Maratończyk z Europy

O kolacji z królem Maroka, roznoszeniu kawy, wyprawie do Iraku oraz sporcie, który doprowadził go do biznesu, opowiada Jacek Podoba, prezes Grupy Ubezpieczeniowej Europa.

Kiedy zaczął pan biegać?

Jak większość — nie lubiłem biegać. Wybierałem inne sporty. I jak wielu po studiach, wchłonięty przez pracę, zacząłem szybciej „rosnąć”. Zachęcił mnie starszy brat, który chciał mi kupić spodnie i okazało się, że przybyło mi wiele centymetrów. Pamiętam, jak biegłem pierwsze pięć kilometrów. Masakra. Co kilometr stawałem. Potem zacząłem biegać dwa, trzy razy w tygodniu.

Został pan maratończykiem z powodu nadwagi?

Prawdziwym maratończykiem zostałem dzięki żonie. Powiedziała: po co tak drepczesz bez sensu? Weź udział w jakimś masowym biegu. Akurat odbywał się Bieg Niepodległości w Warszawie. To mnie niezwykle nakręciło. Teraz m.in. realizuję „Koronę maratonów”, biorąc udział w pięciu największych maratonach świata. Mam już za sobą Nowy Jork, Berlin i Londyn. Zostały Boston i Chicago.

Który był najciekawszy?

Nowy Jork to niesamowite przeżycie. Dla każdego maratończyka to ziemia obiecana. 44 tysiące ludzi z ponad 100 krajów. Fala, która idzie przez miasto od jednego z najdłuższych wiszących mostów świata do Central Parku. Na trasie ustawia się kilka milionów kibiców i gra ponad 100 mniejszych i większych kapel.

Startuje pan jednak wszędzie, gdzie się da, np. w Półmaratonie Wiązowskim czy Biegu Chomiczówki. Kiedy znajduje pan czas?

Starty są najczęściej w weekendy. Traktuję je jako trening. Im mniej człowiek ma czasu, tym lepiej jest zorganizowany. I na odwrót: im więcej go ma, tym więcej traci.

Co przesądziło, że zajął się pan biznesem?

Biznes był w moim życiu od początku. Pochodzę spod Wrocławia, z malowniczego, niewielkiego uzdrowiska Szczawno-Zdrój, gdzie stoi wiele pięknych willi i sanatoriów. Mój tata był nauczycielem matematyki, potem został drobnym przedsiębiorcą. Pokazał mi, jak wziąć się do pracy i działać. Po szkole pomagałem mu dość często w domu, trochę po to, by po prostu z nim pobyć, a trochę, żeby mieć szansę na dodatkowe drobne.

Czym zajmował się tata?

Wszystkim, czym było można, w PRL każdy próbował kombinować. Na przykład drukowaniem na koszulkach wizerunku Misia Miszy z olimpiady w Moskwie. Miałem wtedy dziewięć lat…

I pomagał pan?

To było najprzyjemniejsze przejechać na sitodruku farbą w tę i z powrotem.

Kiedy zaczął pan własny biznes?

Możliwość zarabiania testowałem już w podstawówce. Roznosiłem po sklepach kawę, którą dostawali w dużych ilościach rodzice mojej dziewczyny, którzy byli lekarzami. Wtedy nie było kawy i można było ją z powodzeniem „zmonetyzować” w warzywniakach. W liceum stałem się „menedżerem”. Miałem trzy łóżka polowe ze sprzedażą kaset magnetofonowych. To były lata 80. i nie obowiązywały w Polsce prawa autorskie. Każdy mógł produkować kasety z muzyką i je sprzedawać. Hitem wtedy był Ennio Morricone…

Czemu nie został pan szefem korporacji rozrywkowej?

Z muzyką nie byłem związany. Interesowały mnie kasety, bo były bardzo dobrym towarem.

Był jakiś moment przełomowy, w którym zdecydował pan, kim chce zostać?

W pewnym sensie do biznesu doprowadził mnie sport. Ukształtował moją osobowość. Zacząłem go uprawiać, gdy miałem siedem lat. Chodziłem na basen pięć razy w tygodniu po trzy godziny dziennie. Sekcja rozpadła się po sześciu latach, bo trener nie dostał mieszkania. Pozostała we mnie konsekwencja i zamiłowanie do sportu. Nauczyłem się wygrywać i przegrywać oraz tego, że trzeba długo pracować na sukces. Sport to taka musztra życiowa, która mi bardzo pomogła. Na początku lat 80. dowiedzieliśmy się o „Szkole pod żaglami” — dziewięciomiesięcznym rejsie dookoła świata na jachcie „Pogoria” z kapitanem Krzysztofem Baranowskim. Byłem za młody, ale brat spróbował. Trzeba było najpierw pomagać starszym ludziom, potem wygrać sportową rywalizację, przejść przez wymagający obóz szkoleniowy. Z 2 tysięcy kandydatów popłynęło 30, w tym mój brat. To było też jedno z moich marzeń. Nigdy nie miałem szansy go zrealizować. Uwierzyłem jednak, że nie ma granic, poza które nie można sięgnąć.

Chciał pan wyjechać w świat?

Wtedy to było marzeniem każdego. W liceum prowadziliśmy klub płetwonurkowy. Udało się zorganizować wyprawy do Syrii, Grecji, Turcji. Chcieliśmy pojechać do USA, ale dostaliśmy odmowę. Gdy w 1990 r. zacząłem studia na Politechnice Wrocławskiej, na podłodze znalazłem ulotkę o AIESEC, organizacji, która m.in. wysyłała studentów na praktyki za granicę. Skupiała głównie studentów uczelni ekonomicznych i biznesowych z całego świata. Na politechnice nie istniała. Postanowiłem z przyjaciółmi ją założyć.

Aby wyjechać na zagraniczne praktyki?

W dużej mierze to był główny cel. Ale, paradoksalnie, nigdy na praktykę nie wyjechałem. Trafiłem do władz krajowych tej organizacji, a potem Polsce przyznano organizację Kongresu Światowego AIESEC. Miał się odbyć w 1996 r. w Warszawie. Wybrano mnie na jego szefa. Dało mi to ogromne doświadczenie menedżerskie. To było potężne przedsięwzięcie. Na przygotowania mieliśmy dwa lata. Trzeba było zebrać pół miliona dolarów, uzyskać wsparcie rządu, znaleźć sponsorów, zorganizować logistykę i część merytoryczną. Mieli przyjechać studenci z 80 krajów. Nie było gdzie ich ulokować w Warszawie. Pojechaliśmy do Mikołajek, do hotelu Tadeusza Gołębiewskiego. Ale wówczas nie było tam wystarczającej liczby sal konferencyjnych. Powiedziałem, że rozbijemy namiot cyrkowy obok hotelu. Właściciel zapowiedział, że dobuduje dla nas piętro. Skończył je na tydzień przed kongresem. Chcieliśmy, aby kongres był najlepszy w historii tej organizacji i wymyślaliśmy kosmiczne rzeczy. Ściągnęliśmy Lecha Wałęsę. Załatwiliśmy pokaz musicalu „Metro”. Polecieliśmy też do Nowego Jorku, by na 36. piętrze biurowca na Manhattanie prosić George’a Sorosa o obecność. Przyjechał. Na otwarciu w Sali Kongresowej byli: Aleksander Kwaśniewski, który został wtedy prezydentem, Leszek Balcerowicz, Jan Krzysztof Bielecki, Hanna Gronkiewicz-Waltz, Andrzej Olechowski i 2000 studentów z całego świata.

Światowy kongres ustawił pana w życiu?

To była pierwsza wiadomość w Dzienniku TVP. Pojawiły się setki artykułów, nawet notka w „New York Times”, którą mam do dzisiaj. To był moment, w którym rzeczywiście można było wskoczyć wyżej. Kongres był największą moją inwestycją w AIESEC, ale organizacja mi to zwróciła. Uważam, że im więcej daje się z siebie, tym więcej można z powrotem otrzymać.

I trafił pan do Kancelarii Prezydenta RP.

Gdy otwierałem kongres, prezydent Kwaśniewski siedział obok mnie. Miał po mnie przemówienie. Potem nachylił się i powiedział: „Chciałbym, aby pan przyszedł do pracy w kancelarii”. Miał pomysł, by zorganizować olimpiadę zimową. Odmówić było niezręcznie.FOT. MAREK WIŚNIEWSKI Pomysł olimpiady szybko zgasł, ale ja zostałem w zespole ekonomicznym Kancelarii Prezydenta RP, którym kierował profesor Marek Belka.

Polityka pana nie wciągnęła?

Do polityki się nie nadaję. Miałem pokusę, by pracować dla dużych spraw, zwłaszcza po AIESEC. Praca w kancelarii prezydenta to była fantastyczna przygoda — odpowiedź na hasło „zróbmy coś razem”, a nie na polityczne wezwanie. Mogłem uczestniczyć w ważnych wydarzeniach. Ale polityka to dla mnie wirtualny świat. Pamiętam, że siedziałem z królem Maroka przy jednym stole w Belwederze. Jedliśmy kolację i zastanawiałem się, skąd ja się tu wziąłem? Udział w spotkaniach z prezydentem czy premierem i obserwowanie tego świata pozwoliło mi zrozumieć, że niekoniecznie chcę w nim zostać.

Dlatego pan zrezygnował?

Na politykę człowieka musi być stać. Trzeba najpierw osiągnąć jakieś sukcesy, zdobyć zawodowe doświadczenie i ogromne kompetencje. Dopiero potem można się sprawdzać w polityce. A nie odwrotnie. Po kancelarii na krótko poszedłem pracować w United Distillers, producencie whisky Johnnie Walker i wódki Finlandia. O pracę w administracji otarłem się jeszcze, pracując z wicepremierem i ministrem finansów, którym został prof. Marek Belka.

Zadzwonił?

Tak. Poprosił, abym przeszedł do jego gabinetu.

Chciał pan pracować dla kraju?

Chciałem zajmować się biznesem i finansami, ale praca z prof. Markiem Belką była inspirująca. Zadzwonił do mnie kilka razy w ważnych momentach mojego życia. Na przykład w 2003 r., gdy po amerykańskiej inwazji wybierał się do Iraku. W Tymczasowych Władzach Koalicyjnych miał się zajmować gospodarką. Zaproponował, abyśmy pojechali razem.

Ugięły się pod panem nogi?

Akurat miałem się żenić. Poprosiłem, aby porozmawiał także z moją przyszłą żoną. Przyjechał z bukietem kwiatów i butelką wina. Żona mnie wsparła. Stwierdziła, że nie mogę odmówić. Ślub odbył się 24 maja, a trzy tygodnie później poleciałem do Iraku. To był ostry wiraż w moim życiu prywatnym i zawodowym.

Nie bał się pan jechać?

Umówiłem się z żoną, że nic mi się nie stanie. Był w tym element przygody. Wylądowałem w Kuwejcie, dalej leciałem wojskowym Herculesem. W pewnym momencie ktoś powiedział, że jesteśmy na terenie wojennym. Spojrzałem w dół, na pustynię i na plecach poczułem dreszcze. Potem były naprawdę groźne sytuacje.

Chodził pan w kamizelce kuloodpornej?

Często. Choć nie od razu. Jechałem trochę dla idei, z nastawieniem, że to miejsce, gdzie był reżim, już rozgoniony, a ja mam pomóc ludziom i krajowi, który tej pomocy potrzebował. Sądziłem, że na miejscu spotkam przyjaznych Irakijczyków. Tak było na początku. Z czasem pojawili się terroryści i wszyscy znaleźliśmy się na ich celowniku. Została wysadzona siedziba ONZ, ostrzelany hotel, w którym mieszkałem. Wreszcie zginęło kilku bliskich znajomych. Zacząłem się zastanawiać, po co tu jestem. To wszystko robiło wrażenie: żołnierze, czołgi, maski ninja, pistolety maszynowe. Miałem wrażenie, jakbym się znalazł na „Titanicu”. Byliśmy odcięci od świata, nikt jasno nie określił, o co w tym wszystkim chodzi ani kto jakie ma zadanie.

W Iraku był pan doradcą ds. bankowych?

Pracowałem w banku centralnym nad wymianą pieniędzy z wizerunkiem Saddama Husajna. Trzeba było je zebrać z całego kraju, oznakować, zniszczyć i wydać nowe. Nie było dróg, transportu, żadnej infrastruktury. Kilkanaście ton pieniędzy dziennie przywożono samolotami. Próbowaliśmy też przywrócić normalny handel za pieniądze i odejść od programu „Food for oil”. Irak od wielu lat dostawał żywność za ropę, co stworzyło ogromny łańcuch pośredników, którzy na tym zarabiali. Projekt, który przygotowałem, miał to uciąć.

Przed wyjazdem tworzył pan banki detaliczne w Polsce: Handlobank, a potem Inteligo. Jak to się zaczęło?

Wciągnął mnie w to Cezary Stypułkowski, prezes Banku Handlowego. Przez parę lat pozostawał moim mentorem. W 1997 roku chciał stworzyć sieć detaliczną, czyli właśnie Handlobank. Gdy pracowałem w United Distillers, pytał, czy chcę całe życie układać butelki na półkach, czy wolę się zajmować finansami. To był powalający argument. W końcu poszedłem do Handlobanku z Ministerstwa Finansów. Zostałem tam zatrudniony jako siódma osoba. Byłem odpowiedzialny za zbudowanie i zarządzanie siecią oddziałów. To był bardzo nowoczesny, otwarty bank. Przesuwaliśmy nim granice polskiej bankowości. Projekt skończył się, gdy Handlowy został przejęty przez Citibank. Przeszedłem wtedy do zespołu tworzącego Inteligo — pierwsze w Polsce internetowe przedsięwzięcie tego rodzaju. Do współpracy zaprosił mnie jego twórca — Andrzej Klesyk.

Lubi pan nowe przedsięwzięcia?

Lubię startować w chaosie i doprowadzać do jakiegoś celu. Trzeba przy tym wykazać się sporą wyobraźnią i determinacją. Tak jak w żeglowaniu — pływam czasem z czterema córkami i wiem, że wiele może się wówczas wydarzyć. Albo w przygotowaniu do maratonu trening musi być precyzyjny jak równanie matematyczne. Trzeba umieć konsekwentnie poskładać wszystko jak klocki, a przegrać można przez jeden detal.

Jaki ma pan najlepszy czas w maratonie?

3 godziny i 18 sekund w Maratonie Warszawskim we wrześniu 2011 roku. Ale nie jestem z niego dumny. Próbuję zejść poniżej trzech godzin. Opowiadałem prawie trzy lata temu kolegom o maratonie w Nowym Jorku. Stwierdzili, że gdyby tylko chcieli, mogliby mnie pokonać. Postanowiliśmy się założyć. Wynajęli trenerów i od następnego dnia zaczęli trenować. Mają już lepsze czasy. Musiałem zacząć ostro pracować. Wspólnie z byłym trenerem kadry narodowej przygotowuję się na nasz finał 4 listopada właśnie w Nowym Jorku. To będzie najważniejszy maraton w moim życiu.

Co pana bardziej pasjonuje: finanse czy maraton?

Zdecydowanie maraton.

Jacek Podoba

Prezes Grupy Ubezpieczeniowej Europa, do niedawna należącej do Getin Holdingu. Obecnie jej głównymi właścicielami są niemiecka firma Talanx i japońska Meiji Yasuda. Jacek Podoba zasłynął w 2011 r. jako najlepiej uposażony w Polsce prezes finansowej spółki giełdowej — zarobił 8,74 mln zł.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: GRZEGORZ NAWACKI, MICHAŁ MATYS

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Po godzinach / Maratończyk z Europy