Masowe protesty przeciw składkom na ZUS

Dzisiaj lub jutro rząd ma ogłosić, że zmiany obciążające pracowników i pracodawców wejdą w życie o rok później

Prace nad ustawą znoszącą 30-krotny limit przeciętnego wynagrodzenia, powyżej którego nie są już odprowadzane składki od wynagrodzenia, przypominają sposób, w jaki kilka miesięcy temu przez Sejm był przepychany pakiet zmian w sądownictwie, czyli w pośpiechu i bez konsultacji społecznych.

Wyświetl galerię [1/2]

ROCZNE VACATIO LEGIS: Elżbieta Rafalska, minister pracy, i Mateusz Morawiecki, wicepremier, na wspólnej konferencji mają ogłosić, że zmiany w ZUS wejdą w życie nie od 2018 r., ale rok później — zgodnie z postulatami biznesu i strony społecznej. Fot. JAN BIELECKI/EAST NEWS

Podobny jest też klimat po głosowaniu nad obiema zmianami — masowe oburzenie i niezadowolenie. W przypadku reformy ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry ludzie wyszli na ulice.Przedsiębiorcy i biznes manifestacji nie urządzą, ale skala protestów, mierzona mejlami, telefonami, petycjami słanymi do resortu finansów, rozwoju, pracy, kancelarii premiera, na Nowogrodzką, do redakcji gazet, jest nie mniejsza niż latem tego roku.

— Petycje kierowane są do senatorów, którzy w przyszłym tygodniu zajmą się ustawą, do posłów, którzy już ustawę przegłosowali, a nawet do szeregowych członków partii. Presja jest potężna — mówi jeden z naszych rozmówców z rządu.

Przedsiębiorco, sprawdź w kalkulatorze wynagrodzeń dostępnym na stronie pit.pl, o ile wzrosłyby koszty Twojej firmy, jeśli parlament uchwaliłby nowe zasady odprowadzania składek na ubezpieczenie społeczne. Kalkulator umożliwia również obliczenie pensji netto według nowych zasad.

Klamka zapadła?

W ostatni piątek z wicepremierem Mateuszem Morawieckim spotkała się delegacja ABSL, Związku Liderów Sektora Usług Biznesowych. Kilkanaście osób, w tym przedstawiciele IBM, Accenture, USB, P&G, IT Contract, Shell, Cap Gemini i Luxoftu oraz Emplocity, przekonywało szefa resortu finansów i rozwoju, że zmiany w ZUS dotkną 30-50 proc. pracowników centrów usług biznesowych (jest ich w Polsce 244 tys.), a w przypadku centrów B+R — 100 proc. Postulowali 12-miesięczne vacatio legis jako czas na rozmowy, jak rozwiązać kwestie ZUS, które należy — ich zdaniem — połączyć z pracowniczymi planami emerytalnymi. Po pół godzinie wicepremier musiał opuścić spotkanie, pozostawiając gości z Tadeuszem Kościńskim, wiceministrem rozwoju i dyrektorem z Ministerstwa Finansów. Apele zdają się przynosić efekty. Jak dowiedzieliśmy się nieoficjalnie, premier Morawiecki, po wysłuchaniu licznych głosów przedsiębiorców i strony społecznej, będzie starał się na etapie prac w Senacie odłożyć wejście w życie tego projektu do stycznia 2019 r.

— Taka decyzja miała już zostać uzgodniona przez kierownictwo PiS. Z moich informacji wynika, że na dzisiaj lub jutro planowane jest wspólne wystąpienie Mateusza Morawieckiego i Elżbiety Rafalskiej, minister pracy. Mają zaapelować do senatorów o przesunięcie terminu wejścia w życie zmian w ZUS na 1 stycznia 2019 r. — ujawnia „PB” kluczowy polityk PiS.

— Sytuacja jest niezwykle dynamiczna, ale na dzisiaj decyzja jest taka, że będzie wspólna konferencja prasowa — potwierdza inny ważny polityk PiS. Głos w sprawie zabrała też wczoraj minister Rafalska.

— Wolelibyśmy, gdyby vacatio legis w przypadku ustawy o zniesieniu górnego limitu składek na ZUS było dłuższe — powiedziała szefowa resortu rodziny i pracy. Zaznaczyła jednak, że w tej sprawie wszystko jest w rękach parlamentarzystów.

Tymczasem wicepremier i minister finansów Mateusz Morawiecki powiedział w środę:

Wsłuchujemy się w głosy przedsiębiorców; ja też się przychylam do tego, by ustawa, którą zaproponowała pani minister Rafalska, miała zdecydowanie dłuższe vacatio legis. Przedsiębiorcy mają już pozamykane budżety i nie powinni być zaskakiwani. Chcemy, by przedsiębiorcy mieli czas na przystosowanie się, na przemyślenia i dyskusję.

To nie nasz projekt

Jeszcze niedawno w PiS obowiązywała narracja posła Tadeusza Cymańskiego, który referując w Sejmie rządowy projekt, argumentował w teatralny sposób, że ustawa wprowadza z opóźnieniem sprawiedliwość społeczną i że zmiana obejmie tylko niewielki procent najbogatszych Polaków. Założenie było takie, że nikt nie będzie płakał nad losem 350 tys. wysokoopłacanych pracowników, co do zasady raczej niebędących wyborcami PiS. Błyskawiczne tempo prac nad projektem podyktowane było potrzebą chwili. Z ZUS płynęły coraz bardziej niepokojące sygnały o rosnącej fali nowych emerytów, korzystających z uchwalonej przez PiS ustawy skracającej wiek emerytalny. Rząd oczekiwał, że na garnuszekpaństwa przejdzie 80 proc. uprawnionych pracowników, czyli mniej więcej tyle, co w poprzednich latach, choć po cichu liczył na 75 proc. Tymczasem realizuje się czarny scenariusz i odsetek odchodzących z pracy może znacznie przekroczyć 90 proc. Żeby zabezpieczyć budżet ZUS, resort pracy, któremu zakład podlega, wyciągnął z szuflady lekko zakurzony projekt (powstał już wiosną), przepchnął przez rząd i dalej, bez konsultacji do Sejmu. Jedynym przedstawicielem rządu, który głośno oponował przeciw zmianie, był Jarosław Gowin, ale w ostatni piątek podczas głosowania w Sejmie nad projektem wstrzymał się od głosu. Od początku w sprawie zusowskiej ustawy konsekwentnie milczy Mateusz Morawiecki, gospodarcza „twarz” rządu. Choć wicepremier wysyłał swoich ludzi do Sejmu, żeby asystowali firmującemu projekt ministrowi Zielenieckiemu z resortu pracy, to również oni trzymali się z boku. Leszek Skiba, wiceminister finansów, na sejmowej komisji wypowiedział kilka zdań, Paweł Gruza, również wiceminister finansów, milczał jak zaklęty podczas plenarnych obrad Sejmu, choć jest znakomitym mówcą.

— To nie jest nasz projekt — taki jest standardowy przekaz od ludzi Mateusza Morawieckiego.

Co nie znaczy, że nie jest mu on na rękę. Jako szef resortu finansów musi z niepokojem patrzeć na rosnącą armię emerytów. Budżet 2018 r. jest bezpieczny, ale co będzie za dwa lata? Przeciw ustawie głośno protestują związkowcy — w tym NSZZ Solidarność, której były szef zasiada w sejmowych ławach PiS, bo, jak się okazuje, spora grupa zrzeszonych pracowników jest na liście dobrze opłacanych fachowców. Narracja o sprawiedliwości społecznej bierze w łeb, bo ludzie zdają sobie sprawę, że zmiana uderzy w pracowników i tysiące firm, których koszty wynagrodzeń pójdą w górę, a w sklejonych na łapu-capu planach finansowych na 2018 r. zabraknie pieniędzy na bonusy za 2017 r. i podwyżki. I nie chodzi o duże przedsiębiorstwa, ale o średnie i małe, czyli ten segment gospodarki, który miał być oczkiem w głowie dobrej zmiany. Sprawa zaczyna zresztą wypływać również za granicą. Wczoraj Bloomberg wśród głównych newsów podał informację o zmianach w ZUS pod tytułem: „Nowa zachęta Polski dla brexitowych bankierów: płaćcie wyższe podatki”, nawiązując do apeli kierowanych przez wicepremiera do finansistów londyńskiego City, żeby przenosili biznes nad Wisłę.

Biznes apeluje

Przedsiębiorcy, z którymi rozmawialiśmy jeszcze przed zmianą frontu przez polityków, patrzą na rząd przez pryzmat wicepremiera, którego postrzegają jako fachowca.

— Wiem, że to nie wicepremier Morawiecki jest autorem pomysłu zniesienia limitów ZUS, tylko minister Rafalska, ale to on odpowiada za gospodarkę i jest partnerem przedsiębiorców w rządzie. Jestem zawiedziony, że nie stanął po jasnej stronie mocy. Na pewno zdaje sobie sprawę, że to krótkowzroczne i populistyczne rozwiązanie przyniesie więcej strat niż korzyści — mówi jeden z przedsiębiorców.

— Z jednej strony premier Morawiecki szczycił się ostatnio wprowadzeniem udogodnień dla firm, które pozwolą im zaoszczędzić 250 mln zł, z drugiej — bez uprzedzenia, w skandalicznym trybie, rząd wprowadza zmiany, które uszczuplą budżety firm o 2,5 mld zł. Jeszcze jest czas, żeby wycofać się z tej decyzji — apeluje właściciel firmy budowlanej zatrudniającej ponad 200 osób.

— Budżet zaplanowany na podwyżki dla moich pracowników właśnie został skonsumowany przez decyzję PiS o zniesieniu limitów ZUS. Ponad 100 osób wie, komu za to „podziękować” — mówi zirytowany przedsiębiorca z branży handlowej.

— Jestem bardzo rozczarowany. To cios w serce naszej firmy, czyli doświadczonych pracowników IT. Z trudem udaje nam się ich utrzymać, bo wciąż dostają oferty pracy za granicą. Myślałem, że temu rządowi zależy na powrocie zdolnych Polaków z emigracji zarobkowej, a wprowadzając zmiany w ZUS osiągnie odwrotny efekt — mówi prezes jednej z największych polskich firm informatycznych.

— Rządzący narzekają, że prywatne firmy nie chcą inwestować. A jak mamy inwestować, skoro jesteśmy zaskakiwani niekorzystnymi decyzjami? Przedsiębiorcy byli zapewniani, że rząd nie podniesie im obciążeń, ale właśnie to robi. Efekt jest taki, że nie ma mowy o stabilizacji i zaufaniu, a więc także o inwestowaniu — narzeka szef firmy spożywczej zatrudniającej ponad 400 osób.

— Zniesienie limitu na składki ZUS w ostatnich tygodniach roku świadczy o braku szacunku dla pracowników, przedsiębiorców, inwestorów oraz braku doświadczenia biznesowego posłów i pracowników ministerstw. Mniej kontrowersji budzi sam fakt zniesienia limitu, szokujący jest czas i tryb procedowania ustawy — kilka tygodni przed końcem roku. W praktyce oznacza to konieczność korygowania budżetów na rok 2018, w przypadku firm międzynarodowych może to oznaczać również korektę budżetów spółek matek. Polska to już enfant terrible w polityce międzynarodowej, swoją nieprzewidywalnością w zakresie stanowienia prawa tę samą pozycję może wkrótce zająć w gospodarce. Wicepremier Morawiecki może dalej kusić przedsiębiorców wprowadzeniem Konstytucji biznesu. Piękne słowa i obietnice niestety nie znajdują potwierdzenia w praktyce i działaniach innych przedstawicieli rządu — mówi szef firmy informatycznej zatrudniającej ponad 300 osób.

— Projekt ustawy z pewnością nie jest korzystny dla biznesu. Jeśli wejdzie w życie z początkiem 2018 r., to będziemy mieli problem z zaplanowanymi już na ten rok budżetami, ale w długoterminowej perspektywie jest on najmniejszy. W branży transportowej nie jest łatwo o pracowników, a ich pensje muszą być adekwatne do wykonywanej pracy. Sytuacja, w której projekt stałby się rzeczywistością, postawiłaby nas przed dylematem: obciąć pensje pracowników, którzy są najważniejszym filarem naszej działalności, czy zmniejszyć wydatki na inwestycje i rozwój przedsiębiorstwa. Żadna z tych opcji nie wchodzi jednak w grę. Rząd powinien więc przemyśleć, jakie skutki dla biznesu będą miały proponowane rozwiązania — mówi przedstawiciel firmy z branży transportowej, jednej z Gazel Biznesu. O tym, jak zły klimat wytworzyła ustawa zusowska, najlepiej świadczy to, że z kilkudziesięciu naszych rozmówców tylko kilku zgodziło się wystąpić pod imieniem i nazwiskiem (ich opinie przedstawiamy w sondzie obok). Inni wolą pozostać anonimowi, argumentując, że władza, która nie liczy się z głosem zainteresowanych, może nerwowo reagować na głosy krytyki i sięgnąć po bogaty arsenał środków represyjnych. To pierwszy przypadek, kiedy przedsiębiorcy boją się publicznie recenzować działania rządu.

 

Lextorpeda niszczy nasze zaufanie do rządu

Biznes krytykuje głównie karkołomne tempo prac nad projektem, brak konsultacji i vacatio legis.

KRZYSZTOF MOSKA, przedsiębiorca, inwestor giełdowy

Ustawa jest potrzebna, żyjemy przecież w społeczeństwie solidarnym, które ma problemy z funduszem emerytalno-rentowym. Mam jednak zastrzeżenia do sposobu jej wprowadzenia, bo jest koniec listopada i przedsiębiorcy będą musieli wywrócić przyszłoroczne budżety do góry nogami. Taka ustawa powinna wejść w życie najpóźniej w połowie roku, a wcześniej przejść przez konsultacje publiczne. Nowe przepisy będą dużym obciążeniem dla mniejszych firm, których nie będzie już stać na wynajęcie naprawdę dobrego menedżera.

PAWEŁ PANCZYJ, dyrektor ABSL, Związku Liderów Sektora Usług Biznesowych

W ubiegłym tygodniu spotkaliśmy się z wicepremierem Mateuszem Morawieckim i przedstawicielami resortów rozwoju i finansów. Wykazaliśmy, że w sektorze zaawansowanych usług biznesowych proponowane zmiany dotkną 30 proc. pracowników, a w sektorze B+R do 100 proc. Ustawa uderza w serce innowacji sektora. Dzisiaj 90 proc. osób zatrudniamy na umowy o pracę. Pojawia się obawa, że proponowana ustawa będzie stwarzała presję na zmianę formy zatrudnienia. Mamy koniec listopada i przedsiębiorstwa zamknęły już plany finansowe na przyszły rok. Ze względu na tryb procedowania firmy nie są gotowe na tego typu zmiany mogące podnieść koszty prowadzenia biznesu nawet o 10 proc. Tego typu projekty powinny być zgłaszane z dużym wyprzedzeniem, dając szansę stronom na odniesienie się do projektowanych zmian i wspólne wypracowanie najlepszych rozwiązań dla polskiego rynku pracy.

ZBIGNIEW JAKUBAS, inwestor, właściciel Grupy Kapitałowej Multico

To rozwiązanie przede wszystkim podniesie koszty pracy ponoszone przez pracodawców. Obciążenie ZUS od pracownika zarabiającego 20 tys. zł miesięcznie dla pracodawcy wzrasta prawie o 60 proc. Dla pracownika zarabiającego 20 tys. zł miesięcznie wynagrodzenie zmniejszy się o 9 tys. zł w skali roku. Nie wierzę, że to ma być sposób na gromadzenie pieniędzy na przyszłe emerytury. To raczej łatanie bieżących dziur, bo ściągnięte kwoty pójdą na wypłatę bieżących świadczeń emerytalnych. Dla firm przemysłowych, w których niewielki odsetek pracowników zarabia ponad 10 tys. zł miesięcznie, nie będzie to tak dotkliwe jak w przypadku banków, firm ubezpieczeniowych czy telekomunikacyjnych, gdzie zarobki są dużo wyższe i zmiany te będą miały duże znaczenie. Z pewnością zmniejszy to rentowność, konkurencyjność i wyniki finansowe wielu, wielu firm. Szacuję, że koszty w firmach z naszej grupy z tego tytułu wzrosną o kilkanaście milionów złotych w skali roku.

GRAŻYNA PIOTROWSKA-OLIWA, prezes Virgin Mobile Polska

Może dla niektórych to nawet nieźle wygląda, że „gorszy sort” znowu dostaje w nos, ale prawda jest taka, że na dzisiejszym rynku pracy jest „wielkie ssanie” na wykwalifikowanych menedżerów. Zatem wzrost płac jest potężny, a to oznacza, że wobec wzrostu kosztów nasz rynek może stać się niekonkurencyjny w relacji do krajów ościennych. Mam odczucie, że rządzący zamiast szukać rozwiązań wspierających rynek, idą w drugą stronę. A do tego dobrze dzisiaj opłacany menedżer nie ma żadnej gwarancji, że cokolwiek, co teraz zabiorą do ZUS, kiedykolwiek zobaczy. Tak uczy historia funduszy emerytalnych. Jak reagujemy wewnętrznie na legislacyjny pośpiech? Zmieniamy budżet na szybko ze świadomością, że rosnących kosztów nie jesteśmy w stanie przerzucić na klientów. Ale to nie będzie powszechna rynkowa praktyka i za zmiany zapłaci przeciętny Kowalski.

PRZEMYSŁAW SZTUCZKOWSKI, prezes Cognor Holdingu

Planowane tempo wdrożenia przepisów zaskoczyło nas i nawet nie analizowaliśmy, jak wpłyną na finanse grupy. Mieliśmy nadzieję, że wejdą dopiero od 2019 r. Zresztą samą propozycję likwidacji limitu także oceniamy negatywnie. Wdrożenie proponowanych rozwiązań podnosi koszty dla pracodawców, ale w przyszłości to ZUS będzie musiał wypłacać wyższe emerytury.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Eugeniusz Twaróg, GRA, BAM, KAP, MAG, LUS

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Prawo / Masowe protesty przeciw składkom na ZUS