Łódzki desant odchodzi - skąd będzie następny?

Kazimierz Krupa
07-09-2001, 00:00

Łódzki desant odchodzi – skąd będzie następny?

Warszawocentryzm, czy jakikolwiek inny centryzm, jest teorią chybioną i niemożliwą do obrony. No bo dlaczego coś, w jednym określonym miejscu, miałoby być lepsze od tego samego, gdzie indziej. No chyba że chodzi o wadowickie kremówki. To zgoda. Ale jak obronić tezę, że np. w Warszawie właśnie, albo w Paryżu, Gdańsku czy Kutnie rodzą się sami mądrzy i wielcy ludzie, kiedy już przed wojną słynny rebe mówił, że w jego mieście to rodzą się tylko małe dzieci. Ale tak pojmowana zasada centryzmu ma wielu zwolenników — tak przynajmniej zdawałaby się świadczyć nasza najnowsza historia.

Oto bowiem w latach ustroju powszechnej szczęśliwości uznano, że kwintesencją trudu robotniczego jest zawód górnika. Nie podejmuję się dyskutować z tą teorią, więc przyjmijmy, że tak było. Tyle że, o ile mam wiele szacunku dla górniczego trudu, o tyle nie rozumiem, dlaczego zaraz rządy w całym kraju ma sprawować przedstawiciel tego szlachetnego zawodu. Trud — trudem, szacunek — szacunkiem, ale niezbędne umiejętności też by się przydały. Gorzej. Wiadomo przecież, że czy to premier, czy prezydent, czy wreszcie — jak w tym przypadku — I sekretarz, rządzi przede wszystkim za pośrednictwem rozumu ludzi, którymi się otacza: ministrów, doradców, czy jak jeszcze ich sobie nazwiemy. O ile więc jeden sztygar czy górnik przodowy, nawet na najwyższym stanowisku, jeszcze krzywdy nie czyni — o tyle cała ich gromada na najbardziej eksponowanych stanowiskach w kraju musi doprowadzić do katastrofy. To był desant śląski w latach siedemdziesiątych.

Następnie była ponura dekada lat osiemdziesiątych, o której większość z nas chciałaby jak najszybciej zapomnieć, aż wreszcie „wybuchła” demokracja. Demokracja, demokracją, ale centryzm pozostał i miał się dobrze. Tylko tym razem kwintesencją wszystkiego był stoczniowiec. Kto nie miał choćby krótkiego stażu w jakiejś stoczni — ten się nie liczył. Kadrowi tych zakładów przeżywali złote czasy, każdy chciał mieć papierek, że chociaż przez kilka dni budował statki. Wtedy wydawało się oczywiste, że wszyscy wielcy i najmądrzejsi ludzie rodzą się w Gdańsku. To był czas desantu gdańskiego. Desant gdański, jak miał swój początek, tak miał i koniec, ale tymczasem, niepostrzeżenie...

Od początku lat 90 Warszawę, wiele ważnych instytucji i urzędów, opanowuje Łódź. To znaczy może nie cała Łódź, ale łódzcy ekonomiści, absolwenci Wydziału Ekonomiczno-Socjologicznego Uniwersytetu Łódzkiego. Jego najbardziej prominentni przedstawiciele to:

- Marek Belka, doradca ekonomiczny prezydenta, najprawdopodobniej przyszły minister finansów,

- Jarosław Bauc, były minister finansów, „kozioł ofiarny”, „winowajca”, „kiler budżetu”,

- Jerzy Kropiwnicki — szef Rządowego Centrum Studiów Strategicznych, znany z tego, że nawet jak jego usta milczą (bo zostały siłą zamknięte), to dusza śpiewa bardzo głośno,

- Jacek Saryusz-Wolski, szef Urzędu Komitetu Integracji Europejskiej,

- Anna Fornalczyk — była szefowa Urzędu Antymonopolowego,

- Cezary Józefiak, Bogusław Grabowski („nieugięty”) i Jerzy Pruski — członkowie Rady Polityki Pieniężnej.

Jak łatwo zauważyć, tylko jeden profesor Belka ma w swoim opisie słowo „przyszły”, dwoje ma już „były” lub „była”, a kolejnych dwóch będzie miało niebawem. Co do trzech ostatnich: „nie ma jasności w temacie”. Przyszłość pokaże. Jakkolwiek jednak z nią by było, staje się faktem to, że desant łódzki powoli zaczyna przechodzić do historii. Skąd nadlecą następni spadochroniarze?

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Kazimierz Krupa

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Gospodarka / Łódzki desant odchodzi - skąd będzie następny?