Magicy z krainy DOZ

Jacek Konikowski
opublikowano: 2008-10-31 00:00

Broń nabita, miny marsowe, uśmiech — sztuczny, zawodowy. Niekiedy włos rozwiany, bo dostępu do centrali Narodowego Banku Polskiego bronią też i kobiety.

Jedna z nich prowadzi. Windą w dół — główny wydział zasilania, czyli polski Fort Knox. Piętro wyżej — dealing room działu operacji zagranicznych (DOZ), czyli jądro rynku finansowego. Do pierwszego trafia to, co zarobią w drugim. Pierwszy działa na wyobraźnię. Te sztaby złota i waluta w kartonach poustawianych jak w hurtowni butów. Drugi to niepozorne pomieszczenie, wielkości skromnego apartamentu, wciśnięte na końcu korytarza. Klaustrofobiczne i ciasne.

Nudę paździerzowych biurek łamią ekrany monitorów z kolorowymi wykresami i maczkiem cyfr. Migają Reuters, Bloomberg, Swift... Kilkanaście młodych twarzy z uwagą śledzi wiadomości. Niektórzy "mieszają" na rynku depozytów międzybankowych, inni — na rynku walutowym. Trudno uwierzyć, że tu właśnie "robi się" rynek finansowy.

Waniliowe opcje

Na rynkach panika, giełdowe indeksy lecą w dół, banki padają, dealerzy gramolą się na parapety. Ale tu — cisza, spokój. Pozorny.

— … jest aukcja w jednym z banków, możemy w niej uczestniczyć? Zabidowałbym 200-250 baniek, przysiadł z nimi i — jak dyrekcja pozwoli — ruszył na rynek. Zapytaj, czy mogę… — mówi do słuchawki diler.

Dilerzy dyrekcji mają swoje limity. Poza tym, wiadomo: kryzys. Jak tu mówią — zwałka na rynku albo grzejący rynek. Prawie "święto w walucie" (dzień, kiedy handel waluty dla danej transakcji nie istnieje, gdyż nie rozliczy się transakcji — choćby z powodu święta narodowego), bo transakcji niewiele. Rzadko słychać "mine" lub "take" (kupuję, biorę) albo "yours" lub "give" (sprzedaję, daję)!

Ale gwar nie ustaje. W paskudnym żargonie, przesyconym angielskimi określeniami, niekiedy wręcz gwarowymi. To esperanto świata finansów. Zrozumie je makler w Tokio i broker w Toronto. Bo na co dzień nie ma czasu na poezję. Słowa muszą być krótkie i czytelne. Dlatego gdy jedni refują (czyli zawieszają, pozostawiają transakcję do potwierdzenia), inny sprawdza tenory (okresy, na które zawiera się transakcje). Jedni robią bondy (obligacje), inni dealują waniliowymi opcjami (plain vanilla), czyli najprostszymi opcjami walutowymi na rynku. Pachnąca nazwa pochodzi stąd, że kiedy w Stanach Zjednoczonych dziecko wchodziło do cukierni, to zazwyczaj wybierało te najprostsze lody, bez żadnych dodatków, waniliowe — także dlatego, że potrafiło wymówić ich nazwę.

Królowie rynku przed sobą mają konsolę i — zazwyczaj — trzy monitory. Na dwóch — system informacyjny, okno i ucho na świat finansów. Reuters, Bloomberg... Specjalny program umożliwia śledzenie stanu rezerw walutowych, odnotowując na bieżąco każdą transakcję. I system dealingowy Reutersa, za pomocą którego zawierane są tran- sakcje (choć na rynku akcji wciąż króluje tradycyjny telefon). Kiedyś były boksy, niewielkie pudełka (ang.: box) do komunikacji z brokerami (słychać było w nich "szum rynku", czyli zawierane transakcje). Po naciśnięciu guzika diler mógł się włączyć i wziąć udział w jakiejś operacji.

— Gdzieś tu mamy jeszcze jeden taki, chyba na walutach, ale nie działa... Zastąpił go system wpuszczony w konsole — mówi diler.

Wszyscy czekają na rally (silny ruch w górę), by wreszcie móc zabidować transakcje. To ich tlen. Tu się formuje rynek finansowy.

Co tu się wyprawia?

Dealing room departamentu operacji zagranicznych to pokój operacyjny, w którym codziennie dochodzi do transakcji związanych z zarządzaniem rezerwami dewizowymi NBP — czyli walutami, złotem, papierami wartościowymi.

— W dealing roomie krzyżują się trzy poziomy zarządzania rezerwami. Na poziomie strategicznym zarząd NBP ogólnie wskazuje sposób zarządzania rezerwami. Mówi, jak i w co wolno inwestować, określa dopuszczalne rodzaje transakcji, typy instrumentów. Co roku zarząd ustala portfel porównawczy, który powinien przynosić pewien założony zwrot z rezerw — mówi Krzysztof Majczuk, dyrektor DOZ.

To tzw. benchmark strategiczny, punkt odniesienia dla wyników zarządzania rezerwami dewizowymi. Kolejnym poziomem zarządzania jest tzw. benchmark taktyczny określany przez komitet inwestycyjny.

— Komitet decyduje, czy i w jakim stopniu zmodyfikować skład strategicznego portfela porównawczego. W zależności od rynku ten portfel się zmienia raz na kwartał i może się różnić od benchmarku strategicznego — tłumaczy Majczuk.

Dilerzy DOZ zawierają transakcje wynikające ze zmian w składzie rezerw, o których zdecydował zarząd NBP lub komitet inwestycyjny. Ale pracują także "na własny rachunek": starają się, poprzez modyfikacje benchmarku taktycznego, osiągnąć jeszcze lepszy zwrot z inwestycji niż ten założony przez komitet inwestycyjny. To trzeci poziom zarządzania rezerwami dewizowymi NBP, tzw. aktywne zarządzanie portfelem.

— Na cotygodniowych spotkaniach departamentalnego zespołu inwestycyjnego ustala się tygodniową strategię inwestycyjną. Może na odbiegać od założeń benchmarku taktycznego i pozostawia dilerom margines swobody — mówi Majczuk.

A wszystko po to, by bezpiecznie opiekować się rezerwami walutowymi.

— Zarządzamy rezerwami o wartości 59 mld dolarów, podzielonymi na dolary amerykańskie, euro, funty brytyjskie, dolary australijskie i korony norweskie — mówi Artur Walczak, diler.

To jeden z tuzina pracujących w DOZ dilerów, wspieranych przez 20 analityków z departament zarządzania ryzykiem finansowym. Przed nimi zadanie: sprowokować dochód wyższy niż benchmark.

— Jeżeli zarobimy więcej niż benchmark lub stracimy mniej niż on — wygrywamy. Zasada jest prosta: tanio kupić, drogo sprzedać albo drogo sprzedać, tanio odkupić — tłumaczy Walczak.

Dla niego i jego kolegów teraźniejszość się nie liczy.

— Musimy być krok do przodu, przewidzieć przyszłość — dodaje Walczak.

Bo rezerwy NBP "muszą pracować".

— W ramach tygodniowych strategii dilerzy zajmują własne pozycje na swoich rynkach. Mają widełki, w których mogą się poruszać — mówi Krzysztof Majczuk.

Szerokie? Zależy, czym handlują.

— Jeżeli walutami — to dwa, jeżeli papierami wartościowymi — pół procent. NBP jest stosunkowo konserwatywny — w porównaniu z innymi bankami. Inwestujemy przede wszystkim w papiery emitowane przez rządy czy instytucje ponadnarodowe, które legitymują się bardzo niskim poziomem ryzyka kredytowego — wyjaśnia Majczuk.

A gdyby tak bardziej agresywnie?

— Wówczas, być może, wybieralibyśmy obligacje hipoteczne czy obligacje strukturyzowane, które jeszcze tak niedawno były modne wśród inwestorów, nawet z natury ostrożnych banków centralnych, bo oferowały bardzo dobry zwrot — mówi Majczuk.

Na szczęście: nie ma ich w portfelu NBP.

Ryzyko i chciwość

Charles Dow mawiał — rynkiem rządzą strach i chciwość, dlatego pierwsze trzeba pomniejszać, drugie — hamować. To działka departamentu zarządzania ryzykiem finansowym (DZRF).

— Wyłapujemy najlepszych kontrahentów dla kolegów, by mieli z kim zawierać transakcje, ale też patrzymy im na ręce, czy aby nie przesadzają — mówi pracownica DZRF.

Na dwa tygodnie przed upadkiem Lehman Brothers ostrzegli kolegów, by zaprzestali z nim transakcji. Od roku mieli bank na oku. Okazali się lepsi od wielu agencji ratingowych.

— To było widać, że coś w tym banku nie gra. Dramatycznie szukał gotówki. Za lokaty międzybankowe płacił lepiej niż inni. Wszyscy szukamy gotówki, ale gdy ktoś szuka rozpaczliwie, wtedy zapala się czerwona lampka — mówi diler odpowiedzialny również za kursy walut.

— Trzeba ryzykować, by coś dla banku wyciągnąć. Ale inwestujemy tylko wtedy, gdy ryzyko jest… dobre — mówi enigmatycznie Artur Walczak.

Spektakularnych porażek ponoć nie było. Zresztą gdyby były, odczulibyśmy to wszyscy. Były niewykorzystane okazje, które też potrafią śnić się po nocach:

— Mieliśmy trafne przewidywania dotyczące sytuacji na rynku obligacji australijskich w III kwartale 2008 r. Podjęliśmy pewne ryzyko, dokonaliśmy zakupów, co przyniosło niezły zwrot w portfelu. Mogliśmy jednak pokusić się o ich większy udział, ale cóż, mądry Polak po szkodzie — wspomina Krzysztof Majczuk.

Dilerzy z działu walutowego każdego dnia przygotowują również tabele kursów walut. Robią fixing walutowy.

— Codziennie o godz. 11 sprawdzamy kwotowania 35 najważniejszych walut świata w 10 bankach, przez które aktualnie przepływają największe sumy, uśredniamy je i podajemy w postaci tabelarycznej — opowiada Majczuk.

Prestiż

On i reszta dilerów w dealing roomie DOZ śmiało mogą powiedzieć, że ich decyzje, strategie, tran- sakcje, sukcesy i porażki mają wpływ na całą gospodarkę. Paradoksalnie, nie zarabiają kokosów. Nie mają też miejsca na firmowym parkingu. O swoich pensjach mówią bez wypieków na twarzy.

— Zarobki są w granicach nieco powyżej średniej krajowej. W niejednym banku pensja jest wyższa — mówi jeden z dilerów.

Więc co go tu trzyma?

— Być dilerem w dealing room banku centralnego — to nobilitacja. Prestiż, który nie ma ceny — twierdzi Adam Trzepała, diler.

Kto inny mógłby o sobie powiedzieć: rynek finansowy to ja? Tylko "magicy" z krainy DOZ.

Słownik dilera:

Rally — silny ruch rynku (wzrost)

Zwałka — silny ruch rynku (spadek)

Bondy — obligacje

Refować — zawieszać, czyli pozostawić do potwierdzenia przed zrobieniem "dealu"

Kotować — podawać cenę bid i offer

Tenory — okresy, na które robione są transakcje — 1 miesiąc 2 miesiące itd.

FX, spot — transakcja wymiany walut

Bid — cena kupna

Mine, take, buy — kupuję, biorę

Yours, give, sell — sprzedaję, daję

Screen — ekran z cenami