Marek Belka zostawił budżet, ale i problemy

Lesław Kretowicz
opublikowano: 2002-07-04 00:00

Do końca tygodnia poznamy kandydata na następcę Marka Belki — zapowiedział premier Leszek Miller. Tymczasem rynek ocenia, że o ile Marek Belka był dobrym ministrem i gwarantem zaufania inwestorów do rządu, o tyle zbyt wiele nie zdziałał.

Od pierwszych dni, kiedy stał się oficjalnym kandydatem na stanowisko ministra finansów, Marek Belka krytykował poprzednią ekipę i złożony przez nią budżet. Faktycznie, załatanie 88-mld dziury budżetowej i sprowadzenie jej do 40-mld poziomu wymagało bardzo odważnych decyzji. Co prawda, projekt rządu Jerzego Buzka taki właśnie deficyt przewidywał, jednak został opracowany na o rozwiązaniach doraźnych, jak choćby podatek importowy. Nowy gabinet zapowiadał trwałe uzdrowienie finansów państwa.

Początek rządów Marka Belki zapowiadał bardzo istotne zmiany w polityce fiskalnej — konsolidację finansów publicznych, nową filozofię konstrukcji budżetu oraz systematyczne i trwałe reformy strukturalne. W miarę upływu czasu i spadku entuzjazmu po wygranych wyborach pozycja ministra finansów zaczęła słabnąć. Podczas kampanii wyborczej i w pierwszych tygodniach urzędowania Leszka Millera osoba Marka Belki była gwarantem stabilności i wiarygodności rządu. Udało się jeszcze w 2001 r. ograniczyć wydatki na sumę 8,5 mld zł oraz przeprowadzić drugą nowelizację budżetu, oszczędzając 3,85 mld zł. Także przyjęty w styczniu 2002 r. program gospodarczy „Przedsiębiorczość, rozwój, praca” można nazwać sukcesem wicepremiera Belki. Tutaj pojawiły się jednak pierwsze zgrzyty — brakowało aktów wykonawczych, szczególnie wskazania źródeł finansowania strategii.

Istotną nowością była natomiast zmiana filozofii konstrukcji budżetu, czyli wzrost wydatków według zasady „inflacja + 1 pkt proc.”. Poziom dochodów stał się najważniejszym wyznacznikiem ekspancji fiskalnej, natomiast deficyt miał być zmienną, zależną od poziomu dochodów. Trudno jednak ocenić ten pomysł, gdyż upadł, nim został wdrożony — nie można założyć, że nowy minister przyjmie bez zastrzeżeń takie rozwiązanie.

Połowicznym sukcesem Marka Belki można nazwać próbę reformy systemu świadczeń socjalnych. Nie zmieniono jednak nic w sprawach indeksacji systemu ubezpieczeń czy różnego rodzaju agencji, konsumujących 60 proc. budżetowych pieniędzy. Jednak w okresie przedwyborczym i spadających notowań koalicjantów politycy nie pozwolili ministrowi finansów na głęboką reformę finansów publicznych. Wręcz przeciwnie, zrobili go kozłem ofiarnym — to Marek Belka łupił naród, opodatkowując oszczędności, podnosząc akcyzę na energię elektryczną czy zamrażając płace w sferze budżetowej. Najwięcej jednak tracił w oczach polityków, otwarcie broniąc niezależności banku centralnego.

Marek Belka pozostawił po sobie podwaliny budżetu 2003. Jednak następca na pewno przedstawi nowy, oparty na bardziej optymistycznych założeniach — budżet wyborczy. Prawdopodobnie 40-45-mld deficyt zostanie utrzymany, jednak nastąpi rewizja po stronie dochodowej. To pozwoli także zwiększyć wydatki i powrócić do rozdawania, a nie dzielenia państwowych pieniędzy. Projekt Marka Belki przewiduje bardzo niski wzrost wydatków, a jego jednogłośne przyjęcie przez RM świadczy o braku szczegółowych rozwiązań — ministrowie nie zdają sobie jeszcze sprawy, ile każdy z nich straci. I być może także reakcje na kolejne cięcia w poszczególnych resortach skłoniły ministra finansów do rezygnacji — wiedział, że z politykami i kolegami z rządu bez własnego zaplecza nie wygra.