Tłumaczył w nim też, że do osiągnięcia tego celu konieczna jest reforma OFE, czyli przeniesienie obligacji z OFE do ZUS i zmniejszenie składki trafiającej do funduszy. To nieco zamyka usta krytykom reformy, którzy uważają, że celem rządu jest zabranie oszczędności z OFE i ich przejedzenie tak, by nie trzeba było wprowadzać reform wydatków.
Czytając wywiad nie mogłem uwolnić się od myśli, dlaczego wicepremierowi tak bardzo zależy na podkreśleniu tego, że chodzi mu o dużo więcej niż tylko ograniczenie transferów do OFE. Wcześniej wielokrotnie mówił, że OFE to zły system i trzeba go naprawić, dlaczego teraz zatem nagle coś innego jest ważniejsze? Otóż mam nieodparte wrażenie, że to przygotowania do odejścia ze stanowiska.
Minister może czuć, że wprowadzenie reform w wydatkach i progach, które ograniczą możliwość przejedzenia aktywów zabranych z OFE do ZUS, może nie zdobyć poparcia wśród polityków Platformy Obywatelskiej. Nie ma co ukrywać, że przedwyborcze rozdawnictwo może przechylić wyborczą szalę na ich korzyć. Obserwatorzy sceny politycznej od dawna wskazują, że Jacek Rostowski nie ma już tak mocnego wsparcia premiera, a to oznacza, że ustawa obniżająca progi zadłużenia i wprowadzająca nową regułę wydatkową mogą na długie miesiące „utknąć” w rządzie czy w Sejmie. Co wówczas? Jacek Rostowski będzie mógł odejść z honorem i wrócić na łono ekonomistów nie jako ten, który rozwalił emerytalny system kapitałowy, ale ten, który poległ na froncie walki o słuszną sprawę — obniżenie długu. Nie był i nie jest politykiem, bardziej niż na uznaniu partyjnej braci zapewne zależy mu na opinii w świecie finansów. W sytuacji, gdy rząd przez sześć lat nie przeprowadził wszystkich postulowanych (i obiecanych) reform, trudno o lepszą rekomendację niż dymisja po tym, jak nie udało się przeprowadzić najważniejszych.
Dlatego misja, którą minister nazywa „najważniejszą”, ma duże szanse być „ostatnią”.