Marcinkiewicz na celowniku L. Kaczyńskiego?

DI, PAP
opublikowano: 2008-05-24 08:06

Były premier Kazimierz Marcinkiewicz twierdzi, że w grudniu 2005 r., prezydent-elekt Lech Kaczyński polecił szefowi ABW zbierać informacje na jego temat i założyć mu podsłuch. "To zupełna nieprawda", "taka sytuacja nie miała miejsca " - odpiera zarzuty sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta Michał Kamiński.

 

Zarzutom Marcinkiewicza, "przedstawionym w wywiadzie b. premiera dla "Dziennika" zaprzeczył też ówczesny szef ABW Witold Marczuk. "Stanowczo oświadczam, że Prezydent RP Lech Kaczyński nigdy nie domagał się ode mnie prowadzenia żadnych działań operacyjnych przeciwko Kazimierzowi Marcinkiewiczowi" - napisał w przesłanym w PAP oświadczeniu gen. Marczuk. Jak podkreślił, w trakcie całej współpracy z Lechem Kaczyńskim, poza okresem walki z komunizmem, prezydent nigdy nie domagał się od niego działań sprzecznych z prawem.

Sprawę zbada prokuratura. Jak zapowiedział w TVN24 Prokurator Krajowy Marek Staszak w poniedziałek dokonana zostanie gruntowna analiza zarówno wywiadu Marcinkiewicza w "Dzienniku", jak i tego, co b. premier napisał na swoim blogu internetowym. "Najprawdopodobniej wówczas zapadnie decyzja o podjęciu czynności sprawdzających w tej sprawie" - powiedział Staszak.

B. minister-koordynator ds. służb specjalnych Zbigniew Wassermann powiedział w sobotę PAP, że gdy był koordynatorem ds. służb i pojawiły się informacje o możliwym podsłuchiwaniu Marcinkiewicza, wystąpił do Marczuka o informacje w tej sprawie. "Marczuk odpowiedział, że żadne takie środki operacyjne nie były stosowane wobec Marcinkiewicza" - powiedział Wassermann.

"Ta pisemna informacja musi być w dyspozycji ABW, lub Kancelarii Premiera" - dodał. ABW nie komentuje sprawy.

Prezes PiS Jarosław Kaczyński ocenił doniesienia Marcinkiewicza jako "całkowicie bezpodstawne" i "kłamliwe". Ponadto J. Kaczyński zarzucił mediom, że publikując tego rodzaju, niesprawdzone - jego zdaniem - informacje zamiast opisywać "uprawiają politykę". J. Kaczyński zaprzeczył też sugestiom jakoby ktoś z jego otoczenia namawiał Marcinkiewicza, by nie ujawniać tej historii w ubiegłorocznej książce "Kulisy Władzy".

B. szef sejmowej Komisji ds. Służb Specjalnych Paweł Graś uważa, że sprawę powinna wyjaśnić komisja ds. nacisków. "Tu właściwie do wyjaśnienia jest jedno. Z relacji Kazimierza Marcinkiewicza wiemy, że szef Marczuk tej prośbie odmówił, a komisja powinna zbadać, powinna zapytać, czy skoro szef Marczuk odmówił, czy nie znalazł się szef innej służby, który takiej prośbie nie odmówił" - powiedział Graś.

Także według obecnego szefa sejmowej Komisji ds. Służb Specjalnych Janusza Zemke zarzuty Kazimierza Marcinkiewicza pod adresem prezydenta Lecha Kaczyńskiego powinna zbadać komisja ds. nacisków.

Z kolei minister kultury Bogdan Zdrojewski uważa, że Marcinkiewicz przez "rozpoznanie bojem" szuka swojego miejsca w życiu politycznym. Zdaniem wicepremiera Waldemara Pawlaka, jeśli w sprawie informacji b. premiera istnieją jakieś notatki, to powinny zostać ujawnione.

W autoryzowanym wywiadzie "Dziennika", zamieszczonym w piątek na jego stronach internetowych Marcinkiewicz mówi, że Lech Kaczyński chciał wykorzystać służby specjalne przeciw niemu, wówczas urzędującemu premierowi i prosił o to ówczesnego szefa ABW Witolda Marczuka.

Według "Dziennika" Witold Marczuk miał rzekomo sporządzić notatkę z rozmowy z prezydentem. Zdaniem Marcinkiewicza, Marczuk odmówił prezydentowi. Marcinkiewicz w wywiadzie daje do zrozumienia, że prezydent "zrobił to dla swojego brata", gdyż zawsze chciał, by to on był szefem rządu.

Zdaniem Marcinkiewicza L.Kaczyński chciał wykorzystać służby specjalne przeciw niemu, wówczas urzędującemu premierowi. B. premier twierdzi, że informację tę słyszał w trzech niezależnych źródłach: "od polityka, ze średniego szczebla służb i pośrednio także od samego Marczuka".

Z kolei na swoim blogu internetowym pod sobotnią datą Marcinkiewicz napisał, że informacje, które znalazły się w sobotnim "Dzienniku" "to nie jest news ani sensacja".

"Wszystko na temat zdarzenia z grudnia 2005 roku powiedziałem prawie rok temu, w sierpniu, a później dokładnie ze szczegółami opisałem w mojej książce +Kulisy władzy+. Wywiadu dla +Dziennika+ udzieliłem także w ubiegłym roku, a autoryzowałem dwa miesiące temu. Dziennikarze powiedzieli, że potrzebują tego materiału do cyklu artykułów podsumowujących półmetek prezydentury" - napisał Marcinkiewicz.

Podkreślił, że dla niego sprawa ta nie ma znaczenia, bo ostatecznie prawo nie zostało złamane. "Była próba złamania prawa przez wówczas jeszcze prywatną osobę, ale prawo nie zostało złamane. Gdyby było inaczej powiadomiłbym prokuraturę już wówczas" - napisał Marcinkiewicz.

Dodał, że informację o zdarzeniu z grudnia 2005 roku najpierw otrzymał od urzędnika państwowego, który powołał się na rozmowę z ministrem Marczukiem, a kilka dni potem opowiedział mu o tym sam Marczuk, mówiąc, że "odmówił realizacji prośby koleżeńskiej". "Wreszcie dwa miesiące później opowiedział mi to zdarzenie polityk współpracujący z Panem Prezydentem" - napisał Marcinkiewicz.

Dodał, że zdecydował się ujawnić te informacje, by nikt nie mógł nimi "grać". W rozmowie z portalem Gazeta.pl Marcinkiewicz przyznał, że wywiadu Dziennikowi udzielił w ubiegłym roku. Jak dodał zwlekał z decyzją o publikacji artykułu, bo nie chciał, by nazwisko prezydenta padło w czasie kampanii wyborczej.

W sobotę wieczorem w tvn24 Marcinkiewcz mówił: "myślałem, że obejdzie się bez nazwiska", tłumacząc, że to dziennikarze "Dziennika", którzy przyszli na wywiad, wymienili nazwisko "Kaczyński". "Ja się wydałem, bo oni chyba mieli na myśli Jarosława Kaczyńskiego" - powiedział Marcinkiewicz. Jak podkreślał, chce już zamknąć tę sprawę. Jego zdaniem komisja ds. nacisków nie powinna się nią zajmować, bo nie doszło do złamania prawa, a "jest to tylko ciekawe z punktu widzenia politycznego"

Zapytany o oświadczenie Marczuka, zaprzeczające jego zarzutom. b. premier odparł: "jak znam pana Marczuka, to wydaje mi się, że musi mówić prawdę" ale dodał, że może tu chodzić o "grę słówek". Marcinkiewicz wyjaśnił, że "nie było polecenia, tylko koleżeńska rozmowa, propozycje na temat zbierania materiałów". "Ja pamiętam naszą wspólną rozmowę (z Marczukiem - PAP)" - dodał.

Sam Marczuk w tvn24 powiedział, że "nic takiego nie miało miejsca", a jeśli Marcinkiewicz tak twierdzi, "to mówi nieprawdę".

Sobotnia publikacja "Dziennika" nie jest pierwszą na temat podsłuchów u Marcinkiewicza. W listopadzie 2007 r. "Dziennik" pisał, że ABW podsłuchiwała rozmowy Marcinkiewicza w czasie, gdy był premierem. Jednak, jak wtedy pisała gazeta, to nie premier był celem służb specjalnych. Podsłuch został założony na telefon jego rozmówcy, także wysokiego urzędnika rządu.

Według informacji, które gazeta potwierdziła w dwóch niezależnych źródłach w ABW, służby zarejestrowały rozmowy Marcinkiewicza na przełomie 2005 i 2006 roku, czyli w pierwszych miesiącach działania rządu PiS. Wówczas ABW kierował Witold Marczuk.

Natomiast w sierpniu 2007 r. Marcinkiewicz ujawnił na łamach "Dziennika", że w grudniu 2005 roku, gdy był jeszcze szefem rządu, ważny polityk PiS prosił Marczuka aby ten zbierał informacje właśnie na jego temat. Marcinkiewicz nie chciał jednak wówczas ujawnić nazwiska osoby, która rozmawiała z dyrektorem Agencji.

PAP nie udało uzyskać w sobotę komentarza z redakcji "Dziennika".