Między III a IV RP

Kazimierz Krupa
27-12-2005, 00:00

Naród bez historii, bez własnej tożsamości, nie może istnieć. Ideę tę, w różnym brzmieniu, przedstawiało wielu myślicieli, filozofów, ale chyba najprościej i najbarwniej wyłożył ją Gustaw Herling-Grudziński w „Dzienniku pisanym nocą”. Jako przykład posłużyli mu staruszkowie, których przeniesiono z zapuszczonego domu starców do nowoczesnego, ekskluzywnego budynku. Podczas przeprowadzki pensjonariuszom postanowiono jednak odebrać wszystkie „starocie”, czyli rodzinne pamiątki, fotografie i dokumenty. Miało być czysto, sterylnie i nowocześnie. Tak rzeczywiście było, tylko że wszyscy pensjonariusze bardzo szybko umarli. Nawet jeśli wcześniej byli rześcy i zdrowi, bez swoich „staroci” tracili chęć do życia i gaśli w oczach.

Ta historyjka nabiera szczególnego znaczenia w okresie, w jakim się znajdujemy. I to nie tyle z racji poświątecznego czasu, i oczekiwania, z nowymi nadziejami, na Nowy Rok, ile z racji zmiany lokatora, jaka dokonała się w pałacu prezydenckim. I nadziei z tym związanych. III Rzeczpospolita, wraz z jej ikoną, Aleksandrem Kwaśniewskim, odchodzi do historii. Nadchodzi IV, której budowę zapowiedział zaprzysiężony w piątek prezydent Lech Kaczyński. Mamy więc taki okres przejściowy, okres przeprowadzki z III do IV RP, nieoznaczający jednak, że to Rzeczpospolita trzy i pół. Bo przy naszej skłonności do utrwalania prowizorek moglibyśmy ugrzęznąć w tym na dobre.

Ważne wydaje się, by tej przeprowadzki dokonać w taki sposób, by nie zgubić ważnych dokumentów, pamiątek, słowem: różnych „staroci”. Niekiedy nie pasują one do nowego wymarzonego wnętrza, wymagają odkurzenia, wyczyszczenia, nawet renowacji. Ale nawet jeżeli nie do końca pasują, nie oznacza to wcale, że od razu powinny trafić na śmietnik historii. To tak jak z Paryżem. To miasto można lubić lub nie, ale w każdym budzi ono uczucie szacunku dla ciągłości. Tam nawet okupanci dokładali coś interesującego do pejzażu miasta, a nie zaczynali od niszczenia. I teraz miasto jest takie, jak stojąca za nim historia: nie zawsze może najpiękniejsze, ale zawsze prawdziwe.

Czy uznajemy, że rację miał Francis Fukuyama, amerykański myśliciel japońskiego pochodzenia, który w eseju „Koniec historii?” ogłosił kilka lat temu ostateczny triumf liberalnego modelu demokracji oraz przewidywał zupełne wygaszenie konfliktów z niedawnej nawet przeszłości? Czy — wręcz przeciwnie — zgadzamy się z izraelskim naukowcem Szlomo Avineri, który w pracy „Powrót do historii” dowiódł, że przed światem stoją nowe spory i konflikty, i bardzo często, aby zrozumieć ich charakter, należy zacząć studiować mapy z okresu I wojny światowej, czytać międzywojenne programy i manifesty, poznawać meandry polityki międzynarodowej w czasie II wojny światowej... Niezależnie od tego, który z nich ma rację, te stare mapy i dokumenty trzeba zwyczajnie mieć i je znać.

Ostatnie wydarzenia zdają się wskazywać, na szczęście, że nasi politycy zaczynają rozumieć, iż od historii nie da się uciec, a i my jesteśmy bardzo przywiązani do swoich „staroci” i nie damy ich sobie odebrać.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Kazimierz Krupa

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Między III a IV RP