Menedżer jest znany w środowisku biznesowym z energicznej natury i ekspresywności. Wyładowuje się podczas treningów kolarskich albo na siłowni hipoksyjnej – czyli takiej, na której tlenu jest tyle, ile w wysokich górach. Ma ją pod nosem, w siedzibie spółki w podwarszawskim Zamieniu. Warunki wysokogórskie stworzył sobie nawet w sypialni, dzięki czemu zdarza mu się spać tak, jakby był na wysokości 2 tys. m n.p.m.
– Na rowerze jeżdżę od 30 lat, ale moja przygoda ze sportem rozpoczęła się wiele lat wcześniej. Zaczynałem od biegania i miałem niezłe wyniki, ale to nie zabezpieczało stałego wynagrodzenia. Brak pieniędzy był powodem zamiany sportu wyczynowego na handel, do którego miałem smykałkę. Później wracałem do biegania, gdy zarobiłem pieniądze, i znowu do handlu w słabszym finansowo czasie. Jednocześnie biegała – i to z sukcesami – moja żona. Ja zająłem się więc biznesem i od 32 lat prowadzę firmę, ale ze sportem nadal jestem mocno związany. Zresztą moja żona również – mówi Piotr Bieliński.
Własne centrum hipoksyjne
Prezes firmy Action podpatruje nowinki, które pojawiają się w treningu profesjonalistów.
– Nadal się czegoś uczę i ciągle wprowadzam do treningu coś, co podnosi mój potencjał sportowy. Gdybym miał w młodości takie doświadczenie i wiedzę, to z pewnością biegałbym szybciej. Teraz korzystam choćby z masażu. Nie wiem, czy dużo mi to daje, ale pamiętam, że gdy byłem młodym zawodnikiem, to tylko na jednym obozie mieliśmy taką formę regeneracji. Byliśmy wtedy w Szklarskiej Porębie i co drugi dzień szliśmy do wojskowego ośrodka, gdzie korzystaliśmy z masażu wodnego. Tydzień później osiągnąłem najlepszy wynik w karierze: 8:07 min na 3 km biegu płaskiego. Wtedy to był drugi lub trzeci wynik w historii Polski. Jestem przekonany, że wyniknęło to z lepszej regeneracji i mocnego treningu – wspomina Piotr Bieliński.
Hipoksja, z której także korzysta, to kontrolowane zmniejszenie procentowego stężenia tlenu, którym się oddycha.
– Kiedy biegałem wyczynowo, wyjazdy zagraniczne w wysokie góry były dla nielicznych. Wynikało to z ograniczeń politycznych i finansowych. Myślenia o właściwym odżywianiu też praktycznie nie było. Teraz jest zupełnie inaczej. Jeśli jest taka możliwość, to głupotą byłoby z niej nie korzystać. Moi znajomi z biegania tworzyli hipoksję w Polsce – w hotelach, ośrodkach sportowych. Kiedyś zaprosili mnie na trening siłowy w takich warunkach i bardzo mi się to spodobało. Od słowa do słowa przeszliśmy do tego, że po co mam jeździć gdzieś daleko, skoro mógłbym mieć takie miejsce pod nosem. Zrobiliśmy więc centrum hipoksyjne w Action. Po sobie widzę, że taki trening daje lepsze efekty i nie muszę wykonywać tylu powtórzeń co w normalnych warunkach, a rezultat jest ten sam – tłumaczy prezes Actiona.
Rowerowe ustawki
Mimo większych efektów treningowych w krótszym czasie i lepszej adaptacji do wysiłku za sprawą hipoksji Piotr Bieliński nie rezygnuje z aktywności na świeżym powietrzu. Trenuje nawet sześć razy w tygodniu.
– Czasami potrzebuję złapać trochę luzu i dlatego mam też dni wolne. Mnie i moją żonę prowadzi trener, którego bardzo cenimy. Wykonuję dużo treningu siłowego, bo w moim wieku siła spada najszybciej. Do wysiłku na wysokości już się zaadaptowałem. Poza tym cztery, pięć razy w tygodniu jeżdżę na rowerze szosowym – mówi Piotr Bieliński.
Formę sprawdza podczas tzw. ustawek rowerowych na kultowej dla warszawskich kolarzy trasie z Warszawy do Góry Kalwarii (znanej po prostu jako Gassy od nazwy miejscowości po drodze), a także na wyjazdach zagranicznych. Startuje też w zawodach – w tym w ostatnim L’etape du Tour de France. Kilkanaście tysięcy amatorów rywalizuje na tej samej trasie, po której tydzień później jadą zawodowcy. W 2024 r. do pokonania było prawie 140 km i 4,5 tys. m przewyższenia.
– Lubię rywalizację i bez niej sport nie ma sensu. Przyrzekłem sobie, że jeśli młodzi zaczną mnie pokonywać w Gassach, to dam sobie spokój ze zwykłym rowerem i kupię elektryczny – i też będę się ścigał. Może będzie nawet lepiej, bo dopiero wtedy zacznę zdrowo cisnąć młodszych – mówi z uśmiechem Piotr Bieliński.
Podczas ustawek prezes Actiona przejeżdża od 100 do 140 km ze średnią prędkością nie mniejszą niż 40 km/h.
– Mnie wolna jazda nie interesuje. Trenować należy na najmocniejszych obciążeniach. Na treningu nie ma miejsca na luz, ale po nim musi być wolne i to procentuje sukcesem. Zawsze jadę po zwycięstwo, nawet jeśli jest to mało realne. Ale nie jestem też nie wiadomo jak nakręcony na wyniki – mówi Piotr Bieliński.
W sportowej pasji wspiera go żona Anna Bielińska, która w przeszłości wyczynowo biegała maratony (rekord życiowy to 2:37:34).
– Po 36 latach małżeństwa zostaliśmy sami w domu, bo nasz najmłodszy syn się wyprowadził i mamy czas na swoje pasje. Oboje jesteśmy aktywni fizycznie, startujemy w zawodach, jednak gdy jeździmy po Wyspach Kanaryjskich, to wybieramy swoje grupy. Żona jeździ z koleżankami Norweżkami, bo ze mną się denerwuje. Uważam, że w moim wieku spokojna jazda jest stratą czasu i jak już się jeździ, to trzeba to robić na maksa. Ona ma inne zdanie – mówi Piotr Bieliński.
Podkreśla wagę regeneracji – głównie snu i właściwego odżywiania (ale też bez ortodoksji). Po suplementy sięga, po doping – nie, ale daleki jest od potępiania oszustów wśród rywali amatorów. Liczba startujących w zawodach zaczęła spadać, bo opłaty są coraz wyższe, a testy antydopingowe jeszcze by je podniosły.
– Wzrost opłat wynika z rosnących kosztów organizacji w ślad za podwyżką płacy minimalnej. Są też problemy z obstawieniem zawodów i zapewnieniem bezpieczeństwa przez policję oraz zamykaniem dróg. Z roku na rok zawodów jest coraz mniej. Jeśli zwiększona opłata ma jeszcze zmniejszyć liczbę startujących, to już wolę, żeby niektórzy się „koksowali” – przyznaje Piotr Bieliński.
Zdrowie, talent i szczęście
Sport nauczył go pracowitości i systematyczności. Jest też odskocznią od pracy.
– Dzięki niemu mogę mieć inne środowisko, innych znajomych, inne tematy do rozmów niż związane z pracą. Spotykam się z młodszymi, którzy mają inne problemy, czasami im doradzam, czasem nakręcamy się, żeby jechać jeszcze szybciej – mówi prezes Actiona.
Ze sportowej młodości upadków nie pamięta, bo – jak wspomina – było wtedy tak biednie, że nie było czasu na przeżywanie, walczyło się o to, żeby się poprawić. Teraz bardziej analizuje przyczyny takiej, a nie innej dyspozycji na treningu czy wyścigu.
– W biznesie jest inaczej. Gdybym miał takie doświadczenie 15–20 lat temu, to moja firma wyglądałaby zupełnie inaczej. Sanacja, którą przeszliśmy, nie była upadkiem – to była walka o przetrwanie. Wychodziłem też zawsze z założenia, że zaczynam od zera i jak skończę na zerze, to całe życie do tego czasu naprawdę dobrze przeżyłem. Mam rodzinę, wychowałem dzieci, jeździłem po wielu krajach. Mam dużo znajomych. Jak zacznę od zera, to trudno, zaczynam od nowa. I tak było warto. W życiu trzeba mieć – poza zdrowiem – też szczęście. Ja miałem trochę zdrowia, trochę talentu i trochę szczęścia – podsumowuje Piotr Bieliński.

