Marka Rolls-Royce to bez dwóch zdań błękitna krew motoryzacji. Arystokracja z historią targaną wielkimi uczuciami i skandalami. Najbardziej rozpoznawalnym członkiem tej szacownej brytyjskiej rodziny jest oczywiście model Phantom, ale jeszcze bardziej rozpoznawalna jest sylwetka kobiety w rozwianej sukni. Kobiety, która z RR nie miała nic wspólnego. Poza córką z posiadaczem Phantoma.
Znak czasów

Jak powiem Rolls-Royce, większość z was oczami wyobraźni ujrzy wielką katedrę (tak w RR nazywają to, co inni producenci określają mianem grilla lub atrapy chłodnicy) zwieńczoną maleńką rzeźbą uskrzydlonej kobiety. Owa figurka jest dziś otoczonym wielkim szacunkiem symbolem marki. Jak wielkim? Spróbujcie w obecności kogoś z RR powiedzieć o Spirit of Ecstasy, że jest emblematem. Może do rękoczynów nie dojdzie, ale zostaniecie obrzuceni takim spojrzeniem, jak ktoś, kto nazwał Luwr magazynem plakatów albo Missisipi strumykiem. Innymi słowy, popatrzą tak, jak patrzy się na ignoranta.
Spirit of Ecstasy jest najbardziej rozpoznawalną rzeźbą w motoryzacji. Figurka nazywana też srebrną damą to firmowy znak Rolls-Royce’a. Co ciekawe, za jej powstaniem nie stoi nikt z RR. Zgoda, to banał. Ale Spirit of Ecstasy zawdzięczamy sekretnej miłości z początków ubiegłego wieku. Mezaliansowi. Aby przejść do sedna, konieczne jest jednak przedstawienie sylwetki pewnego lorda. Brytyjski arystokrata John Edward Scott-Montagu był absolwentem uczelni Eton i Oxford, członkiem parlamentu i przyjacielem króla Edwarda VII. Kochał samochody, ścigał się nimi i zasłynął tym, że jako pierwszy wjechał autem na dziedziniec brytyjskiego parlamentu. Choć wówczas przyjęto to z niesmakiem, po latach traktowano jako symbol zmieniających się czasów. Dzięki politycznemu zaangażowaniu doprowadził do uchwalenia prawa MotorCar Bill ustanawiającego m.in. obowiązek rejestracji pojazdów i kierowców. Lord Montagu był też założycielem magazynu „The Car Illustrated” słynącego z kolorowych ilustracji, których autorem był Charles Sykes i które miały status dzieł sztuki. To właśnie w redakcji tego pisma startuje historia Spirit of Ecstasy.

Historia tej rzeźby jest opowieścią o kobiecie, młodej angielskiej aktorce i modelce Eleanor Velasco Thornton, którą lord Montagu zatrudnił jako asystentkę i w której bez pamięci się zakochał. Były dwa owoce tego związku: pierwszy to córka Joanna, drugi – Spirit of Ecstasy. Ze względu na to, że lord Montagu pozostawał w związku małżeńskim z Lady Cecil, a także na jego zobowiązania majątkowe i pochodzenie Eleanor z niższej sfery, ich związek musiał być utrzymywany w tajemnicy. Joanna została oddana do adopcji. Jak się zrodziła córka – wiadomo. Jak powstała latająca dama? Otóż w 1903 r. Montagu poddał testowi talent rzeźbiarski swojego rysownika Charlesa Sykesa. Z okazji wyścigu The Gordon Bennett Motor Race lord ufundował puchar dla zwycięzcy. Jego autorem był właśnie Sykes. Zaproponował puchar w srebrze – figurkę kobiety trzymającej w dłoniach uskrzydlony samochód. Modelką artysty była Eleanor. Kiedy kilka lat później wybuchła moda na przyozdabianie samochodów maskotkami, lord Montagu też jej uległ. Chciał ozdobić maskę swojego Rolls-Royce’a Silver Ghost Type 70 osobistym symbolem. Opracowanie projektu powierzył temu, kto tak doskonale wywiązał się ze zlecenia na puchar. Charles Sykes wykonał figurkę kobiety w zwiewnych szatach dotykającej palcem ust w symbolu sekretu (dziś wiemy, jaką tajemnicę skrywała). Modelką była oczywiście Eleanor. Figurkę nazwano The Whisperer, tak samo jak lord nazywał swojego Rolls-Royce’a, którym z pewnością zabierał Eleanor na przejażdżki.
Co było dalej? Lord, jak to lord, miał znajomości tu i ówdzie. Gdy tylko dostrzegł modę na figurki na autach, natychmiast zaproponował jednemu z dyrektorów RR, niejakiemu Cloude’owi Johnsonowi, interes. Stworzenie figurki, która w przyszłości ozdobi każdy model RR. Tak w 1911 r. zacnemu dyrektorowi został zaprezentowany znany nam symbol „ducha ekstazy”, będący oczywistą wariacją na temat The Whisperer. W ten sposób podobizna ukochanej lorda stała się symbolem wartości RR, czyli prędkości, elegancji, szyku i energii. Początkowo ów symbol był dostępny jako opcja, ale od 1920 r. dumnie zdobił katedrę każdego auta z Goodwood.
Klejnot w koronie (dosłownie)

Teraz przez dłuższy czas wpatruję się w oczy Eleanor, której podobizna wieńczy ogromną katedrę największego SUV-a marki o pięknej nazwie Cullinan. I choć wiem, że to inne spojrzenie, fascynuje mnie ta historia. Fascynuje szacunek, z jaką jest traktowana.
Niemal czuję tego ducha ekstazy. I o to chodzi w autach tej marki. Bez znaczenia, jaki model wybierasz, doświadczysz ducha przeszłości i jeżdżącego szacunku. Doświadczysz klasy, i to najwyższej próby. Wiecie, jak to jest z pieniędzmi. Można je zarobić, wygrać czy ukraść i mieć. Klasy nie. Nie da się jej zdobyć, ukraść czy wygrać. Trzeba wypracować, a to trwa. Często dłużej niż jedno pokolenie. Klasa to zasady, szacunek dla historii oraz nierzadko kodeksy czy protokoły. To tradycja, przewidywalność i szyk, ale też dyskrecja i mimo wszytko skromność, nawet jeżeli luksusowa. A w motoryzacji? To Rolls-Royce. I uwierzcie mi na słowo, to czuć w każdym modelu tej marki. Nawet jeśli jest SUV-em. Choć może się wydawać, że określanie RR mianem samochodu sportowo-użytkowego to mezalians, nic z tych rzeczy. Cullinan nie jest tylko SUV-em od Rolls-Royce’a. Przede wszystkim jest Rolls-Royce’em wśród SUV-ów.
Porsche, Aston Martin, Bentley czy Lamborghini, a także Ferrari już zarabiają krocie na SUV-ach lub za chwilę zaczną. To kwestia oczekiwań klientów, a co za tym idzie – nierzadko być albo nie być dla marki. To, co dziś bywa przyjmowane z niesmakiem, za chwilę zostanie uznane za znak czasów – podobnie jak wjazd Johna Edwarda Scott-Montagu samochodem na dziedziniec brytyjskiego parlamentu. A znakiem czasów są dziś SUV-y. W każdym segmencie ich udział w sprzedaży rośnie. Zatem w ultraluksusowym też. Rezultat? Rolls-Royce Cullinan – 2 m szerokości, 5,3 m długości i 1,85 m wysokości. Autem można brodzić w wodzie o głębokości pół metra (nie próbowałem) i wjechać tam, gdzie inny model tej marki raczej się nie wybierze (próbowałem). Oczywiście jest napęd na obie osie, ale nie ma reduktora czy blokad. To raczej bywalec szlachetnych prowincji niż offroadowych torów. Mimo to nad terenową sprawnością czuwa elektronika i 850 Nm momentu oborowego, których dostarcza benzynowa jednostka V12 o pojemności 6,75 l i mocy ponad 570 KM. W zawracaniu tym kolosem pomaga skrętna tylna oś. Auto przyspiesza do setki w 5,2 s i może gnać z maksymalną prędkością do 250 km/h. Podczas szybkiej jazdy – mimo perfekcyjnego zawieszenia – czuć sporą masę pojazdu, a ta ociera się o 2,7 t (same materiały wyciszające ważą 100 kg). No ale w Rollsie (każdym) nie ma miejsca dla kompromisów.

Pochodzenie zobowiązuje. Auto wydaje się nie mieć nic przeciwko przejażdżkom po leśnych duktach i błotnistych szlakach. Da radę. Kierowca nie. Przynajmniej nie ja. Ubrudzone błotem opony, czyli powód do dumy w moim Jeepie, tu odbieram jako faux pas porównywalne do uzupełniania smokingu traperami nie pierwszej czystości. To, że coś się da zrobić, nie oznacza, że się powinno. Cullinan mimo wszystko narzuca zasady protokołu w taki sam sposób, jak to robią inne modele marki. Zawieszenie serwuje efekt latającego dywanu (doprawdy trudno uwierzyć, że koła dotykają asfaltu). Z pewnością nie ma też drogiego SUV-a o tak wygodnych fotelach i kanapie. Wszystkie czworo drzwi można automatycznie zamykać za pomocą przycisku, więc jest to sugestia, że tym modelem Rollsa można jeździć bez kierowcy. Auto dostępne jest w wersji 5- lub 4-osobowej. W tej drugiej konfiguracji dostępna jest szyba oddzielająca przestrzeń bagażową od pasażerskiej. Dzięki niej, choć trudno mi to sobie wyobrazić, we wnętrzu ma być jeszcze ciszej. Ale i bez szyby do uszu kierowcy i pasażerów docierają tylko strzępy dźwięków zewnętrznego świata. Silnika (choć pokaźnego) nie słychać niemal w ogóle. Nie docierają również żadne wibracje. Zupełne jak w elektryku. Ta cecha aut RR sprawi, że przesiadka ich właścicieli do aut na prąd może pozostać niezauważona. A przypominam: od 2030 r. nie będzie Rollsów innych niż elektryczne. Pierwszy model RR z wtyczką (o pięknej nazwie Spectre) pojawi się w już przyszłym roku.
Cullinan, jak na SUV-a przystało, ma nieco przysadzistą sylwetkę. Ale to akurat do RR pasuje. Wnętrze jest uczciwe. Uczciwe w tym sensie, że jeśli widzisz drewno, to jest to drewno. Podobnie z innymi materiałami. Zero udawania i zero kompromisów. Do tego ta ponadczasowa elegancja, której nie zaburzają ozdobniki nadmiernie używane przez konkurencję (np. z Maybacha). Diament musi błyszczeć i w zasadzie nie potrzebuje do tego dodatków. Szczególnie taki diament. Bo RR nazwał swojego SUV-a od diamentu właśnie. Cullinan to największy i najczystszy ze znanych diamentów. Został znaleziony w 1905 r. w kopalni Premier Mine pod Pretorią. Pierwotnie miał wymiary 10 na 6 na 5 cm i ważył 3106 karatów (ponad 620 g). W 1907 r. został ofiarowany królowi Edwardowi VII. Na jego polecenie amsterdamskie przedsiębiorstwo braci Asscher podzieliło i oszlifowało kamień. 10 lutego 1908 r. Joseph Asscher dokonał mistrzowskiego cięcia, dzięki któremu z bryły uzyskano dziewięć ogromnych kamieni i 96 mniejszych. Z uzyskanych w 1908 r. brylantów dwa największe – Cullinan I i Cullinan II – wmontowano w brytyjskie insygnia państwowe. No i powiedzcie, jak zabrać ten skarb w błoto? No nie przystoi. Doprawdy.
Bez happy endu

Culinan jest też diamentem dla samego RR. Dziś (obok modelu Ghost) to najpopularniejszy model marki. To w dużej mierze dzięki niemu firma z roku na rok poprawia wyniki. W 2021 r. Rolls-Royce Motor Cars zanotował najwyższą sprzedaż w 117-letniej historii marki. Firma dostarczyła klientom na całym świecie 5586 samochodów, o 49 proc. więcej niż w (również rekordowym) 2020 r. Zazdroszczę każdemu z nowych właścicieli. Bo RR to coś znacznie więcej niż ultrawygodny środek transportu. Wiem, że brzmi to banalnie, ale to zaklęta w niewielkiej figurce legenda wielkiej miłości. Niestety bez „hepiendu”. Kobieta, dla której powstała figurka, zginęła w tragicznych okolicznościach na oczach ukochanego. Kiedy statek, którym w 1915 r. podróżowali do Indii, przeszyła niemiecka torpeda, utonęła. Lord wyszedł z opresji. Ale legenda głosi, że do końca życia wyrzucał sobie, że nie trzymał Eleanor wystarczająco mocno. Lord Montagu zmarł siedem lat później. To takie historie tworzą to, co w motoryzacji najpiękniejsze. Klimat i charakter.










