Czytasz dzięki

Miły dodatek do wolności

opublikowano: 16-07-2015, 22:00

Agnieszka Holland nie szukała sukcesu, wybierając sposób na życie. To sukces ją znalazł. Ona chciała malować obrazy i opowiadać historie

To było jedno z najbardziej refleksyjnych wystąpień. Opowieść o szukaniu własnej drogi życiowej, która Agnieszkę Holland doprowadziła do sukcesu, choć sukces wcale nie był celem. Na SPIN przyszła jeszcze przed rozpoczęciem konferencji, choć jej wystąpienie było zaplanowane jako jedno z ostatnich. Zrobiła sobie kawę, sięgnęła po leżący na stoliku egzemplarz „Pulsu Biznesu” i zaczęła uważnie czytać, jakby właśnie otworzyła najnowszy numer magazynu o filmie. Zdjęcie Agnieszki Holland skupionej na lekturze artykułu o bezrobociu zrobiło później furorę na Twitterze. Potem równie skoncentrowana słuchała kolejnych prelekcji. Swoje wystąpienie zaczęła od stwierdzenia, że jest człowiekiem dialogu, lubi komunikować się z innymi, mówić to, co wie, a jeszcze bardziej słuchać tego, co mają do powiedzenia inni.

Agnieszk Holland
Marek Wiśniewski

— Myślę, że ta cecha doprowadziła mnie do zawodu reżysera. Będąc bardzo mocno zakotwiczoną w określonej kulturze i języku, mogę w pełni komunikować się z ludźmi z innych krajów, kultur, mieć poczucie, że wchodząc w interakcje z różnymi ludźmi, mogę wejść w rodzaj porozumienia wykraczający poza wychowanie, język — mówi Agnieszka Holland.

Potrzeba kreacji

Wszystko zaczęło się jednak od potrzeby kreacji, która ujawniła się już bardzo wcześnie w dzieciństwie za sprawą opowieści snutych przez matkę oraz nianię, osobę niepiśmienną z małej podsandomierskiej wioski, prezentującą, własną narrację świata.

— Wydawało mi się, że nie ma nic wspanialszego niż słuchanie i opowiadanie historii. Myślę, że to pomogło mi poczuć się dobrze w amerykańskim świecie narracji audiowizualnej — mówi Agnieszka Holland. Zanim jednak wyruszyła za ocean w wielką podróż do Hollywood, chciała być malarką. Nastoletnia Agnieszka rysowała, malowała, wygrywała konkursy, a gdy wydawało się, że to jest to, co chce robić w życiu… poznała chłopaka. Równolatek, utalentowany artysta rzucił szkołę i w indywidualnym toku nauczania pod okiem profesora ASP studiował malarstwo.

— Po dwóch miesiącach znajomości zdobyłam się na odwagę, żeby pokazać mu swoje rysunki. Nikt jeszcze ich tak nie oglądał. Patrzył na nie bardzo uważnie, przybliżał, oddalał. Trwało to jakieś dwie godziny. Potem powiedział: „Nieźle jak na kobietę” — opowiada Agnieszka Holland. Oczywiście poczuła się urażona, obrażona, ale po jakimś czasie zdała sobie sprawę, że on ma rację, nie w sensie krytyki jej możliwości twórczych postrzeganych przez pryzmat płci, ale w tym, że w jej rysowaniu, malowaniu nie było takiej pasji jak w jego działaniach.

— Zdałam sobie sprawę, że w malarstwie nigdy nie zrealizuję się w pełni, że mnie to w pełni nie wyrazi. Zadałam sobie pytanie, kim jestem, co jest istotną częścią mojej tożsamości i co powinno być moją drogą. To nie była racjonalizacja prowadząca do kariery, ale raczej szukanie wewnętrznej prawdy, wolności czy szczęścia — jakkolwiek to nazwiemy. Zrobiłam autoanalizę i zrozumiałam, że potrzeba kreacyjna wizualności jest dla mnie istotna, a może jeszcze bardziej opowiadanie historii — mówi Agnieszka Holland.

Cena odwagi

Postanowiła zdawać do szkoły filmowej. Obejrzała mnóstwo filmów, stała się prawdziwą erudytką w zakresie wiedzy filmowej i wtedy okazało się, że ze względów formalnych, a tak naprawdę politycznych, nie zostanie przyjęta do łódzkiej filmówki. Zdała do praskiej szkoły filmowej jeszcze przed maturą, do której w Polsce najpierw nie chciano jej dopuścić. Praga była jej pierwszą emigracją i miejscem inicjacyjnym.

Tu poznała siebie, skomplikowany świat kultur, ludzi. Panował niezwykły nastrój schyłku lat 60., czas buntów, protestów przewalających się przez cały świat, mający szczególny wymiar i znaczenie dla Czechów i Słowaków. Rok 1968, czas praskiej wiosny, zduszonej przez interwencję wojsk Układu Warszawskiego, po której przyszły rządy twardogłowych, okres tzw. normalizacji, kiedy złamano kręgosłup całemu narodowi.

— Mogłam obserwować te wydarzenia, zresztą brałam w nich udział, znalazłam się w więzieniu, miałam proces, zostałam skazana. Zrozumiałam, jakie są granice mojej odwagi, wytrzymałości, że one istnieją, że nonkonformizm i odwaga są dla mnie ogromnie ważne, ale nie mogę myśleć, że jestem mocniejsza czy odważniejsza niż inni. Zobaczyłam też, jak łatwo ludzie ulegają konformizmowi, kiedy tracą nadzieję i wydaje im się, że cena odwagi jest zbyt wysoka — mówi Agnieszka Holland.

Uniwersalność konformizmu…

Potem miała się przekonać, że konformizm wcale nie jest charakterystyczny tylko dla systemów autorytarnych. W ustroju liberalnym takie postawy zdarzają się nader często, choć cena niezależności wydaje się niska. Agnieszka Holland opowiada, że gdy znalazła się w Stanach Zjednoczonych na planie pierwszego swojego amerykańskiego filmu „Plac Waszyngtona”, to uderzyły ją dwie rzeczy: niezwykły profesjonalizm ekipy filmowej, zaangażowanie, poczucie robienia czegoś ważnego oraz… konformizm.

— W Polsce atmosfera na planie była zawsze rodzinna, dyskutowaliśmy przed i po zdjęciach, przerzucaliśmy się pomysłami. Nikt nie bał się powiedzieć, że się ze mną nie zgadza, ma inny pomysł — wyjaśnia Agnieszka Holland. W Ameryce było inaczej. Kiedy zwróciła się do drugiego reżysera z pytaniem, czy jakaś jej decyzja wydaje mu się słuszna, bo sama miała wątpliwości, on popatrzył na nią z paniką w oczach i powiedział „Jest tak jak się pani wydaje”. Ona na to: „Ok, ale jak tobie się wydaje, czy to jest dobre, czy złe”.

„Z pewnością ma pani rację”. Zrozumiała wtedy, że w USA, ostoi indywidualizmu, ludzie po prostu żyją w lęku przed szefem, który często nie jest kompetentny, a ty możesz mu się narazić, bo jesteś za mądry, masz własne zdanie, i stracić pracę. Wtedy trafiasz na margines, jesteś rozbitkiem, bo twoje życie zależy od kredytów — na dom, samochód, studia dzieci czy wakacje.

…i biurokracji

W Stanach okazało się też, że biurokracja rządzi się tymi samymi zasadami niezależnie od szerokości geograficznej i ustroju. Agnieszka Holland mówi, że znacznie lepiej od kolegów z Francji czy Niemiec radziła sobie z wysokimi przedstawicielami studiów filmowych dzięki doświadczeniom w kontaktach z urzędnikami w komunistycznej Polsce: z ministerstwie kultury, PZPR, cenzury.

— Wiedziałam, że ci biurokraci nie kierują się żadną ideą, poglądami, ale zwykłym ludzkim strachem i oportunizmem i najbardziej boją się decyzji, które mogą spowodować ich upadek, a w każdym razie kłopoty. I rzeczywiście — wielu ministrów ds. kinematografii wyleciało na różnych minach — wyjaśnia Agnieszka Holland. Nauczyła się, jak z nimi rozmawiać, że trzeba im rzucać jakieś „zające” w scenariuszach, sceny, dialogi przyciągające ich uwagę, po to, żeby w innym miejscu móc przemycić rzeczy dla twórcy ważniejsze. Ta strategia okazała się też skuteczna w świecie zarządzających wielkimi korporacjami filmowymi.

— Ich logika była taka, że najbardziej się opłaca nic nie robić, dlatego, że jeśli decydują się na finansowanie filmu i będzie klapa, mogą za to zapłacić stanowiskiem. Jeśli nie zrealizują tego filmu, istnieje niewielkie prawdopodobieństwo, że zrobi go inne studio i odniesie sukces. Czasem to się zdarza. I to jest koszmar każdego szefa studia filmowego. Na ogół jednak nic się z projektem nie dzieje. Gdyby nie konieczność wyprodukowania kilku filmów na sezon letni i oscarowy, to przypuszczam, że produkcja w ogóle by zamarła — mówi Agnieszka Holland.

Przepis na sukces

Zaczynając opowieść podczas Spinu, Agnieszka Holland powiedziała, że gdy w młodości szukała dla siebie drogi życiowej, nie kierowała się marzeniami o sukcesie, lecz o wolności. Kończąc, wróciła do tych dwóch wartości. Sukces — stwierdziła — w działalności artystycznej nigdy nie jest ostateczny.

— Co z tego, że dostaniesz Oscara, skoro twój następny film będzie słaby. Co z nagród, pieniędzy, które zarobi film, skoro nie wyraża tego, co chciałam powiedzieć, skoro jest tak daleko idącym kompromisem, że budzę się nad ranem zlana potem, wstydząc się tego, co zrobiłam — mówi Agnieszka Holland. Nie daje recepty na sukces.

— Mogę dać wam receptę na to, żeby być w zgodzie ze sobą. To jest wolność. Żeby ją zachować, trzeba bardzo często rezygnować z rzeczy, które w obiegowym pojęciu uważane są za sukces. Jest to więc wybór, a ja go dokonałam. Muszę powiedzieć, że udało mi się osiągnąć bardzo wiele — niejako wbrew temu, że podejmowałam nieracjonalne decyzje z punktu widzenia czegoś takiego jak kariera. Myślę, że byłabym bardzo nieszczęśliwa, gdybym wybrała inną drogę — uważa artystka. © Ⓟ

PB SPIN — SUKCES PASJE INSPIRACJE

To wyjątkowe wydarzenie zgromadziło w jednym miejscu największe ikony polskiego biznesu, kultury, sportu i polityki. Na jednej scenie wystąpili: Marek Belka, Urszula Dudziak, Agnieszka Holland, Jan A.P. Kaczmarek, Andrzej Klesyk, Jan Kulczyk, Czesław Lang, Tomasz Majewski, Anja Rubik, Rafał Sonik, Lech Wałęsa i Herbert Wirth. Opowiedzieli o swoim pomyśle na zmienianie świata, osiąganie celów, przełamywanie barier i pokonywanie siebie. Wystąpienia na żywo oglądało ponad 200 gości, a transmisję online kilka tysięcy internautów. Zapraszamy do obejrzenia wszystkich na stronie spin.pb.pl. 24 lipca relacja z wystąpienia Tomasza Majewskiego. W aplikacji PB+ są dostępne wszystkie, zachęcamy do ich pobrania.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Eugeniusz Twaróg

Polecane