Mocna korekta bessy podniosła indeksy giełdowe na świecie

Piotr Kuczyński
opublikowano: 2002-10-21 00:00

Z Ameryki

Ostatnie wzrosty to w ujęciu historycznym nic nadzwyczajnego. Nawet w latach 1929-32, kiedy DJIA stracił 90 proc., było sześć odbić dających od 12 do 48 proc. wzrostu.

To był kolejny tydzień mocnego wzrostu indeksów. Już poniedziałek pokazał, że wzrosty będą kontynuowane, bo atak na Bali nie wywołał żadnej reakcji na światowych rynkach. To był wyraźny sygnał, że nastroje są znakomite. Dlaczego inwestorzy nie widzieli połączenia: atak na tankowiec — ataki na żołnierzy USA w Kuwejcie — atak na Bali? Nie widzieli, bo nie chcieli widzieć. Poza tym o wojnie też na razie nikt nie mówi. Mało tego — wydaje się, że Stany Zjednoczone pogodziły się z wyjazdem inspektorów do Iraku. Wietrzę w tym jakiś podstęp. Przecież ci inspektorzy niczego nie wykryją. Jak wtedy będzie wyglądał prezydent Bush i jego sojusznicy? Coś musi przeszkodzić w tej misji ONZ. Jednak wyraźnie widać, że w tym roku wojny nie będzie.

W tym tygodniu o koniunkturze decydowały wyniki kwartalne spółek. Wzrosty kursów były rezultatem bicia niezwykle zaniżonych wyników dzięki żonglerce cyferkami i bezlitosnej redukcji wydatków. Popatrzmy na kilka przykładów „dobrych” wyników. General Motors przekroczył prognozy, ale na poziomie zysku operacyjnego. Naprawdę stracił pieniądze z powodu odpisu 2,2 mld dolarów na udziały we Fiacie. Poza tym wiadomo, że rynek samochodowy nie będzie się już tak dynamicznie rozwijał. Citigroup podał zysk wysokości 74 centów na akcję, ale gdyby nie sprzedaż nieruchomości w Nowym Jorku, byłoby to tylko 68 centów. Fannie Mae podała zyski większe o 18 proc., ale gdyby wliczyła stratę na rynku instrumentów pochodnych, to zysk spadłby o 19 proc. Capital One Financial oświadczył, że rosną straty z powodu złych kredytów. W ten sposób ten największy wystawca kart kredytowych delikatnie ostrzegł, że klienci nie spłacają zadłużenia na czas. W sektorze TMT fatalne wyniki podał Intel, a co gorsza obniżył prognozę sprzedaży na czwarty kwartał. IBM podał „dobre” wyniki dzięki redukcji kosztów, a jego prognozy są co najmniej niejasne. Microsoft zmienił politykę licencjonowania programów i nie wiadomo jak w dłuższym terminie wpłynie to na wyniki spółki.

Najbardziej denerwujące jest to, że mimo licznych skandali analitycy nadal upierają się przy stosowaniu przeróżnych sztuczek, wyłączaniu niektórych kosztów i podmalowywaniu wyników tak, by szerokiej publiczności wydawało się, że wszystko jest na dobrej drodze. Dopiero, kiedy wrócimy do zasad przyzwoitego podawania wyników będziemy mogli powiedzieć, że „enronitis” znikła z Wall Street.

Ważnym powodem siły wzrostów (uważam, że najważniejszym) jest „przesiadka” funduszy z obligacji na akcje. To oczywiście z kolei wynika z wiary w cykliczne wzrosty cen akcji w czwartym kwartale i na przełomie roku. Od 24 września rentowność 30. letnich obligacji wzrosła z 4,635 do 5,08 proc. W tym samym czasie Amerykanie korzystali ze wzrostów i zabierali pieniądze z funduszy — odpłynęło 4,1 mld USD. Bez dopływu kapitałów nie ma mowy o żadnej hossie. Wzrost rentowności obligacji ma jednak ujemne skutki. Kredyt hipoteczny udzielany jest według zasady rentowność obligacji 10-letnich + 2 pkt. proc. Rośnie rentowność, rośnie oprocentowanie kredytu, a skutkiem jest zmniejszenie ilości wniosków o refinansowanie, co zmniejsza jego wpływ na spłatę kredytów i wydatki konsumenta. Szczególnie to ostatnie jest bardzo ważne dla gospodarki.

Lekceważenie złych informacji to objaw hossy. Jednak jeśli te złe informacje pokazują, że przyszłość nie będzie różowa, gdy chodzi o wyniki spółek to przydałaby się chwila zastanowienia. Nie można oczekiwać wzrostu wydatków kapitałowych i wzrostu zysków spółek w momencie, kiedy jedna czwarta potencjału produkcyjnego nie pracuje. We wrześniu znowu spadło wykorzystanie potencjału produkcyjnego i produkcja przemysłowa. W tym tygodniu również nie będzie zbyt wielu danych makro. Najważniejsze to indeks wyprzedzających wskaźników (LEI), Beżowa Księga Fed, dane z rynku nieruchomości, zamówienia na dobra trwałego użytku i informacje z rynku nieruchomości. Prognozy nie są dobre, co może rynkowi pomóc, bo istnieje szansa na ich przekroczenie.

Zdaję sobie sprawę, że wielu inwestorów zaczyna zastanawiać się, czy to już koniec bessy. Trzeba zawsze pamiętać, że takie mocne wzrosty są rzeczą normalną w rynku niedźwiedzia. Nawet w latach 1929 do 1932, kiedy DJIA stracił 90 proc., było sześć takich ruchów dających wzrosty od 12 do 48 proc. Poza tym ciągle widzę za dużo entuzjazmu, za dużo optymizmu, za dużo pewności i twierdzeń w mediach, że zanosi się na lata hossy. To oczywiście nie umniejsza wagi wzrostów — nastroje i psychologia na giełdzie są najważniejsze. Trzeba jednak pamiętać o jednym: fundamenty nie uległy zmianie. Wydaje się jednak, że jest to coś bardziej poważnego niż korekta spadków trwających od lipca. Mamy jeszcze jeden, intensywny tydzień wyników. Oczekiwałbym w nim jednak poważnej korekty poczym powinna nastąpić fala C wzrostów. Dopiero po fali A i B da się ocenić dokładniej wielkość całego ruchu.

Z Polski

Nasz rynek nie zachowywał się tak znakomicie, jak inne giełdy. Z pewnością jedną z przyczyn jest to, że WIG-20 od początku roku stracił tylko 6 proc., a np. XETRA DAX 39 proc.

Sytuacja po dymisji rządu holenderskiego jest dość zagmatwana, ale powoli wyłania się z tego obraz, który jest dla nas umiarkowanie korzystny. Obecny rząd będzie w stanie podjąć odpowiednie decyzje tak, by w grudniu zakończyć negocjacje akcesyjne. Poza tym mówi się, że UE obieca zastosować pewne dodatkowe zabezpieczenia w stosunku do Polski i tym uspokoi Holendrów. W parlamencie przeważają zwolennicy rozszerzenia. Jeśli tak to data 23.10 jest klasycznym straszakiem bez znaczenia. Oprócz tego jest jeszcze wiele przeszkód na drodze Polski do Unii Europejskiej. Jedną z nich jest zdecydowany sprzeciw Szwecji, Niemiec, Wielkiej Brytanii i Holandia, jeśli chodzi o przyznanie przyszłym członkom Unii w pierwszym roku po akcesji 25 proc. dotacji w rolnictwie. Można sobie wyobrażać, co by się działo, gdyby tych dopłat nie było, szczególnie w sytuacji, która panuje w tej chwili w polskim Sejmie.

Tutaj muszę wprowadzić nieco polityki. To, co działo się w Sejmie jest niesmaczne, bezsensowne i szkodliwe. Nie wchodzę w meritum sporu o STOEN. To nie ma żadnego znaczenia. Ważne jest to, że nasza „elita” polityczna pokazała swoje oblicze w sposób niezwykle wyraźny. W sytuacji, kiedy trzeba było reagować i stanąć murem za marszałkiem, nie pozwalając na dalsze panoszenie się bezprawia i głupoty, ugrupowania, z których jedna chce bronić prawa, a drugie uważane jest najbardziej pro-europejskie, poparły wniosek o odwołanie marszałka! Wstyd i kompromitacja. Gdyby nie ich poparcie nie byłoby kontynuacji w wykonaniu Samoobrony. Dobrze powiedział Jan Nowak Jeziorański, że nie mamy Opozycji Najjaśniejszej Rzeczypospolitej dbającej o dobro Państwa. Jaki sygnał wysłaliśmy do krajów Unii? Czy to nie utrudni nam wejścia? Czy będąc np. Holendrem chcielibyście mieć takiego partnera w Unii Europejskiej?

Owszem, odłożenie decyzji odnośnie losu marszałka Borowskiego i umowy sprzedaży STOEN do 28.10 może uspokoi nastroje. Może PSL wytarguje jakieś ustępstwa od SLD. Ale co dalej? Przecież stosowanie tych metod się nasili. Wyobraźmy sobie debaty o wejściu do UE... Widzę jednak małe światełko w tunelu. Zarówno media jak i ludzie o bardzo różnej orientacji popierają twardą rękę marszałka (gdyby to był inny Marszałek to nie musielibyśmy się już sejmem przejmować). Być może to otrzeźwi trochę polityków w ugrupowaniach, które mogą postawić tamę bezprawiu i upadkowi parlamentu.

Czy to wszystko przeszkodzi w ewentualnych wzrostach? Wszyscy pamiętamy, że jeśli kapitał jest zainteresowany wzrostami to nie zwraca uwagi na polityczne przeszkody (vide zarzut szpiegostwa postawiony premierowi Oleksemu i początek dużej hossy). A na razie wygląda na to, że jest zainteresowany.

Muszę powiedzieć, że zaskoczyły mnie bardzo pozytywnie dane o dynamice produkcji przemysłowej. Większość analityków też jest zdziwiona. W przyszłym tygodniu odbędzie się posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej. Nie oczekiwałem obniżki, ale te dane zdecydowanie odsuwają ją w czasie. Wzrost produkcji był bardzo wyraźny i pokazuje, że w przemyśle coś drgnęło. Powoli rysuje się trend: dołki i szczyty na wykresie dynamiki produkcji są coraz wyżej. Trzy miesiące to jednak stanowczo za mało, by być pewnym, że najgorsze za nami. Obawiam się tylko jednego: że produkcja drgnęła jedynie na krótką metę. Wszystko zależy od koniunktury w Eurolandzie, a tam nic nie wskazuje na poprawę. Najlepszym dowodem na to, że wzrosty indeksów w Eurolandzie nie mają nic wspólnego z fundamentami. Indeks oczekiwań ekonomicznych niemieckiego instytutu ZEW spadł z 39,4 do 23,4 pkt. Prognoza mówiła o spadku do 31,7 pkt.

U nas zresztą też wskaźnik koniunktury w bankach (Pengab) spadł w październiku o 3,5 pkt. do 16,6 pkt. Rysuje się dosyć niewyraźny obraz sytuacji — w bankach, które zazwyczaj wyprzedzają koniunkturę w przemyśle jest coraz gorzej, a produkcja rośnie. Trzeba zachować ostrożność.

Od tego tygodnia bardziej wyraźne stanie przygotowywanie się do wyników spółek. Jak zwykle wielu inwestorów już je zna (przynajmniej w zarysie). Zachowanie kursów pokaże, czego można oczekiwać. Jeśli wzrost indeksów będzie trwał, to te słabsze poczekają na wyniki, by potem ruszyć. Obawy o wejście do Unii Europejskiej i kolejne przeszkody to niezbędne paliwo dla wzrostów. Sensownych wzrostów, bo jeśli indeksy rosną po ścianie strachu to może z tego powstać prawdziwa hossa. Jeśli rzeczywiście indeksy w Stanach Zjednoczonych będą wykonywać korektę typu ABC, a Irlandczycy powiedzą „tak” to uważam, że WIG-20 dojdzie do 1300 pkt. Samo irlandzkie „tak” nie wystarczy. A irlandzkie „nie”? No cóż... parę dni spadków i oczekiwanie na plan B dający możliwość rozszerzenia. Wydaje się nieprawdopodobne, by jeden kraj mógł zastopować wieloletnie przygotowania. Gdyby jednak nastąpił powrót indeksu pod 1120 pkt., byłby sygnałem sprzedaży i wrócilibyśmy do trendu horyzontalnego.