Szef Orbisu wygrał konkurs na menedżera roku w 1998 r. Jego zdaniem, spośród licznych tytułów, które są w polskim biznesie do zdobycia, tylko to wyróżnienie sprawiło mu osobistą satysfakcję. Dlatego, że po pierwsze został wybrany przez niezależne autorytety, które trudno posądzić o zmowę. Po drugie, jurorzy są wybierani przez środowisko profesjonalnych menedżerów. Po trzecie — co uważa za bardzo istotne — tego tytułu naprawdę nie można kupić.
- Jak to jest zostać menedżerem roku?
— Super!
- No to super!
— Tak poważnie, to ten tytuł daje człowiekowi sporą satysfakcję. Przedstawię to może w ten sposób: spośród licznych tytułów, które są w biznesie do zdobycia — tych, które mi się udało uzyskać i tych, których mi się nie udało — to wyróżnienie sprawiło mi bardzo osobistą satysfakcję. Dlatego, że po pierwsze zostałem wybrany przez niezależne autorytety, które trudno posądzić o zmowę, bo ze względu na własny prestiż nie dałyby się wcisnąć w jakiś układ. Po drugie, ludzie ci zostali wybrani przez środowisko profesjonalnych menedżerów. Tego chyba nie trzeba komentować. Po trzecie — co jest bardzo istotne — w oparciu o moje dotychczasowe doświadczenie, tego tytułu naprawdę nie można kupić. W związku z powyższym nagroda ta nie jest elementem lobbyingowym, osiągalnym poprzez to, że zamieszczę gdzieś serię reklam i za to będę nominowany, czy podpiszę umowę lobbyingową i organizacja wręczy mi za to stosowny tytuł. Powiedziałbym, że ten prestiżowy tytuł menedżera roku jest czymś, czym z kolei jawi się nagroda Prezydenta RP dla firm.
- Czyli poleca Pan kolegom start w tym konkursie?
— Oczywiście. Bardzo polecam poddanie się takiej weryfikacji. Muszę powiedzieć, że pomijając te wszystkie zaszczyty i całą satysfakcję, to już samo obcowanie z innymi kandydatami w drodze eliminacji jest świetną przygodą, dlatego że na ogół większość tych menedżerów już nie pamięta czasów, kiedy musieli się poddawać egzaminacyjnej gorączce.
- Właśnie. Czy to rzeczywiście jest niezła zabawa — jak twierdzą Sławomir Majman i Ryszard Bociong?
— To jest zabawa, ale tylko dla mądrych ludzi. Oczywiście wielkim wysiłkiem będzie dla tych mniej mądrych. Poddanie się takiej zabawie wymaga bowiem pewnego poziomu abstrakcji. Jest to rzeczywiście bardzo dobra zabawa i jedna z lepszych gier taktycznych, tak zresztą dzisiaj modnych. Przeprowadzana jest z wielką kulturą, bo przecież nie chodzi o to, żeby kapituła wybierająca laureata uczyniła komuś afront. Mało tego, to jest także bardzo dobra okazja dla członków jury do poznawania od środka naszego środowiska. Myślę, że ci ludzie dlatego godzą się brać udział w kapitule, bo dzięki temu poszerzają swoje zasoby wiedzy.
- Czy bardzo się nad Panem pastwiła ta komisja egzaminacyjna?
— Nie. Ten sprawdzian nie sprawił mi żadnych trudności. Zważywszy jeszcze, że przewodniczącym jury był profesor z Uniwersytetu Warszawskiego, a ja nie jestem absolwentem tej uczelni i nie skończyłem zarządzania na UW, ani na SGH, a jednak jestem wykształconym ekonomistą, to przygoda ta była dla mnie podwójnie ważna.
- Tym większa radość...
— Tak jest. Z tym, chcę zaznaczyć, że ja kandydowałem do tego tytułu dwukrotnie. Za pierwszym razem byłem nominowany, ale uznałem — oczywiście nie dezawuując ówczesnego zwycięzcy — że w tym konkursie powinienem wystartować jeszcze raz. No i oczywiście już nigdy więcej...
- A dlaczego nie?
— Dlatego, że głosiłbym bardzo pesymistyczną teorię, gdybym twierdził, że z każdym rokiem nie pojawiają się w naszym kraju nowe zastępy bardzo zdolnych menedżerów. Z drugiej strony muszę powiedzieć, że po wygraniu konkursu bardzo ciężko pracowałem. Jedną z takich trochę nieformalnych i niepisanych zasad — którą ja bardzo poważnie potraktowałem — było moje zobowiązanie, że przez rok kadencji tego najlepszego menedżera będę krzewił powszechnie wiedzę i światłość menedżerską, przede wszystkim wśród młodzieży. Odbywałem więc z młodą kadrą menedżerską i studentami wiele spotkań na wyższych uczelniach. Tam dzieliłem się swoimi doświadczeniami. To było czasami rzeczywiście bardzo wyczerpujące. Ale uważam, że spełniłem pewną misję. Poza tym zaspokoiłem także swoje wewnętrzne aspiracje dydaktyczne.
- Oprócz tego, że zdobycie tytułu menedżera roku sprawiło Panu satysfakcję osobistą, to czy miało przełożenie na Pańską karierę zawodową? Rozdzwoniły się telefony od headhunterów?
— Wie pan, ja byłem w tym czasie tak zdeterminowany i jednoznacznie związany z firmą, w której jestem do dzisiaj, że oczywiście propozycje były, ale ja ich w ogóle nie potraktowałem poważnie. Uważam, że jeżeli ktoś startuje w tym konkursie po to, żeby użyć tytułu do autopromocji to się rozczaruje. Nie o to chodzi. Proszę mi uwierzyć, że w momencie kiedy zdobywa się ten tytuł, to w środowisku już ma się wyrobioną pozycję i jest się bardzo dobrze rozpracowanym przez wszystkich headhunterów. Z tego tytułu nic nikomu nie przybędzie. Mam wręcz odwrotne wrażenie. Otóż ja byłem pierwszym laureatem, który po otrzymaniu tego tytułu nie stracił pracy. Moich dwóch poprzedników spotkał taki los. Moje zwycięstwo było więc swego rodzaju przełomem w tym konkursie. Można by zatem powiedzieć, że w polskich warunkach uzyskanie tytułu menedżera roku bywa niebezpieczne... ha, ha, ha.
- No, ale Pan przełamał złą passę i jest już bezpiecznie.
— Właśnie i dlatego mam nadzieję, że przyszli laureaci będą tę regułę potwierdzać.
