Podróżny, który wyląduje na stołecznym lotnisku, odbierze natychmiast pierwszą lekcję polskiej ekonomii: bezużytecznie zwisające rękawy i samoloty parkujące daleko od dworca. PPL bardziej opłaca się nie zarabiać na opłatach za cumowanie do gate-ów niż zarabiać na nich rozsądnie. Tego nie zrozumie żaden kibic, choćby był profesorem ekonomii. Zdziwi się tylko jak dalece można skomplikować w ten sposób operacje lotnicze. Za to zwiedzi dokładnie lotnisko od strony płyty, odbywając długą podróż lepiącym się od brudu autobusem, w którym zimą nie ma ogrzewania, latem klimatyzacji, a kierowca czasem myśli, że jest rajdowcem. Jeśli cudzoziemiec oburzy się na to, to znaczy, że nie docenia dalszej części edukacji — ta jazda to tylko przygotowanie do korzystania z transportu miejskiego.
Okęcie ma sporo cech wyjątkowych i odróżniających ten port od innych na świecie. Ogromna większość stanowisk odpraw z robiącą wrażenie trzycyfrową numeracją jest z reguły nieczynna. Odprawa "security" zorganizowana jest w ten sposób, żeby kolejkę utrzymywać bez względu na liczbę pasażerów. Dużo się dyskutuje o tym, kto będzie te kontrole przeprowadzał: pogranicznicy czy agencje ochroniarskie. Z punktu widzenia pasażera nie ma to najmniejszego znaczenia, o ile kontrola idzie sprawnie, a kontrolujący rozumieją to, co robią. Przy tym wszystkim Okęcie nie ma praktycznie żadnego systemu bezpieczeństwa: wielkie lotniska dysponują systemami rozpoznawania twarzy, wykrywania ruchu, rozpoznawania pozostawionego bagażu. Okęcie ma tylko kilkaset kamer nie służących do niczego. Zamiast systemu bezpieczeństwa stosuje się nieprofesjonalne zamykanie lotniska na kilka godzin z powodu pozostawionej reklamówki — akcje tyle spektakularne, co zupełnie nieprofesjonalne. Nie ma też sprawnego systemu nawigacyjnego. Słynna kategoria I jest technologią z przed kilkudziesięciu lat. Nie ma w Europie innego szanującego się lotniska, które nie miałoby systemu kategorii III. Okęcie nie ma go nawet w planach i to dyskwalifikuje je jako port międzynarodowy.
Przygoda z lotnictwem nie skończy się dla podróżnego na samym Okęciu. Musi się z niego wydostać i tu trafi na kolejną szkołę przetrwania. Wprawdzie lotnisko jest niemal w centrum, ale 8 km do pokonania może oznaczać godzinę spędzoną w korku do śródmieścia i dwie do stadionu. Innymi słowy, Okęcie w realnym wymiarze jest bardzo daleko od Warszawy. Lotnisko i miasto stoją każde sobie i z punktu widzenia pasażera można się tylko zastanawiać, które powoduje więcej stresów i utrudnień.
Dziwactwa Okęcia znajdziecie praktycznie we wszystkich innych portach lotniczych w Polsce. Brak systemu nawigacyjnego, sprawnej komunikacji z miastem, systemu bezpieczeństwa, brak poczucia, że lotnisko jest częścią całego organizmu regionalnej gospodarki — to standard polski. Wprawdzie coraz więcej lokalnych lotnisk stara się działać samodzielnie, ale do 2012 r. niewiele się zmieni, bo trzeba nie tylko inwestycji, ale i świadomości do czego zmiany są potrzebne.
