Międzynarodowy obciach i wstyd

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2015-11-11 22:00

Na unijnym szczycie szefów państw i rządów Polska musi posiłkować się reprezentowaniem przez… sąsiada

Istniejąca z cesarskiej łaski Rada Regencyjna, która 11 listopada 1918 r. przekazała brygadierowi Józefowi Piłsudskiemu dowództwo podległych jej wojsk, już trzy dni później postanowiła się rozwiązać.

Andrzej Duda
Andrzej Duda
Andrzej Iwanczuk/REPORTER (via East News)

W dekrecie rezygnacyjnym z 14 listopada uznała stan przejściowy podziału zwierzchniej władzy państwowej za szkodliwy, stawiając tezę: „Władza ta powinna być jednolita”. Upełnomocniony Józef Piłsudski uznał zaś za priorytet jak najpilniejsze zaistnienie kiełkującej Rzeczypospolitej na arenie międzynarodowej.

Dlatego już 16 listopada wysłał do szefów mocarstw depeszę notyfikującą powstanie państwa polskiego, ze zdaniem: „Sytuacja polityczna w Polsce i jarzmo okupacji nie pozwoliły dotychczas narodowi polskiemu wypowiedzieć się swobodnie o swym losie”.

Po 97 latach przypominam tamte okoliczności w dniu państwowego obciachu i wstydu na arenie międzynarodowej. „Wypowiadająca się swobodnie o swym losie” Polska świętowała 11 listopada niepodległość podzielona, ale co gorsza — 12 listopada podwija dyplomatyczny ogon i na unijnym szczycie szefów państw i rządów musi posiłkować się reprezentowaniem przez… sąsiada, czeskiego premiera Bohuslava Sobotkę.

Główną przyczyną jest fatalny brak wyobraźni prezydenta Andrzeja Dudy, który inauguracyjne posiedzenie Sejmu (oraz Senatu) wyznaczył właśnie na dzień, w którym przewodniczący Donald Tusk wcześniej zwołał na Malcie nieformalny, ale ważny szczyt Rady Europejskiej (RE) w sprawie uchodźców.

Z kolei premier Ewa Kopacz okazała się po porażce zbyt zacietrzewiona, by wykonać pożegnalny gest i skorzystać z terminowej furtki, zaproponowanej przez świadome prezydenckiej wpadki PiS. Mogła na szczyt spokojnie polecieć, jako stuprocentowa szefowa rządu, a konstytucyjną dymisję złożyć jutro, na wciąż trwającym pierwszym posiedzeniu Sejmu.

Zgodnie z zacytowaną tezą Rady Regencyjnej, wszystkie stery państwa lada dzień będą już trzymali władcy z jednej ekipy. Ponieważ tematykę unijną od lat śledzę z bliska, zszokowało mnie ich deprecjonowanie znaczenia szczytu RE w Valletcie poprzez podkreślanie jego nieformalności.

Po prostu nie wierzę, że np. nowy minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski czy senator Adam Bielan, niegdyś wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego, upowszechniali swoją żenadę z niewiedzy. Raczej z wyrachowania, aby pokryć terminową wtopę prezydenta. Przecież w unijnych realiach absolutnie najważniejsze decyzyjnie są zawsze obrady nieformalne!

Nawet na odbywającym się cztery razy do roku planowym szczycie RE zawsze w czwartek odbywa się sesja oficjalna, która jest jedynie krótkim wstępem do długiej, nieformalnej kolacji. Oczekując w biurze prasowym gmachu Justus Lipsius wiele godzin na jej wyniki, klasyfikujemy szczyt bardzo prosto — jeśli roboczy posiłek kończy się już koło północy, to poszło lajtowo, a jeśli nad ranem, to wersja hard. P

óźniej nieformalne nocne ustalenia ubierane są w konkluzje, szybko przyklepywane w piątek na drugiej sesji oficjalnej. Ten elementarz polecam przedstawicielowi nowej władzy (na razie nie wiadomo, czy będzie to prezydent Andrzej Duda, czy premier Beata Szydło), który poleci 17 grudnia do Brukseli na najbliższy formalny szczyt RE.