Ludwik XIII w stylu Las Vegas

Milena Rachid Chehab
opublikowano: 2011-12-16 00:00

Polakom nie wystarczają już wystawne wesela, chcą mieć przyjęcie jak z tysiąca i jednej nocy. To marzenie spełnia Wacław Goźliński, właściciel podwarszawskiej Venecii Palace. Weselny potentat inspiruje się przepychem Dubaju i Las Vegas. Musi być bajkowo i na bogato

Trzeba nie mieć fantazji, żeby podjechać pod Hotel Venecia Palace superdługą limuzyną. Passé są także konne zaprzęgi, wozy milicyjne i strażackie oraz stare samochody. Teraz wejście z fasonem oznacza podpłynięcie jachtem lub lądowanie helikopterem – zapowiedzi takich entrées podawane są na bieżąco na stronie internetowej pałacu. Jeśli jednak dostajemy się tu drogą lądową, musimy skręcić z Trasy Katowickiej przed Jankami w prawo. Mijamy pola kukurydzy, cmentarz, z którego już widać światła pałacu, jeszcze dwa mocno dziurawe zakręty i stojący na skraju pola bladoróżowy łuk triumfalny. Wielki napis nie pozostawia wątpliwości co do sentymentów dziejowych gospodarza – złote litery obwieszczają światu: „Łuk Unii Europejskiej”.

– Postawiłem go, zanim jeszcze wyrósł pałac. W tym miejscu nasza gmina hucznie świętowała wejście Polski do UE. To taka ważna data dla polskiej przedsiębiorczości, że nie mogłem się powstrzymać, żeby jej odpowiednio nie uhonorować – tłumaczy Wacław Goźliński, właściciel podwarszawskiego kompleksu pałacowego z początków XXI wieku.

Bogini o twarzy Angeliny Jolie

Tomasz Goźliński, syn właściciela, architekt, absolwent Politechniki Białostockiej i pomysłodawca projektu, nie chce się rozwodzić na temat stylu budowli i wnętrz. – Ludwik XIII, ale bardziej w klimacie Las Vegas. Bo to nie jest muzeum, więc taki eklektyzm jest w pełni uzasadniony. My, Polacy, na co dzień mieszkamy inaczej, ale tu bawimy się inaczej. Ma być bajkowo i na bogato – mówi.

Jak mówi, tak jest. Dzięki trzem zatrudnionym tu rzeźbiarzom (wszystkich pracowników jest 60) już na parkingu witają nas wielki, leżący półnagi mężczyzna z cementu rzymskiego (trzyma pochodnię w każdej chwili gotową do podpalenia) i grecka bogini o twarzy Angeliny Jolie. Podjazdu do pałacu strzegą dwa pięciometrowe sfinksy greckie o wielkich nagich piersiach i równie imponujących skrzydłach oraz stojące za nimi lwy. Goście najchętniej fotografują się właśnie z nimi. Po lewej największa atrakcja Venecii – staw z ozdobioną flagami altanką, gdzie na specjalne życzenie mogą odbywać się śluby cywilne. Będący na wyposażeniu pałacu jacht rzadko cumuje przy brzegu, częściej widać dwa ogromne plastikowe łabędzie, chyba najbardziej luksusową na rynku wersję roweru wodnego. Z daleka pałac wygląda na świeżo odnowiony: żółte ściany, białe zdobienia i charakterystyczna dla XVIII-wiecznych budowli bryła. Dopiero plastikowedrzwi i okna, portrety będące w rzeczywistości wielkimi reprodukcjami, chorągwie-banery z cytatami z Seneki oraz wielka plazma w sieni zdradzają, że konserwator zabytków nie był tu potrzebny. Duże pole do popisu wykorzystał dekorator. Widać to szczególnie w największej sali, skrzącej się od złota i kryształowych żyrandoli. Na kapitelach kolumn udających czarny granit umieszczono złote posągi Atlasów podtrzymujących sufit. Na szczególne życzenie państwa młodych pomieszczenie można dodatkowo ozdobić – gdy ostatnio było tu wesele Polki i Egipcjanina, przez całą uroczystość nad nowożeńcami czuwała para 2,5-metrowych gipsowych faraonów. – Ludzie, którzy urządzają wesela w Venecia Palace, przez całe życie marzyli o ślubie jak z bajki. I ja to marzenie spełniam – mówi Wacław Goźliński, który wie, że Polakom wychowanym na „Dynastii”, a dojrzewającym na emigracji zarobkowej skromne wesele już nie wystarcza.

– Mieliśmy tu wesela polsko-angielskie, polsko-irlandzkie, polsko-hinduskie, polsko- -południowoafrykańskie. Bo polskie dziewczyny, nie chcąc się wstydzić przed zagranicznymi kawalerami, przychodzą do nas. Anglikom czy Hiszpanom opadają szczęki, że u nas jest nawet bardziej Europa niż u nich. Bo u nich w takich warunkach bawi się na weselach co najwyżej arystokracja. Goźliński od czterech lat specjalizuje się w organizacji wesel z wielką pompą. Od maja do września w Venecia Palace w trzech osobnych salach odbywa się dziewięć wesel tygodniowo – najlepsze terminy rezerwowane są nawet z dwuletnim wyprzedzeniem (bywa, że gdy związek w tym czasie się rozpadnie, jedno z młodych znajduje nowego partnera, dzięki czemu nie musi rezygnować z wymarzonej daty).

Garnki i kury z przerwą na Amerykę

Gdy sezon się skończy, rytm roku wyznaczają kolejno: wigilie firmowe, sylwester, karnawał, studniówki i komunie. Dodatkowo organizowane są tu chrzciny, stypy, konferencje i wszelkiej maści bankiety. Bywają dni, kiedy Venecia Palace, a zwłaszcza pełna przepychu część apartamentowa, zmienia się w plenery filmowe. Właściciela najbardziej cieszy to, że stworzył w ten sposób biznes niezależny od pór roku i koniunktury w jednej branży. Jeszcze kilkanaście lat temu dokładnie w tym samym miejscu denerwował się, czy 60 tys. mieszkanek jego fermy będzie się niosło jak trzeba i jaka będzie podaż zboża. Dlatego zrezygnował z fermy jeszcze w latach jej świetności.

Bo Wacław Goźliński, rocznik 1952, wyrósł, jak mówi, w „duchu prywatnej inicjatywy gospodarczej”. – Ojciec prowadził działalność rzeźniczą i handlową, jedna ciotka wytwórnię oranżad, druga skup butelek. Dziś jedna z moich sióstr prowadzi hotele Lord i Windsor, a jeden z braci – trochę mniejszy biznes hotelarski – opowiada. Wcześniej jako technik mechanik zaraz po szkole prowadził zakład ślusarski, a w międzyczasie studiował zootechnikę. Potem rozkręcił produkcję artykułów gospodarstwa domowego.

– Szło niesamowicie, zapotrzebowanie na garnki i patelnie ogromne, ale nie było surowców do produkcji – wspomina dumny z tego, jak sobie z tym radził.

– W drodze do Huty Konin wstępowałem do Peweksu, gdzie kupowałem deficytowe towary damskie, od bielizny począwszy. Z tymi souvenirami pojawiałem się w dziale zaopatrzeniowym. Pracujące tam panie były na tyle zauroczone, że w drodze wyjątku umożliwiały mi zakup blachy. W końcu jednak miał dosyć tych wszystkich zabiegów i wyjechał do Ameryki.

– Tam okazało się, że nawet miotłą posługiwać się nie umiem, bo w Polsce w tamtych czasach zamiatało się do siebie, a tam trzeba było zamiatać od siebie do przodu. Szybko przerzuciłem się na budowlankę. Z Nowego Jorku oprócz praktycznych umiejętności przywiózł także: – doświadczenia estetyczne („Trochę się tych pięknych wnętrz naoglądało, zwłaszcza ogromnych łazienek i ogrodów na dachach”),

– etos pracy („Wbrew pozorom traktowany byłem po ludzku”), – niezrealizowane do dziś marzenie („Chcę dożyć czasów, gdy będę mógł zatrudnić przynajmniej trzech Amerykanów, żeby teraz pracowali u mnie. Ale jeszcze mnie nie stać”), – 40 tys. dolarów gotówki.

Prawie jak Ritz

Z tą ostatnią w 1990 r. było co robić. Wspólnie ze stryjecznym bratem Andrzejem zainteresował się masłem.

– Na pniu wykupiliśmy całe rezerwy Agencji Rynku Rolnego, zatrzymaliśmy sprzedaż i cena 90 proc. polskiego masła automatycznie skoczyła o 100 proc. Szybko zorientowaliśmy się też, że przez część roku na rynku sprzedawane jest głównie masło białe, gorszego gatunku. Jako zootechnik trochę się na tym znam, więc szybko sprowadziliśmy karoten z Holandii i zaczęliśmy go wstawiać do mleczarni, dzięki czemu masło miało znacznie lepszy, złoty kolor – opowiada Wacław Goźliński. Andrzej dotąd „siedzi w interesie spożywczym”, on zmienił branżę po dwóch latach. Kupił 15 hektarów upadającego PGR w Michałowicach pod Warszawą i zbudował tam dużą jak na tamte czasy fermę kurzą. Ponieważ jednak denerwowała go nieprzewidywalność rynku jajecznego, zaczął rozglądać się za czymś stabilniejszym.

W 1997 r. zakupił podwarszawski motel Marysieńka, na którym uczył się biznesu hotelarskiego. Szybko zaczęło mu świetnie iść: pokoje coraz rzadziej stały puste, a lista rezerwacji na salę bankietową systematycznie się wydłużała. Po dwóch latach otworzył więc w pobliskich Falentach (także przy Trasie Katowickiej) Hotel Hrabski, którego adaptacją zajął się jego syn architekt. To były czasy, kiedy bogacący się Polacy zaczęli przykładać coraz większą wagę do wystawności ślubów i wesel. Nowoczesne sale konferencyjne sieciowych hoteli, lekko tylko przystrajane na weselną okazję, przestały już wystarczać.

Jak mówią Goźlińscy, w promieniu 200 km od Warszawy nie było wtedy odpowiednio „pałacowych” wnętrz, w których mogłoby się bawić sto kilkadziesiąt osób. Do Hotelu Hrabskiego ustawiała się więc coraz dłuższa kolejka narzeczonych spragnionych na weselu wersalu, nie tylko w manierach. – Choć konkurencja wprost tego nie powie, narzuciliśmy kanon sali weselnej, który podchwyciła cała Warszawa – nie ma wątpliwości Tomasz Goźliński.

– Gdzie indziej na przykład dominowała tonacja écru, a my wprowadziliśmy do wnętrz łososia, którego inni kopiowali, i złote sztukaterie. Nie wypadało już bawić się w remizach strażackich i my ten trend błyskawicznie podchwyciliśmy. Inspirowaliśmy się znalezionymi w Internecie zdjęciami pełnego przepychu Dubaju i Las Vegas czy luksusowymi hotelami, takimi jak Ritz czy Kempinski. To, co zobaczyliśmy, przekładaliśmy na inne pieniądze i inne materiały, ale już na przykład kolorystykę zachowywaliśmy tę samą.

Eklektyzm komercyjny

Gdy ojciec zdecydował się, że kurzą fermę zmieni w kompleks pałacowy, syn zatarł ręce. W stawianym od zera głównym budynku pałacu (boczna część hotelowa została przerobiona ze starego magazynu) nic już nie ograniczało jego fantazji. A że doświadczenie z gustami gości Hotelu Hrabskiego miał już spore, wiedział, czego pragną Polacy.

– Niezbyt dobrze jest mieć wszystko w jednym stylu. To nie najlepiej się sprzedaje, bo każdy ma inne upodobanie: jeden woli orientalizm, drugi klasycznego Ludwika, a trzeci styl romański. A tu przecież ciągle trzeba pamiętać, że prowadzimy biznes i nie dla sztuki się to wszystko robi – mówi Tomasz Goźliński, który swój styl nazywa eklektyzmem komercyjnym. Sztandarowym jego przykładem jest właśnie Venecia Palace. Historia tego miejsca wpisała się w dzieje rodu Goźlińskich. Imprezą inaugurującą działalność pałacu było bowiem wesele córki Wacława Mai (rzeźba z jej wizerunkiem zdobi jedną z nisz we frontowej ścianie Venecii, w drugiej stoi jej szwagierka Kasia).

– To była pierwsza w naszej rodzinie ceremonia na taką skalę. Moje wesele odbywało się w latach 70. w barze szybkiej obsługi, a atrakcją była kiełbasa i flaki, wtedy towary mocno deficytowe. Ożenek syna świętowaliśmy z dużo większą pompą, w klubie garnizonowym. Ale dopiero ślub Mai, która chwilę wcześniej wróciła ze Szwajcarii, był balem jak z bajki. Zaprosiliśmy najdalszą nawet rodzinę i bawiliśmy się trzy dni, testując rozmaite atrakcje, takie jak salwy armatnie czy kucyk, na którym mogły jeździć dzieciaki – nie kryje dumy Wacław Goźliński. Od tego czasu jego firma ma na koncie około tysiąca podobnych uroczystości. Szczycą się, że oprócz rodzin tych, którzy zarobili za granicą duże pieniądze, większość ich klientów stanowią biznesmeni z całego Mazowsza i – ponoć – kilku celebrytów. Wielu gościom taka marka lokalu równie imponuje co ich onieśmiela.

– Tu jest naprawdę zachwycająco, ale zupełnie inaczej niż na tradycyjnym weselu. Chyba wszyscy czują, że muszą zachowywać się trochę bardziej dostojnie niż gdzie indziej, a większość z nas jest do tego nieprzyzwyczajona – mówi pani Anna ze Stoczka Łukowskiego, która przyjechała tu na ślub dalekiego kuzyna. Właściciel Venecii nie ma jednak wątpliwości, że ci, którzy swoje wesela tu urządzają, to bywalcy.

– To ludzie, którzy mają pieniądze i wiedzą, że nie da się zrobić balu przy minimalnych kosztach. Nie możemy się godzić na menu za 80 złotych od talerza, bo potem goście będą narzekać na serwis, a nie na fundatora – mówi właściciel.

Górnej granicy kosztów nie ma, ale płaci się zwykle około 220–300 złotych od talerza (w Warszawie to raczej średnia półka cenowa). Na wesele wydaje się tu więc kilkadziesiąt tysięcy złotych, ale bywały i takie za 150 tys. W cenie oprócz jedzenia i alkoholu jest między innymi salwa armatnia i apartament dla nowożeńców (na środku pokoju jacuzzi otoczone kolumnami jońskimi).

– Ale ostateczny kosztorys okazał się inny, niż umawialiśmy się na początku. Fajerwerki miały kosztować 800 złotych, a potem okazało się, że to tylko cena przygotowania miejsca pod nie, a na całą atrakcję wydamy dodatkowe 4 tys. – żali się biznesmen z Irlandii (a wcześniej z Łukowa), który bawi się na swoim weselu, jednym z ostatnich w mijającym sezonie.

– Zdecydowaliśmy się w ostatniej chwili, gdy zorientowaliśmy się, że rodzinie będzie przykro, jeśli weźmiemy ślub w Las Vegas, jak planowaliśmy.

Jak się nie zdeklasować

Przy organizacji przyjęcia właściciel Venecia Palace ma nie tylko sporo do zaoferowania, ale i sporo do powiedzenia. Tłumaczy:

– Nie mogę się deklasować, nawet jeśli młodzi bardzo nalegają na jakieś dziwne rozwiązanie. Serwis, kolejność dań czy ustawienie stołów muszą być zgodne z kanonami sztuki kulinarnej, bo oceniają nas także goście, którzy są naszymi potencjalnymi klientami, i muszą wiedzieć, że znamy się na rzeczy. Zdarzało mu się nawet odmówić organizacji imprezy. Trzy lata temu nie zgodził się na wesele dwóch mężczyzn (choć już było mocno po sezonie i impreza na 150 osób byłaby dla jego finansów nie lada gratką). Jego wnuk miał wtedy osiem lat i Goźliński nie chciał, żeby chłopiec na to patrzył.

– To jest mój biznes i tak jak nie zgodziłem się na organizację konferencji połączonej z dużą wystawą trumien, tak i tu mam prawo wyboru, zwłaszcza że to kwestie moralne – właściciel Venecia Palace nie każde nowości podchwytuje z entuzjazmem. No, chyba że urodzą się o 7 rano podczas narady rodzinnej przy śniadaniu. Często rozmawia się tu wtedy o nowych trendach na rynku. Dyskutuje o tym, że popularne jeszcze parę lat temu pokazy fajerwerków teraz zastąpiło puszczanie chińskich lampionów.

O tym, że coraz częściej bale finansują już nie rodzice, ale sami młodzi. Albo że w menu owoce morza wypierają flaki, ale polędwiczki w sosie borowikowym trzymają się mocno. To właśnie dzięki głosom rady rodzinnej Wacław Goźliński rok temu zdecydował o kupnie jachtu, którym z fasonem mogą podpływać młodzi, oraz o współpracy z właścicielem helikoptera, dla którego na terenie posiadłości przygotowano lądowisko. Ostatnio w ścisłym gronie rodzinnym zapadła decyzja, żeby wprowadzić usługę wesela i studniówki online, dzięki czemu w imprezie za pośrednictwem kamer internetowych będą mogli uczestniczyć także goście, którzy nie mogą zjawić się osobiście.

Sporo rozmów poświęca się także najnowszej inwestycji rodu – Pałacowi na Wodzie, który staje na stawie przylegającym do Venecia Palace. Jego projektant Tomasz Goźliński zapowiada, że budowla, którą pierwsi goście odwiedzą we wrześniu przyszłego roku, będzie już nie bajką, ale baśnią z tysiąca i jednej nocy.

– Styl to oczywiście Dubaj, Dubaj i jeszcze raz Dubaj. Z elementami Las Vegas. Do wnętrza prowadzi most, a kolorystyka w środku to pomieszanie piasku pustyni z błękitem nieba. Okna co prawda nie będą jak w meczecie, ale bliskowschodniego akcentu na pewno nie zabraknie – roztacza wizję architekt, który najbardziej dumny jest z tego, że po trzech miesiącach sporów udało mu się przewalczyć z ojcem, by wieńcząca budynek kopuła miała od wewnątrz balkon.

– Nie wiem, czy Polacy teraz kupią tę wizję nie z tego świata, ale za dwa lata na pewno tak – nie ma wątpliwości Goźliński junior. Wtedy on będzie już daleko. Na realizację czeka bowiem jeszcze kilka pomysłów. Na przykład taki, żeby podwarszawskie centrum weselne – z Venecia Palace i Hotelem Hrabskim na czele – wzbogaciło się o jeszcze jedną budowlę: XXI-wieczny zamek romański. Czy tam też będą elementy inspirowane Dubajem? Nie wiadomo. Nie ma jednak wątpliwości, że kiedyś trafi do podręczników eklektyzmu komercyjnego.

Możesz zainteresować się również: