Małe ojczyzny. I wielkie

Aleksander Krawczuk
opublikowano: 2008-11-28 00:00

Co mają wspólnego rozmowy podczas współczesnego wesela emigrantów z odległymi czasami rzymskiego imperium? Ano niemało!

Zaproszono mnie na ślub i wesele młodej pary, od kilku lat pracującej i zamieszkałej w Anglii. Narzeczeni chcieli jednak — jak czyni wiele osób w ich sytuacji — zawrzeć małżeństwo w Polsce, wśród rodziny i bliskich.

 

Piękny i odnowiony kościół Bożego Ciała na krakowskim Kazimierzu to szczególne miejsce dla tak ważnej uroczystości. Historyk oczywiście przypomni, że w sąsiednich, wciąż istniejących zabudowaniach kanoników regularnych mieszkał król Karol Gustaw podczas oblężenia Krakowa przez Szwedów w 1655 roku. W tym mieście przecież co krok spotykamy historię...

 

Wesele odbyło się w sąsiedniej restauracji, z których słynie dziś Kazimierz. To spotkanie stanowiło naturalną i niezwykłą okazję do licznych, interesujących rozmów z gronem osób różnych narodowości. Przyjechało bowiem sporo przyjaciół i kolegów młodej pary z ich obu angielskich miejsc pracy. Nie tylko Polaków, lecz przedstawicieli różnych nacji dawnego Imperium. Zjawili się nawet Chińczycy. W sposób oczywisty nasuwały się dwa podstawowe pytania wobec rodaków z Anglii: czy i kiedy zamierzają powrócić do kraju? I kim się czują, po wieloletnim pobycie na emigracji?

 

Na pierwsze z nich odpowiedzi padały różne — bo też różne są sytuacje. Ale można stwierdzić, że ci, którzy znaleźli się w Anglii stosunkowo niedawno, jeszcze nie znają stosunków i zwyczajów, jeszcze nie nawiązali szerszych znajomości i nie znaleźli odpowiedniej pracy, skłaniają się do powrotu — byle zdobyć jakiś grosz. Przebywający na Wyspach dłużej, już zakorzenieni, przywykli do tamtejszych warunków oraz atmosfery życia codziennego chcą tam zostać. Logiczne. Jest spokojnie, stabilnie, praworządnie. Można polegać i na sąsiadach, i na urzędnikach. A wiadomości z kraju nie są budujące. Ciągłe zabiegi lustracyjne i rozliczenia, niemal planowe niszczenie autorytetów, operetkowe spory polityków — do tego mamy wracać? Do burzy wokół PZPN, traktowanej jak najważniejsze wydarzenie w życiu społecznym? Przecież piłka nożna to wprawdzie wielki biznes, żerujący na prymitywnych emocjach walki, w istocie jednak: tylko zabawa wyrośniętych chłopców, harcujących w krótkich spodenkach.

 

Młody człowiek (tu: studia filozoficzne, tam: budowlaniec) dodaje złośliwie: w latach 1945 — 1989 przybyło w Polsce jakieś 15 milionów ludności. Od roku 1989 przyrost się zatrzymał, a nawet zaczyna mieszkańców ubywać. Znawcy ostrzegają, że załamanie demograficzne jest nieuniknione, podobnie zresztą jak energetyczne. Ale choć w ciągu lat dwudziestu ludność utrzymuje się na tym samym poziomie, wciąż słyszymy o braku miejsc w szpitalach i przedszkolach, podobnie jak o drożejących mieszkaniach. I rosną kłopoty służby zdrowia. Czy więc rzeczywiście chcecie, byśmy zaczęli powracać wielką falą, masowo? Znajdziecie dla nas dach nad głową, miejsca pracy, dobrą opiekę medyczną? To nie są czasy sprzed lat kilkudziesięciu, kiedy ludzie rzeczywiście poprzestawali na skromnym poziomie życia. Mamy większe aspiracje, nie zadowoli nas pokoik dla młodego małżeństwa i posada za dwa tysiące złotych.

 

Natomiast odpowiedzi na pytanie drugie, kim się czują, były zgodne: tak jesteśmy i czujemy się Polakami, pielęgnujemy język i tradycje, choć wieści z kraju nie napawają nas dumą. Anglicy na szczęście nic o tym nie wiedzą — i nic by nie zrozumieli. Z dalszych rozmów wynikało jednak, iż Polska dla każdego to ten region, w którym się urodził, spędził dzieciństwo i młodość. A więc "mała ojczyzna". Dla krakowian — ci przeważali wśród rozmówców — to ziemia od Ojcowa po Tatry. Tęsknią do właśnie tych krajobrazów, miejsc i zabytków. A inne rejony Polski? Cóż, padały odpowiedzi, że w Europie znajdziemy równie piękne okolice i strony. A więc jesteśmy krakowianami i Europejczykami!

 

Takie ujęcie sprawy nie powinno dziwić. Przecież nasza epopeja narodowa zaczyna się od słów "Litwo, ojczyzno moja"! A owa Litwa to w istocie skrawek ziem między Nowogródkiem, Wilnem i Kownem, sceneria dzieciństwa i młodości poety. W naszym Szopenie wciąż obecny jest smętek mazowieckich równin. A dla wielu wspomnień Żeromskiego tłem są świętokrzyskie lasy.

 

To zjawisko przywiązania do małej ojczyzny i jednoczesnego poczuwania się do obywatelstwa wielonarodowego kontynentu jest nieuchronne i postępuje — stopniowo — we wszystkich krajach. Znikają granice, coraz łatwiejsze i powszechniejsze są podróże, dominuje jeden pieniądz, znajomości i wspólne interesy przekraczają bariery.

 

Powtarza się zatem i odżywa sytuacja z czasów rzymskich. Wiele różnych nacji i języków, kultów i tradycji — a zarazem poczucie przynależności do jednego, ogromnego organizmu państwowego. "Civis Romanus sum" ("Jestem obywatelem rzymskim") — to brzmiało dumnie i miało znaczenie. Jak dziś i jutro: Jestem Europejczykiem!

 

Ale żeby nie było zbyt europocentrycznie, wszyscy moi rozmówcy zgodnie stwierdzali, że najlepszymi kolegami w pracy i niezawodnymi przyjaciółmi są Chińczycy. Jeśli tylko zdoła się zyskać ich zaufanie. Co oby i nam się udało!