Koniec wakacji to dla polityków gorący okres. Kumulują się rocznice, w obchodach których powinni wziąć udział. Jedna, z założenia radosna, obchodzona wczoraj — powstania Solidarności, co okazało się początkiem końca przodującego ustroju. Druga, dzisiejsza, znacznie smutniejsza — rocznicy wybuchu najstraszniejszej z wojen, z której Polska wyszła z przetrąconym kręgosłupem. Obie obchodzone uroczyście, ale na obu kładzie się cień.
Na obchodach rocznicy Sierpnia ’80 zabrakło solidarności (tej przez małe „s”). Osobno świętowała Solidarność z prezydentem, osobno były lider i — było nie było — symbol tego ruchu Lech Wałęsa z liberalną Platformą Obywatelską. Nad tą historią zaciążyła polityka. Odwrotnie z rocznicą wybuchu wojny — tu dla odmiany nad polityką ciąży historia. Tegoroczne obchody odbędą się w cieniu pogarszających się stosunków polsko-niemieckich. Tak się złożyło, że w przeddzień tej rocznicy z obrzeży polskiej dyplomacji zniknął Władysław Bartoszewski, człowiek, którego rolę w unormowaniu stosunków polsko-niemieckich trudno przecenić i — jak podkreślił prezydent — powrotu dla niego raczej nie ma.
Rocznice są dla obecnej ekipy rządzącej bardzo ważne — również wczoraj pre- zydent Lech Kaczyński podkreślał, że jednym z jego głównych zadań będzie przywracanie pamięci o polskiej historii. Wspominał o planowanych obchodach rocznicy powstania KOR, ROPCiO, czy — co oczywiste — Narodowego Święta Niepodległości 11 listopada. Szlachetna intencja, pod warunkiem że rocznice będą obchodzone po to, by budować wspólnotę, a nie załatwiać bieżące porachunki polityczne. To wyzwanie nie tylko dla rządzących polityków, ale to do nich należy inicjatywa.