Mokotowski dziekan korpusu

Wejście do Polski międzynarodowych gigantów spowodowało, że rynek lodów stał się bardzo konkurencyjny. Dlatego nie dziwi, że strategie marketingowe tak często odnoszą się do sentymentów — lody są „od pokoleń”, „jak za dawnych lat”, a nawet stają się „rodzinną obsesją”, co podkreśla ich popularność wielopokoleniową. Wielu producentów jest cenionych przez lokalnych odbiorców za jakość. Historycznie dziekanem lodowego korpusu jest Zielona Budka. Ta marka wywodzi się z warszawskiego Mokotowa, ale znalazła potem kopie w różnych miastach. Po przemianach własnościowych opakowania z tą nazwą można dzisiaj znaleźć na chłodniczej ladzie każdego marketu. W 1947 r. drukarz z zawodu Edmund Plewicki przebranżowił drewnianą zieloną budkę po dawnej kwiaciarni. U zbiegu ulic Puławskiej i Madalińskiego sprzedawał w niej słodycze i owoce, a potem lody, które tuż obok produkował we… własnym mieszkaniu jego sąsiad, wykształcony cukiernik Kazimierz Koziełł. Lody sprzedawano na kulki w waflach, a także do przynoszonych przez klientów termosów. Ograniczona z konieczności dzienna dostawa bardzo szybko znikała. Autorzy sukcesu nie myśleli o jakimkolwiek szyldzie, ale adres budki wkrótce znała cała Warszawa. Sekretem jakości lodów były świeże i naturalne składniki. Bardzo skracało to sezon, w zimie klientom pozostawały pączki. Nazwa jednak tak się zakorzeniła, że po latach o pójściu do lodziarni zupełnie innej firmy mówiono w uproszczeniu, iż idzie się do „zielonej budki”. W 1955 r. Warszawa gościła prokomunistyczny Światowy Festiwal Młodzieży i Studentów. Budka była symbolem tzw. prywatnej inicjatywy, ale również stolicy — dlatego władze same zaprosiły lody z Mokotowa do centrum, koło właśnie otwartego Pałacu Kultury i Nauki imienia Józefa Stalina. Po festiwalu lodziarnia wróciła do siebie, ale nie dosłownie, bo na drugą stronę ulicy, pod adres Puławska 45/47. Zajęła jeden z lokali parterowego pawilonu handlowego, a na szyldzie w 1956 r. pierwszy raz pojawiła się wreszcie nazwa Zielona Budka. Po kilku latach nastąpiła kolejna zmiana adresu, od 1961 r. była to Puławska 11, naprzeciwko nowatorskiego architektonicznie Supersamu. Skromna firma trzymała się zatem tradycji Mokotowa, ale przesuwała się bliżej centrum. W 1967 r. ze względu na podeszły wiek wyszedł ze spółki twórca jakości lodów Kazimierz Koziełł. Stopniowo siły opuszczały także drugiego współzałożyciela, który miał wyjątkowy zmysł biznesowy. Edmund Plewicki w 1980 r. sprzedał firmę, która w zakończonej ogólnym kryzysem dekadzie towarzysza Edwarda Gierka znajdowała się w bardzo dobrej kondycji.

Lodziarstwo ma we krwi

Nowym właścicielem został Zbigniew Grycan, który mówi o sobie, że lody ma we krwi. Produkował je już jego dziadek w Buczaczu na Ukrainie. Po wojnie rodzice trafili do Wrocławia i tam mieli lodziarnię Miś, a ich syn zaczynał jako chłopiec przy roznoszeniu lodów. Szlify cukiernika i lodziarza Zbigniew Grycan zdobywał w warszawskim hotelu Bristol.

Pałeczkę Zielonej Budki przejął na ponad dwie dekady, bardzo różne. Lata 80. po stanie wojennym były niezwykle trudne, ponieważ branża miała ogromne kłopoty surowcowe, wszak cukier był na kartki. To wtedy pojawiły się m.in. słynne wyroby czekoladopodobne. Renomowane lodziarnie, a na ich czele Zielona Budka, starały się jednak utrzymywać receptury, podejmując nietuzinkowe inicjatywy zaopatrzeniowe. Na szczęście nie było problemów ze sprzedażą lodów, wygłodzony rynek pochłaniał wszystko — zatem efekt biznesowy rekompensował wysiłki.

Na drugą część epoki Zbigniewa Grycana w Zielonej Budce przypadły przemiany ustrojowe i rynkowe, czyli powrót do normalności — także w produkcji i dystrybucji lodów. Serce firmy przy ulicy Puławskiej 11 przekształcone zostało w 1991 r. w salon lodowy, wkrótce zaczęły powstawać kolejne w różnych miastach.

Naturalną koniecznością stało się uruchomienie nowoczesnej fabryki. Powstała w Warszawie Aninie. Zielona Budka wyszła zaś poza granice stolicy, od 1994 r. jej lody można było kupować już w całym kraju. Kolejnym naturalnym ruchem biznesowym stało się przekształcenie firmy w spółkę akcyjną.

W Zieloną Budkę zainwestował francuski bank Paribas, wkrótce potem w specjalnej strefie ekonomicznej w Mielcu powstała druga fabryka. Pierwsze lody wyszły z niej w 1999 r., a w 2001 r. inwestorami strategicznymi zostały fundusze zarządzane przez Enterprise Investors.

Zbigniew Grycan przewodniczył wtedy radzie nadzorczej Zielonej Budki, ale stopniowo zaczął się wycofywać i wyprzedawał swoje akcje. Ostatecznie rozstał się ze spółką w 2003 r., ponieważ rozeszły się koncepcje rozwoju uznawane za najlepsze przez niego i nowych właścicieli, a dotyczące lodowego asortymentu, jakości, dystrybucji, półki cenowej etc.

Nie na emeryturę, lecz od nowa

Po krótkim odpoczynku Zbigniew Grycan (rocznik 1941) otworzył w 2004 r. własną firmę o nazwie… Grycan, po prostu. Bardzo ważne biznesowo i psychologicznie stało się znalezienie alternatywy dla Zielonej Budki, abstrahując już od ostrej konkurencji innych międzynarodowych graczy. Zbigniew Grycan uruchomił szybko rozrastającą się sieć eleganckich firmowych lodziarni, głównie w centrach handlowych. Nie zapomniał jednak o rynku detalicznym, dlatego w sklepach lody jego marki obecnej i dawnej leżą obok siebie. Najważniejsze, że nie wypuścił z rąk lokalu przy Puławskiej 11. To adres kultowy w dziejach polskich lodów, niezależnie od tego, pod czyim szyldem.

Nowe imperium Zbigniewa Grycana produkuje lody we własnej wytwórni w Majdanie pod Warszawą. Szef przywiązuje wielką wagę do oryginalnych receptur i nie uznaje całej lodowej chemii — sztucznych aromatów, zagęszczaczy, stabilizatorów i taniego tłuszczu. Za branżowe dno uznaje lody z automatu, powstające z importowanych gotowych proszków — wystarczy do nich dodać wodę lub mleko. Niestety, taka mieszanka skutecznie rozpycha się na polskim rynku, chociaż z lodami nie ma wiele wspólnego…

Międzynarodowa i sieciowa

Zielona Budka w XXI w. skręciła w trochę inną stronę. Kolejnym jej właścicielem został w 2004 r. niemiecki potentat Roncadin, mający ugruntowaną pozycję jednego z głównych producentów lodów w Europie Zachodniej. A od 2006 r. w następstwie kolejnych fuzji legendarna polska firma stała się elementem wielkiego europejskiego koncernu R&R Ice Cream Company. Produkcja w warunkach dyktowanych przez Unię Europejską wiąże się z surowymi reżimami sanitarnymi i ochrony środowiska. Zakład w Mielcu gwarantuje jakość, powtarzalność receptury i bezpieczeństwo higieny produkcji, nieosiągalne dla małej manufaktury. To absolutna prawda, ale z drugiej strony — trudno uniknąć pytania, jak obecne smaki Zielonej Budki oceniłby Kazimierz Koziełł… &

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: JACEK ZALEWSKI

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Lody, lody, dla ochłody