Miłość zamknięta na kłódkę

Agnieszka Rodowicz
opublikowano: 25-06-2010, 00:00

Trzysta kilometrów niemal pustych plaż, kolorowe, drewniane domy i dzika przyroda na wyciągnięcie ręki. Tak jest w Kurlandii, dawnym księstwie zależnym od Rzeczypospolitej Obojga Narodów.

Coroczne wakacje z siostrą tym razem spędzam na Łotwie. Zwiedzamy Kurlandię. Krainę, która od 1561 do 1795 r. była odrębnym księstwem, a rozciąga się od granicy z Litwą po Zatokę Ryską. Kształtem przypomina trapez, którego krótszy bok niemal dotyka Rygi. Jakieś 3 tys. lat przed naszą erą mieszkali tu Kurowie. Od nich te ziemie wzięły nazwę. W latach rozkwitu, za panowania księcia Jakuba (1640-82), Księstwo Kurlandii miało nawet zamorskie kolonie.

Zobacz więcej

Drewniany dom w Kuldydze

Lipawa wśród lip

Jedziemy wzdłuż wybrzeża do Lipawy, stolicy regionu, położonej niecałe 60 kilometrów od granicy z Litwą. Droga jest dobra, dość szeroka, tyle że bez utwardzonego pobocza. Nie bardzo to przeszkadza, bo samochodów prawie nie ma. Nic dziwnego. Na całej Łotwie, która liczy nieco mniej niż 65 tys. km kw., mieszka jakieś 2,3 mln ludzi.

Przy wjeździe do miasta asfalt znika, pojawiają się kocie łby. Przez kilka kilometrów wydaje się, że jedziemy przez dużą wieś. Wzdłuż ulicy wysadzanej po obu stronach lipami przyciętymi w kule stoją drewniane domy. Głównie dwupiętrowe, kryte czerwoną dachówką. Niektóre zupełnie proste, inne z ozdobnymi balkonikami, przeszklonymi werandami, wieżyczkami na dachach.

Te drewniane domy i kuliste lipy to największy urok Lipawy, która swą nazwę wzięła od tych właśnie drzew. Można spacerować godzinami, podziwiając lekkie konstrukcje budynków, koronkowe snycerskie ozdoby balkonów i okiennych okapów, ozdobne framugi, wykusze, podcienia, ryzality... Większość domów zbudowano z naturalnego drewna, niektóre pomalowano na wesołe kolory: czerwony, bordo, niebieski, żółty, pomidorowy, zielony. Barwy framug często konstrastują z kolorem elewacji. Większość domów liczy przynajmniej sto lat, wiele sporo więcej. Na jednym znajdujemy datę budowy — XVII w., na innym tabliczkę informującą, że w 1697 r. zatrzymał się tu car Piotr I.

Dzięki drewnianej zabudowie Lipawa sprawia wrażenie kurortu. Kiedyś tak było. Położone nad samym morzem miasto pozostawało ważnym portem i ulubionym miejscem wypoczynku żmudzińskiego ziemiaństwa. Nawet nasza własna praprababka kupiła w Lipawie dom i podnajmowała pokoje letnikom...

Po II wojnie swiatowej w mieście pobudowano paskudne bloki, port podupadł, a o plaży zapomniano. Na szczęście Lipawa powoli budzi się z letargu. I chociaż wczasowiczów jeszcze niewielu, szerokiej plaży przyznano nagrodę niebieskiej flagi, nadmorski park zrewitalizowano, a w porcie rozkwitły wesołe parasole knajpek.

 

Rumba w Kuldydze

Nocujemy na kempingu pod Lipawą, a rano odbijamy w głąb regionu — do Kuldygi. To jedno z piękniejszych miast nie tyko Kurlandii, ale całej Łotwy. Jedziemy wśród żółcących się pól rzepaku i zielonych łanów żyta. Po godzinie teren zaczyna falować. Docieramy do Kuldygi położonej między łagodnymi pagórkami. Podobnie jak w Lipawie tu też dominują drewniane domy.

Pod samymi oknami przez środek miasta przepływa rzeka Aleksupite. Idąc wzdłuż jej wartkiego nurtu, docieramy pod zamkowe wzgórze. Obronna budowla powstała, kiedy Kuldyga pod nazwą Goldingen stała się ważną twierdzą Krzyżowców. Zamek został jednak zniszczony podczas trwającej 25 lat wojny północnej, w której Szwecja, Rosja i Polska biły się o nadbałtyckie ziemie. Jedyną po nim pamiątką pozostało wzgórze, na którym urządzono park.

W przeszłości Kuldyga była też ważnym ośrodkiem plemienia Kurów, a później stała się pierwszą stolicą Księstwa Kurlandii. Ale o tym prowincjonalne miasteczko już chyba nie pamięta. Sennie tu i cicho. Co nie znaczy, że nie ma czego oglądać. Kuldyga — pełna starych drewnianych domów, brukowanych uliczek, wąskich zaułków — jest ulubionym miejscem fotografów i filmowców. Przyciąga też miłośników przyrody. Bo zaraz za zamkowym wzgórzem płynie Windawa. Ponad nią wznosi się piękny ceglany most z 1874 r. Z niego najlepiej widać Kuldigas Rumba — wodospad Kuldygi. Jego próg ma co prawda mniej niż dwa metry wysokości, ale za to jest uważany za najszerszy w Europie. Ciągnie się przez całą Windawę.

Zaczyna padać, więc uciekamy do knajpki. Na poprawę nastroju zamawiamy desery z pokruszonego chleba: rupmaizes kartojums — wymieszany z konfiturą z leśnych owoców i kartojums ar meza ogam: z prażonymi płatkami owsianymi i konfiturą żurawinową. Oba bardzo słodkie i z bitą śmietaną. Wzrasta nie tylko poziom humoru, ale też cukru.

 

 

Zimna plaża w Mikeltornis

Jedziemy z powrotem w kierunku wybrzeża. Już późne popołudnie. Kiedy przejeżdżamy obok kolejnego pola żyta, do lotu zrywa się mała sowa. Przez dłuższą chwilę leci równolegle z samochodem, zaglądając nam w okna. A potem pola ustępują sosnowym lasom, z których na drogę wyskakują sarny.

Dojeżdżamy do Mikeltornis, kiedy zaczyna się ściemniać. Znajdujemy bardzo przyjemny kemping na dużej łące blisko morza. Idziemy na wieczorną kąpiel przy świetle księżyca, który wypełzł na niebo. Na plaży jesteśmy same. Zastanawiamy się, czy latarnik może nas dostrzeć ze swojej wieży, bo kąpiemy się bez kostiumów...

Rano wędrujemy najpierw do najwyższej latarni morskiej w krajach nadbałtyckich. Stoi we wsi. Niestety, zamknięta. Rozkładamy się więc na plaży. Długiej, szerokiej i niemal kompletnie pustej. Spacerują po niej tylko dwie osoby. Na wydmach rosną ostre zielone trawy, kwitną jakieś żółte, drobne kwiatki. Wiatr szalejący nad piaskiem układa go w falujące zakładki. Przy brzegu stoją drewniane rybackie łódki, w wydmach łopoczą suszące się sieci. Wodę przecinają białe skrawki fal, na niebie — perfekcyjne kumulusy.

Niestety, powietrze jest dość zimne, wiatr porywisty. Chowamy się więc między wydmami, w śpiworach, wystawiając tylko twarze. O kąpieli w morzu nawet nie myślimy.

Dwie godziny na plaży i znowu ruszamy w drogę. Tym razem jedziemy traktem z białego szutru. Jest ich w Kurlandii całkiem sporo. Tylko drogi między ważniejszymi miastami są asfaltowe, resztę wysypano drobnymi, białymi kamyczkami. Po pierwszym zdziwieniu odkrywamy, że można po nich jechać dość szybko, a znaki ograniczające prędkość do 70km/h mają sens. Kilometrami, na drodze prostej jak strzała, jesteśmy same.

 

Myśliwski domek burmistrza

Jedziemy znowu w głąb lądu, do Kandavy. Miasteczko rozłożyło się na kilku zielonych pagórkach. Jeden zwie się Wzgórzem Zarazy. To miejsce pochówku ofiar epidemii z XVIII w. Na drugim stał kiedyś zamek, po którym zostały tylko resztki murów obronnych.

Kandava to jedno z najstarszych miast Łotwy, ale większość drewnianej zabudowy w XIX w. zniszczyły liczne pożary. Dziś to prowincjonalne miasteczko z zaniedbanymi kamieniczkami z końca XIX i początku XX w. Można też obejrzeć śliczny biały kościółek luterański na szczycie kolejnego wzgórza.

Nazwa miejscowości pochodzi od liwońskiego słowa oznaczającego miejsce nad brzegiem wody. Miasto dzieli bowiem na dwie części rzeka Abava. Połączone są najstarszym łotewskim mostem. Śliczna kamienna budowla z 1873 r. ma cztery przęsła. Do metalowej poręczy biegnącej wzdłuż muru przyczepione są kłódki. Zamknęli je tu nowożeńcy. Według łotewskiego przesądu, zapięcie na moście kłódki i wrzucenie kluczyka do rzeki zapewni młodej parze miłość i wierność. Na niektórych kłódkach wygrawerowano inicjały małżonków i datę ślubu.

Pięknym miejscem na wesele może być dwór Jaunmoku niedaleko Kandavy. Zbudował go w 1901 r. Szkot George Armisted — przemysłowiec i ostatni przed I wojną światową burmistrz Rygi. Dwór, którego architektura łączy neogotyk z elementami secesji, otacza piękny ogród z sadzawką i fontannami. Warto się przyjrzeć dachówkom, bo przedstawiają obrazki Rygi i Jurmały — słynnego kurortu. Kilka sal pałacyku, który służył Armistedowi jako domek myśliwski, udostępniono zwiedzającym. W pozostałych można zanocować.

My jednak wolimy nocleg na pięknej, piaszczystej plaży w okolicach Engure. Krzyczą mewy, kojąco szumią fale... Przed snem rozmawiamy o Kurlandii. Nie ma tu może oszałamiających zabytków, ale spokój i nieśmiałe piękno tej krainy to świetne antidotum na codzienną gonitwę.

Kurlandia:

Informacje praktyczne

Waluta: 1 łat to 100 santimów. 1 LVL = około 5,7 zł

 

Kiedy jechać: Najlepiej między majem a wrześniem, w pozostałych miesiącach bywa bardzo zimno i wilgotno. Latem jest około 20 stopni, niestety w Kurlandii często pada deszcz.

 

Jak jechać to samochodem: Tak, samochodem, bo transport publiczny jest bardzo słabo rozwinięty. Cena benzyny: około 0,75 Lvl/litr.

 

Noclegi:

kemping Verbelnieki www.verbelnieki.lv,

zamek Jaunmoku, www.jaunmokupils.lv

— od 57 do 115 euro/pokój ze śniadaniem. Ceny na kempingu: 1 Lvl/samochód, 2 Lvl/osoba, 1 Lvl/namiot.

 

Więcej info: www.ziemelkurzeme.lv, www.liepaja.lv.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Agnieszka Rodowicz

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu