Makrowskaźniki szybkiego reagowania

opublikowano: 25-03-2020, 22:00

Śledzenie standardowych wskaźników straciło sens. Ekonomiści szukają danych, które w jakimś stopniu są w stanie oddać obecny stan koniunktury

W zeszłym tygodniu dowiedzieliśmy się, że w lutym produkcja przemysłowa wzrosła o 4,9 proc., wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw o 7,7 proc., a sprzedaż detaliczna była aż o 9,6 proc. wyższa niż przed rokiem przy stopie bezrobocia w wysokości 5,5 proc. i inflacji cenowej najwyższej od 2011 r. W normalnych warunkach ekonomiści prześwietlaliby te raporty pod każdym kątem i próbowali na ich podstawie formułować prognozy na najbliższe miesiące.

Jednakże w obecnej sytuacji ich analiza jest pozbawiona sensu. A to dlatego, że gospodarka z lutego i ta z drugiej połowy marca to dwa różne światy. Praktycznie zamknięty sektor usług, mocno ograniczony handel, sparaliżowany transport i zatrzymywane fabryki oznaczają, że z tygodnia na tydzień aktywność ekonomiczna spadła o 30-50 proc. Co gorsza, nakładane są coraz ostrzejsze i coraz bardziej dolegliwe restrykcje, włącznie z zakazem swobodnego przemieszczania się i spotykania się z ludźmi. Nie wiadomo też, kiedy sytuacja zacznie choć trochę wracać do normalności.

Dokształcanie z medycyny

W świecie zdominowanym przez koronawirusa wielu ekonomistów kończy i zaczyna dzień od analizy danych epidemiologicznych. Śledzona jest dzienna liczba nowych zakażeń, statystyki zmarłych i wzorce rozprzestrzeniania się wirusa w kolejnych krajach. Finansiści zamiast krzywej dochodowości analizują krzywą zachorowań, modląc się o jej jak najszybsze wypłaszczenie. Bo przecież od powstrzymania rozprzestrzeniania się epidemii zależy termin „zresetowania” gospodarki, czyli wycofania zakazów prowadzenia działalności przez przedsiębiorstwa.

Prognozy powstają na bazie analogii. Skrajnie pesymistyczny jest „wariant włoski”, gdzie COVID-19 zbiera najbardziej śmiertelne żniwo. Najlepszy byłby scenariusz z Korei Płd., gdzie dość szybko udało się zatrzymać koronawirusa. Gdzieś pośrodku pozostają Niemcy czy Wielka Brytania, gdzie sytuacja rozwija się lepiej niż na południu Europy, ale zdecydowanie gorzej niż w Azji. Statystyki umieralności są tu przeliczane na pieniądze, bo każdy tydzień tej gospodarczej kwarantanny kosztuje nas około 0,33 proc. PKB i z tygodnia na tydzień ten koszt będzie rósł. Na dłuższą metę jest to stan niemożliwy do utrzymania. Pytanie tylko, czy rządy się opamiętają, zanim doszczętnie zrujnują gospodarkę.

Nawigacja i energetyka

Pierwsze ćwiczenia z gospodarczej kwarantanny przeszliśmy w lutym na przykładzie Chin, gdzie władza zastosowała drakońskie środki, by zatrzymać koronawirusa. Aby oszacować ekonomiczne skutki tych decyzji, ekonomiści patrzyli na natężenie ruchu drogowego, migracje ludności, sprzedaż biletów kinowych czy konsumpcję węgla. Teraz podobnie jest w Polsce i w reszcie Europy. Niestety, w naszym kraju często brakuje statystyk publikowanych cotygodniowo lub — najlepiej — codziennie. I tu w sukurs przychodzą dane z… nawigacji samochodowych.

Według statystyk firmy TomTom między 17 a 24 marca natężenie ruchu w Warszawie w godzinach szczytu dni robocze było o około 60 proc. niższe od średniej z 2019 r. We Wrocławiu ruch zmalał o 40-50 proc. Dla porównania, w lutym w chińskich miastach ruch pasażerski spadł aż o 80 proc., a ulice miast były prawie puste nawet w godzinach szczytu. Obiektywne dane można też wyciągnąć z energetyki. Według statystyk Polskich Sieci Elektroenergetycznych od 16 marca widoczne jest obniżenie zużycia energii elektrycznej. Przykładowo, w poniedziałek 16 marca średniodobowe zapotrzebowanie na moc było o 8,1 proc. mniejsze niż tydzień wcześniej. Tydzień później był to już spadek o 9,1 proc. Takie wyniki sygnalizują wyraźny spadek aktywności ekonomicznej w Polsce, choć na razie trudno go przeliczyć na pieniądze.

Google, karty i konsumenci

Najlepszy wgląd w obrót pieniężny prawdopodobnie mają banki, które jednak niechętnie dzielą się tymi informacjami z opinią publiczną. Rąbka tajemnicy uchylili ekonomiści banku PKO BP, którzy opublikowali dane o potężnym wzroście wartości transakcji kartami płatniczymi w sklepach spożywczych i aptekach. Ten konsumpcyjny boom trwał właściwie tylko przez trzy dni drugiego tygodnia marca, gdy Polacy rzucili się po papier toaletowy, makaron i konserwy, antycypując wprowadzone podczas weekendu ograniczenia w handlu i usługach.

Cotygodniowe raporty o zachowaniach zakupowych Polaków publikuje firma badawcza Nielsen. Z tych danych wynika, że po uzupełnieniu zapasów podstawowych produktów żywnościowych między 9 a 15 marca polscy konsumenci jeszcze intensywniej zaczęli kupować „środki higieny i pielęgnacji ciała”. Wartość zakupów koszyka dóbr szybko zbywalnych (FMCG) była zbliżona do wartości notowanych zwykle w okresie przedświątecznym.

— Zapowiedź ograniczeń i niepewność związana z aktualną sytuacją sanitarną skłoniła nas do robienia zakupów zapobiegawczych i zadbania o zdrowie. Kupowaliśmy przede wszystkim środki sanitarne i środki czystości, produkty spożywcze o dłuższym terminie przydatności, zarówno suche, jak i mrożone, myśląc w dłuższej perspektywie, wybieraliśmy artykuły, które mogą być potrzebne w późniejszym czasie: produkty dla dzieci, produkty w puszkach i suszone — powiedziała cytowana w komunikacie prasowym Karolina Zajdel-Pawlak, dyrektor zarządzająca Nielsen Connect w Polsce.

Dostępne dla każdego są dane dotyczące popularności haseł wpisywanych w wyszukiwarkę Google. Tu jedynym ograniczeniem jest wyobraźnia badacza. Częstość wyszukiwania słowa „recesja” w ostatnich dniach na głowę pobiła rekordy z 2008 r. Podobnie jak hasło „zasiłek”. Na szczęście wciąż mało popularne jest „bezrobocie”, co może sugerować, że pytającym chodziło raczej o zasiłek opiekuńczy niż o „kuroniówkę”. Potwierdzeniem tezy, że czekają nas ciężkie czasy, jest najwyższa od sześciu lat popularność zapytań o złoto. Na razie nie widać też wzrostu zainteresowania słowami „bankructwo” oraz „niewypłacalność”.

Powoli zaczynają też spływać pierwsze „standardowe” raporty makroekonomiczne, które pozwalają ocenić skalę gospodarczego spustoszenia wywołanego próbami zatrzymania koronawirusa. Marcowe wskaźniki PMI pokazały zapaść w europejskim sektorze usług — wstępne dane przyniosły rekordowo niskie odczyty dla sektorów usług Francji, Niemiec i całej strefy euro. Wskaźnik, który zwykle oscyluje w przedziale 40-60 pkt. odnotował wartości poniżej 30 pkt . To pierwszy taki przypadek w przeszło 20-letniej historii tych badań i sygnał, że trwające załamanie gospodarcze będzie znacznie gwałtowniejsze od tego z roku 2009. Analogie z rokiem 1929 są więc coraz bardziej uzasadnione.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Krzysztof Kolany

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu