Najpierw rósł, a potem się osuwał — tak kurs Lotosu reagował wczoraj na wyniki osiągnięte w drugim kwartale. Tak też zachowywał się cały rynek. Na pierwszy rzut oka rezultaty Lotosu wydawały się lepsze od konsensu analityków. Ale na drugi, po oczyszczeniu ze zdarzeń jednorazowych, były gorsze.

— Oczyszczone wyniki są gorsze, niż zakładał rynek. Chodzi o 87 mln zł, wynikające z odpisów w segmencie wydobywczym, których my w prognozach nie uwzględnialiśmy — komentuje Krzysztof Pado, analityk Domu Maklerskiego BDM.
W drugim kwartale Lotosowi dobrze poszło w segmencie wydobywczym, ale w segmencie rafineryjnym ma straty. Ostatecznie grupa zanotowała 126,1 mln zł straty netto, wobec 529 mln zł straty przed rokiem. Tymczasem oczekiwania analityków mówiły o minus 213 mln zł. Strata operacyjna też była mniejsza niż przed rokiem — 100,8 mln zł, wobec 861,4 mln zł. A konsensus wskazywał na minus 126 mln zł. Spadły jednak przychody — z 8,4 mld zł do 6,1 mld zł (konsensus to 6,7 mld zł). W wynikach Lotosu ujęto też w końcu efekt głośnego porozumienia zawartego z operatorem norweskiego złoża Yme. Uaktualniona rezerwa na ten cel dała dodatkowy przychód operacyjny na prawie 22 mln zł. W kolejnych kwartałach Lotos ma już osiągnąć zyski.
— Po zakończeniu postoju remontowego nie ma czynników, które wskazywałyby na ujemną rentowność operacyjną w kolejnych kwartałach — mówi Mariusz Machajewski, wiceprezes Lotosu. W czarnych barwach perspektywy Lotosu widzi natomiast Tamas Pletser z Erste Group.
— Warunki do prowadzenia działalności przez spółki rafineryjne są w dalszym ciągu niekorzystnie, co źle wróży na przyszłość — uważa analityk. Jego zdaniem wyniki, choć nieznacznie lepsze od konsensu, nie wystarczą, aby spowodować dalszy wzrost cen akcji.
— Lotos w dalszym ciągu odczuwa niekorzystny wpływ słabych wyników. Dlatego podtrzymujemy rekomendację „sprzedaj” — zaznacza Tamas Pletser.