Droga, jaką innowatorzy muszą pokonać, by wyjść z laboratorium na rynek, nie zawsze bywa usłana różami. Zwykle potrzeba wiele wysiłku i cierpliwości, by wynalazek nie utknął na zawsze w szufladzie. I otwartości rynkowej, bo nauka nie może być od niej całkowicie oderwana.
— Polscy naukowcy mają ogromny potencjał, posiadają swobodny dostęp do wiedzy, dysponują coraz lepszą infrastrukturą badawczą. W kraju rodzi się więc wiele nowych pomysłów, gorzej jest z ich komercjalizacją. Nasi naukowcy dopiero teraz uczą się wychodzić ze swoimi pomysłami na rynek i doceniać wartość własnej pracy, na której w dzisiejszych realiach gospodarczych można po prostu zarabiać. Badania naukowe powinny realizować konkretne cele, dopasowane do potrzeb dzisiejszego społeczeństwa — zaznacza Monika Lamparska-Przybysz, kierownik ds. funduszy w Polpharmie, odpowiedzialna za działania B+R. Nauka ma służyć ludzkości, ale żeby tak było, wyniki prac naukowych muszą być wprowadzone na rynek. I wykorzystywane w praktyce, zwłaszcza jeśli rzecz tyczy analiz i technologii medycznych.
— W Polsce jesteśmy przyzwyczajeni do działań w stylu MacGyvera. Nie mając do dyspozycji gigantycznych pieniędzy, staramy się szyć z tego, co mamy. Ale posiadamy dużą i szeroką wiedzę, łatwiej jest nam więc żonglować metodami badawczymi i tworzyć nowe rozwiązania — mówi Tomasz Wołkowicz z Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego — Państwowego Zakładu Higieny.
Od startu do wielkiego sukcesu
Kiedy świat sparaliżowała wiadomość o dużym ognisku eboli w Afryce Zachodniej i możliwości błyskawicznego przenoszenia się wirusa, w stan gotowości postawione zostały również polskie służby sanitarne i medyczne. Powołany został m.in. zespół diagnostyczny, do którego dołączył również Tomasz Wołkowicz, na co dzień skoncentrowany bardziej na bakteriologii niż wirusologii. Niemniej jednak to właśnie on, odpowiadając na potrzebę chwili, opracował nowy test, finalnie potwierdzający zakażenie wirusem ebola. Jak zaznacza, jego rozwiązanie jest znacznie prostsze od metod stosowanych na świecie, a przy tym dużo tańsze. Postawił on na swego rodzaju „nożyczki” molekularne, czyli enzymy restrykcyjne (odczynniki), które są dostępne właściwie w każdym laboratorium i, co najważniejsze, pozwalają na szybkie uzyskanie wyniku. Mówiąc w dużym skrócie, wybrał te, które „rozpoznają” sekwencję nukleotydów charakterystyczną dla fragmentu genomu wirusa ebola i „tną” go w specyficznym miejscu, określając tym samym jego tożsamość.
— Skuteczność testu została już potwierdzona, ale na szczęście ognisko eboli wygasa i mam nadzieję, że nie będzie on często stosowany. Niemniej jednak instytut zgłosił rozwiązanie do opatentowania i obecnie przygotowujemy publikację naukową dotyczą efektów badań — wyjaśnia Tomasz Wołkowicz.
Twierdzi, że metoda jest wyjątkowo prosta, nie widzi więc powodów do tego, by ograniczać dostęp do niej lub ją licencjonować; ważne, by dawała skuteczną i szybką diagnozę, co jest najistotniejsze dla osób, w przypadku których zachodzi podejrzenie zakażenia ebolą.
— Patent w dorobku instytutu bywa bardzo cenny, bo świadczy o aktywności i efektywności jednostki. Pozwala tym samym zdobyć finansowanie dla bardziej zaawansowanych projektów badawczych, których potencjał komercyjny jest znacznie większy — mówi Tomasz Wołkowicz. Ale istotna bywa również formuła współpracy jednostki badawczej i naukowca, a także finansowanie.
Młodzi innowatorzy
Tomasz Wołkowicz z Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego — Państwowego Zakładu Higieny, twórca nowego testu na ebolę, Katarzyna Nawrotek, naukowiec z Politechniki Łódzkiej, która pracuje nad implantami nerwów obwodowych, oraz Michał Mikulski, właściciel EgzoTech, współtwórca robota rehabilitacyjnego, zostali zakwalifikowani do ścisłej, finałowej dziesiątki polskiej edycji konkursu Innovators Under 35, nad którym pieczę sprawuje magazyn „MIT Technology Review”.
Implant nerwu szyty na miarę
O inwestorski kapitał dla realizowanego przy Politechnice Łódzkiej projektu zabiega obecnie Katarzyna Nawrotek, naukowiec i wykładowca. Kierowany przez nią zespół opracował spersonalizowane i biokompatybilne implanty, pozwalające na łączenie ze sobą przerwanych nerwów obwodowych.
— Mówiąc bardzo obrazowo, nerwy obwodowe są skomplikowaną siecią kabelków, wewnątrz których znajdują się wypustki komórek nerwowych, zwane aksonami. Odpowiadają one za przepływ impulsówi komunikację z centralnym układem nerwowym. Zdarza się, że w wyniku wypadku czy mocnego zranienia zostają przerwane. My zajmujemy się ich regeneracją — wyjaśnia Katarzyna Nawrotek.
Gdy przerwa między uszkodzonymi nerwami jest nie większa niż 8 mm, można je chirurgicznie zszyć. Gdy jest większa, często wykorzystuje się łącznik z naturalnych nerwów, pobranych z innej części ciała pacjenta, od osób zmarłych lub od zwierząt, np. świń. Jak twierdzi Katarzyna Nawrotek, w wielu sytuacjach można byłoby zastosować również implant, wykonany z biomateriału. Nad takim właśnie produktem pracuje jej zespół. Implanty nerwów obwodowych wytwarza z naturalnego polimeru, w składzie chemicznym podobnego do tkanki łącznej, chroniącej aksony. Ale to nie wszystko.
— Zaprojektowaliśmy niewielkich gabarytów maszynę, która pozwala na wyprodukowanie implantu w miejscu, w którym przeprowadzana jest operacja. Stworzenie implantu o odpowiedniej, dostosowanej do pacjenta, wielkości, zajmuje około 10 minut. Koszt produkcji implantu nie przekracza 1 EUR — opowiada Katarzyna Nawrotek. Rozwiązanie zostało już zgłoszone do Urzędu Patentowego. Zanim jednak produkt będzie mógł zostać wprowadzony na rynek, minie jeszcze kilka lat. Obecnie jest on testowany na zwierzętach.
Rehabilitacja pod nadzorem IT
Niebawem w wersji komercyjnej zadebiutuje natomiast Luna EMG, czyli robot rehabilitacyjny, opracowany przez młodą, rodzimą firmę EgzoTech. Trafi do ośrodka tworzonego przez Jagiellońskie Centrum Innowacji. Luna jest wyposażona w czujniki siły i sześciokanałowy elektromiograf, rejestrujący aktywność mięśni. Dzięki temu wspomaga leczenie pacjentów ortopedycznych, którzy ulegli wypadkowi lub wymagają rehabilitacji pooperacyjnej, oraz pacjentów neurologicznych, borykających się z zanikami, wiotkością mięśni czy niedowładami kończyn.
— Luna wykrywa nawet najmniejszą aktywność mięśni, niewidoczną gołym okiem, i pomaga pacjentowi wykonywać określone ruchy. W wyniku rehabilitacji mózg zaczyna wychwytywać i „faworyzować” tego typu sygnały, ucząc się, że ich następstwem jest konkretny ruch — wyjaśnia Michał Mikulski, prezes EgzoTech.
Pracę robota kontroluje kilkanaście mikroprocesorów. Urządzenie wyposażone jest też w zestaw wymiennych końcówek, co zwiększa możliwości rehabilitacyjne maszyny. Dodatkowo zostało wzbogacone o gry rehabilitacyjne, które uprzyjemniają ćwiczenia i mobilizują pacjentów, zwłaszcza tych najmłodszych.
— Pomysł zbudowania robota rehabilitacyjnego powstał blisko sześć lat temu.
W 2013 r. do konceptu przekonaliśmy Jagiellońskie Centrum Innowacji — wspólnie założyliśmy spółkę, otrzymując tym samym pieniądze na komercjalizację — mówi Michał Mikulski. Finansowanie pochodziło z Działania 3.1 „Inicjowanie działalności innowacyjnej” Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka.
— Każdy, kto zakłada start-up, zdaje sobie sprawę z tego, że komercjalizacja innowacyjnego produktu nie będzie łatwa. Ale praca nad technologiami, które pomagają innym, daje dużą satysfakcję — dodaje Michał Mikulski.
Z laboratorium prosto na rynek
A jak do takich projektów podchodzi krajowy sektor przemysłu?
— Przez wiele lat nastawialiśmy się na kopiowanie pomysłów z zagranicy, już sprawdzonych, przetestowanych na innych rynkach. W okresie transformacji ustrojowej czy później, w czasie światowego kryzysu gospodarczego, większość firm myślała wyłącznie o utrzymaniu stabilności biznesu. Teraz przedsiębiorstwa coraz chętniej stawiają na nowatorskie projekty, podejmują tym samym większe ryzyko. Nie bez znaczenia jest też ułatwiony dostęp do unijnego finansowania — zaznacza Monika Lamparska-Przybysz. Jej zdaniem, bodźcem do zmian w obszarze innowacyjności gospodarczej w kraju będzie nowa perspektywa, która — z racji przyjętej przez Unię Europejską strategii — będzie preferować współpracę przedsiębiorców ze sferą nauki.
— Sytuacja wygląda inaczej, gdy mówimy o zagranicznych koncernach, posiadających oddziały w Polsce. One, mając globalne doświadczenia w komercjalizacji, chętniej wyławiają z rynku najlepsze, innowacyjne projekty i finansują ich rozwój. Wchodzą w nie z dużo większą świadomością ryzyka, ale również przewag konkurencyjnych, jakie budują innowacje — zaznacza Monika Lamparska-Przybysz.


