Łowca gwiazd

Magdalena Laskowska, Grzegorz Nawacki
24-04-2007, 00:00

reportaż Mikołaj Ziółkowski stworzył największy festiwal muzyczny w kraju. To jest biznes z adrenaliną i emocjami w tle — mówi.

Zwabić 30 tys. osób w jedno miejsce i sprawić, by każda z nich dobrze się czuła i bawiła — wyzwanie. Zwłaszcza jeśli za udział w trzydniowej imprezie trzeba zapłacić jakieś 200 zł. Argumenty muszą być mocne. Na przykład największe gwiazdy muzyczne: Placebo, Manu Chao, Franz Ferdinand, The Streets, Kanye West, Basement Jaxx czy Roger Sanchez. Wszyscy na jednej scenie, podczas jednego letniego weekendu. W Polsce? Nierealne — powie wielu. A jednak możliwe. Heineken Open’er Festival w tym roku będzie miał szóstą edycję.

Siła różnorodności

Lato. Dopiero siódma rano, a na dworze ponad 20 stopni. To jednak nic w porównaniu z tym, co się dzieje w namiotach. Duchota i skwar wygania z nich kilkaset osób, które zasnęły ledwie kilka godzin wcześniej. Niemrawe powitanie i marsz w kierunku kontenerów z prysznicami. Tam kolejka na godzinkę czekania. Stoją w niej trzydziestoletni fan rocka, niewiele młodszy punk i kilkunastoletni hip-hopowiec. Jeden jest menedżerem w korporacji, inny ma własną firmę, a jeszcze inny ledwo zaczął studia. Po prysznicu się rozejdą każdy w swoją stronę: na śniadanie, potem na plażę albo powłóczyć się po mieście. Zejdą się o 17, bo wtedy zaczyna się pierwszy koncert. Ostatni skończy się około trzeciej nad ranem.

Przez trzy dni przebywać będzie ze sobą 30 tys. osób. Bardzo różnych. Mimo to nie padnie żadne nieprzyjemne słowo, nie ma mowy o agresji.

— Festiwal jest nie tylko wydarzeniem muzycznym, ale również społecznym. Panująca na nim atmosfera wyprzedza polską rzeczywistość — mówi Mikołaj Ziółkowski, twórca Heineken Open’er, szef agencji Alter Art.

W kilka lat publika ma wzrosnąć do 50 tys.

— Żeby zachować klimat i jakość festiwalu, taka publika wystarczy. Open’er jest dużą, ale nie masową imprezą, bo nie przyjeżdżają ludzie przypadkowi — uważa Mikołaj Ziółkowski.

Tak to się zaczęło

W 1997 r. wraz z grupą młodych ludzi założył agencję Alter Art. Miała się zajmować szeroko pojętą kulturą: teatr, kino i muzyka.

— Na początku organizowaliśmy koncerty undergroundowych kapel, ale już wtedy myślałem o zrobieniu czegoś na większą skalę — mówi Mikołaj Ziółkowski.

Marzenie o zorganizowaniu w Polsce muzycznego wydarzenia na światową skalę zajęło mu kilka lat. Planował, szukał odpowiedniego miejsca i partnera, bo stworzenie takiego festiwalu bez sponsora jest niemożliwe.

Wreszcie udało się nawiązać kontakt z Heinekenem.

— Rzadko się zdarza, żeby organizator ze sponsorem tak długo wspólnie pracowali. Mamy podobne cele, wspólną strategię, dlatego dobrze nam się razem działa — śmieje się Mikołaj Ziółkowski.

W 2002 r. ruszyła pierwsza edycja festiwalu. Koncert gwiazdy imprezy, zespołu The Chemical Brothers, odbył się w Warszawie, na torze Stegny. Rok później imprezę przeniesiono do Gdyni. Dlaczego akurat tam?

— Kiedy przedstawiłem władzom miasta swoją wizję festiwalu, nie dość że zaufali, to jeszcze pomogli w organizacji — wspomina Ziółkowski.

Zeszłoroczna impreza była przełomowa. Miasto udostępniło teren lotniska Babie Doły. Ogromny, płaski, trawiasty — wymarzone miejsce na festiwal. Dlatego na fanów padł blady strach, gdy pod koniec ubiegłego roku pojawiła się koncepcja, by przerobić go na prawdziwe lotnisko dla tanich linii.

— Mamy zapewnienie prezydenta, że funkcjonowanie lotniska można połączyć z festiwalem, który powoli staje się wizytówką miasta. Myślę, że to już docelowe miejsce dla Open’er. Zamierzamy tu spędzić kolejne 30 lat — uspokaja Mikołaj Ziółkowski.

Sztuka negocjacji

Pozostała najtrudniejsza część. Ściągnąć gwiazdy do kraju, w którym nie tylko nigdy wcześniej nie grały, ale też niewiele o nim wiedzą. Trochę pomogły zmiany na rynku muzycznym.

— Kiedyś artyści zarabiali pieniądze na sprzedaży płyt, a koncerty były dodatkiem. Teraz jest zupełnie na odwrót. Ma to swoje dobre strony, bo gra się więcej koncertów — tłumaczy Mikołaj Ziółkowski.

Kupowanie artystów przypomina grę. Na całym świecie zajmuje się tym zaledwie kilka osób — promotorów.

— Wszystko opiera się na słowie, nie na piśmie. Znaczenie ma zaufanie, a nie kontrakt. Agenci spotykają się z artystami i przekonują ich, że warto wystąpić akurat w naszym kraju. Nie jest to łatwe, bo w tych samych albo zbliżonych terminach odbywa się kilka festiwali na całym świecie. Często negocjacje trwają miesiącami albo nawet latami — mówi Mikołaj Ziółkowski.

Teraz jest łatwiej, bo Open’er stał się na tyle znany, że artyści sami się zgłaszają.

— Zespół Placebo, który grał w ubiegłym roku, mówił, że czytał o naszej imprezie w zagranicznej prasie — zaznacza Mikołaj Ziółkowski.

Podobnie The White Stripes, który chciał wystąpić i dwa lata temu dał świetny koncert.

— Wokalista Jack White ma polskie korzenie, więc przygotował dla fanów niespodziankę. Wszedł na scenę i po polsku się z nimi witał, przedstawiał zespół, opowiadał anegdoty — wspomina Ziółkowski.

Organizatorzy się odwdzięczyli.

— W dniu koncertu White miał urodziny. Zaprosiliśmy jego rodzinę z Polski i ze Stanów, było przyjęcie i tort. Do momentu, kiedy nie zszedł ze sceny, nie miał pojęcia, że ktoś na niego czeka za kulisami — twierdzi Ziółkowski.

Cena za gwiazdę

Na zorganizowanie festiwalu trzeba wydać kilkanaście milionów złotych. Nieoficjalnie wiemy, że około piętnastu. Większość pochłaniają honoraria artystów, które z roku na rok rosną. Na rabaty nie ma co liczyć.

— Nie mówimy artyście: słuchaj, grasz w Polsce, to dostaniesz trochę mniej niż w Anglii czy w Danii, bo się na to nie zgodzi. Koncert to koncert — dodaje Mikołaj Ziółkowski.

Ile biorą najwięksi, to ściśle tajna informacja.

— Honoraria głównych artystów wahają się od 100 nawet do 700 tys. euro. Śmieszne jest to, że jest wielu wykonawców, którzy kosztują 300-400 tys. euro, a nikt by w to nie uwierzył. Są grupy, które mają taki model biznesowy, że grają rzadko, ale za duże pieniądze — mówi Ziółkowski.

Za bilet na trzy dni koncertów w Polsce trzeba zapłacić około 50 euro. Tylko, bo za wejście na największy muzyczny festiwal w Danii, Roskilde, aż 200 euro.

Fabryka marzeń

Na kasie się nie kończy. Niektórzy artyści przyjeżdżają z własnymi kucharzami, fryzjerami i stylistami. Są tacy, co przylatują własnym samolotem, grają koncert i po kilku godzinach odlatują. Choć zdarzają się wyjątki: Kanye West przyleciał samotnie rejsowym samolotem z Londynu. Do interesujących należą kontakty z amerykańskimi muzykami hip-hopowymi, bo mają niesamowite potrzeby.

— Nawet przeciętnie znany raper ma taki dom, o jakim najbogatszy Polak nawet nie marzy. No i mają ochroniarzy, o których by można książki pisać: muszą się schylać, żeby wejść w normalne drzwi — śmieje się Mikołaj Ziółkowski.

Zapraszani artyści to wypadkowa możliwości budżetowych, zapotrzebowania na rynku, oceny jakości kapeli i prywatnych upodobań organizatorów.

— Wybierając zespoły, spełniamy sobie do woli nasze marzenia muzyczne. Na ten rok zabukowaliśmy niszowy zespół muzyki klubowej, który jest bardzo lubiany przez ludzi z Alter Art. Podobnie było z islandzką kapelą Sigur Ros. Kilka lat temu widziałem ich koncert we Francji i wiedziałem, że chcę ich zaprosić. Wreszcie się udało. Uważam, że koncert był genialny — ocenia Mikołaj Ziółkowski.

Jest szansa, że fani nie będą żyli tylko wspomnieniami. Organizatorzy spróbują wydać DVD z tegorocznych i ubiegłorocznych koncertów. n

Niesforni chłopcy

W 1979 r. kilku amerykańskich chłopców założyło punkową kapelę The Young Aborigines. Dwa lata później grupa zmieniła nazwę na Beastie Boys. Beastie oznacza Boys Entering Anarchistic States Towards Inner Excellence, czyli mniej więcej „chłopcy wprowadzający się w anarchistyczne stany dla osiągnięcia wewnętrznej doskonałości”. Na początku grali hardcore punk, jednak po czterech latach zmienili styl na hip-hop, zaczęły się inspiracje funkiem i rapem, co słychać na ich kilkunastu albumach. Popularność zdobyli w 1985 r., kiedy ruszyli w trasę koncertową z Madonną promujacą płytę „Like a Virgin”. W tym roku zespół aż dwukrotnie pojawi się na scenie festiwalu Open’er. Zagrają koncert hip-hopowy i instrumentalny.

Samochód w ogniu

Wbrew pozorom i mylącej nazwie The car is on fire, to polska kapela rockowa, którą tworzy czterech młodych panów. Nagrali dwa albumy studyjne: „The car is on fire” oraz wydany pod koniec ubiegłego roku „Lasek & Flames”. Dwa lata temu grali na Przystanku Woodstock. A w tym roku znaleźli się w gronie polskich artystów zaproszonych na Open’era.

Liczby festiwalu

30

tys. Tyle osób bawiło się na Open’er w 2006 r.

7

tys. Tyle namiotów rozstawili uczestnicy

0,5

mln euro a może ciut więcej kosztowało zaproszenie najdroższej gwiazdy na Open’er.

Björk po islandzku

znaczy brzoza

Björk Gudmundsdóttir od lat mieszka w Nowym Jorku z Matthew Barneyem, kontrowersyjnym artystą, znanym m.in. z cyklu filmowego „Cremaster” (tytuł pochodzi od nazwy mięśnia podtrzymującego jądra), z którym ma córkę. Islandka lubi zaskakiwać publiczność nie tylko muzyką, ale również strojami. Podczas oscarowej gali, kiedy wykonała piosenkę z filmu „Tańcząc w ciemnościach” Larsa von Triera, wystąpiła w stroju łabędzia. Jest nieuleczalną eksperymentatorką, szukającą dźwięków, o jakich innym się nie śniło. Dowodem album Medúlla (2004 r.) — prawie cały wykonany a cappella, bez instrumentów, czy muzyka do odjechanego filmu Barneya „Drawing Restraint 9” wydobywającego fantastyczne zakamarki z głębin ludzkiej świadomości.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Magdalena Laskowska, Grzegorz Nawacki

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu