Mocny awans w lidze eksporterów

  • Jacek Kowalczyk
30-10-2014, 00:00

Polska przestała wysyłać za granicę surowce, teraz specjalnością są półprodukty. To spore osiągnięcie jak na ćwierć wieku wolnego rynku

Gdyby stworzyć ranking największych sukcesów polskiej transformacji gospodarczej ostatnich 25 lat, z pewnością jednym z punktów tego zestawienia byłby fakt, że udało nam się zbudować dość duży i prężny sektor eksportowy. Zaczynaliśmy niemal od zera, a obecnie eksport stanowi równowartość prawie połowy polskiego PKB. W 1994 r. (od tego roku mamy wiarygodne dane) polskie firmy sprzedawały za granicę towary i usługi za 18 mld USD rocznie. Obecnie to już 207 mld USD. Według badania Narodowego Banku Polskiego wśród firm zatrudniających przynajmniej 10 osób przychody z eksportu stanowią już 33 proc. wszystkich wpływów, a działalność eksportową podejmuje około dwóch trzecich firm.

Dalekie wojaże

Co więcej, przez ostatnie ćwierć wieku, a zwłaszcza po wejściu Polski do Unii Europejskiej, nastąpiły istotne, bardzo pozytywne zmiany w strukturze polskiego eksportu. Przede wszystkim przemodelowaliśmy ją pod względem geografii. Do 1989 r. ogromna część polskiego eksportu była wysyłana do krajów bloku sowieckiego. Później, w pierwszych latach transformacji, wahadło przesadnie przesunęło się w drugą stronę — eksport na Wschód zmalał, tymczasem gwałtownie zaczął nasilać się eksport do Niemiec (w 1995 r. sprzedawaliśmy tam 38 proc. całego eksportu).

Na szczęście, od tego czasu struktura zaczęła robić się coraz bardziej zrównoważona. Nie jesteśmy już tak bardzo zależni od jednego państwa czy regionu. Udział Niemiec w polskim eksporcie nadal jest duży, ale spadł do około 25 proc., a wzrosło znaczenie innych silnych, rozwiniętych rynków, np. Wielkiej Brytanii, Francji, Włoch czy Holandii. Polskie firmy coraz odważniej wchodzą też na nowe, bardziej egzotyczne rynki. Nasze towary sprzedawane są już w ponad 200 krajach na całym świecie.

— Oczywiście, w idealnym świecie można by narzekać, że ciągle za mało eksportujemy do Chin czy Afryki, ale spójrzmy na tę kwestię realnie: jak na 25 lat transformacji polskim firmom i tak udało się dość mocno wyjść w świat. Wiadomo, że nie będziemy wysyłać wielomiliardowego eksportu do Zimbabwe, skoro mamy tuż obok tak silne gospodarki jak Niemcy czy cała strefa euro — mówi Piotr Kalisz, główny ekonomista Citi Handlowego.

Podobne pozytywne zmiany zaszły też w strukturze produktowej polskiego eksportu. 25 lat temu eksportowaliśmy głównie surowce: węgiel, zboża, owoce i warzywa. Obecnie sytuacja wygląda znacznie lepiej. Udział surowców w całości eksportu stopniał do niespełna 15 proc., co oznacza, że aż 85 proc. polskiego eksportu to towary zawierające wartość dodaną.

Z naciskiem na „tanio”

Niestety, w polskim eksporcie wciąż jest jeszcze sporo do zrobienia. Być może nie jesteśmy już dostawcą surowców, ale też wciąż nie awansowaliśmy do najwyższej ligi, czyli grupy państw, które wysyłają w świat dobra finalne opatrzone własnymi, silnymi markami. W globalnym łańcuchu dostaw jesteśmy raczej średniakiem, poddostawcą. Specjalizujemy się w produkcji komponentów, czyli części, materiałów i półproduktów, które wysyłamy zagranicznym klientom do dalszej obróbki. Komponenty stanowią już 49 proc. całego polskiego eksportu, tymczasem dobra konsumpcyjne, a więc te, które ostatecznie są nabywane w sklepach, to tylko 20 proc. naszej zagranicznej sprzedaży.

Ponadto, Polska specjalizuje się w towarach z najniższej półki. Jak wynika z niedawnego raportu Komisji Europejskiej, jakość produktów „made in Poland” wysyłanych na eksport jest jedną z najniższych w UE. Komisja przebadała pod kątem parametrów technicznych tysiące produktów sprzedawanych na unijnym rynku i na tej podstawie wystawiła oceny poszczególnym krajom-producentom. Średnio w skali od 0 do 1 jakość naszych wyrobów została oceniona na 0,45 pkt. wobec średniej unijnej 0,52. Niższy wynik od Polski uzyskała tylko Hiszpania (0,44 pkt.). Przegrywamy konkurencję nawet z Rumunią (0,46) i Bułgarią (0,47), czyli najmniej zamożnymi gospodarkami Unii.

W ślepym zaułku

Badanie komisji potwierdza, że dzięki relatywnie niskim kosztom pracy jesteśmy w stanie wytwarzać tanie, masowe towary. Wykorzystywanie największego atutu, czyli relatywnie taniej siły roboczej, jest naturalne. Problem w tym, że na dłuższą metę nie da się utrzymać takiego modelu rozwoju.

— Trudno mieć pretensje do polskich firm, że czerpią korzyści z niskich kosztów pracy. To jest tak silna przewaga nad zachodnimi producentami, że szkoda z niej rezygnować. Musimy jednak iść stopniowo w kierunku produktów innowacyjnych — mówi Piotr Kalisz.

Jeśli mamy dalej gonić Europę Zachodnią pod względem dochodów obywateli, musimy szukać nowych przewag konkurencyjnych, np. w takich obszarach jak nowe technologie czy design.

— Kończy się czas, kiedy mogliśmy atakować świat prostymi, tanimi produktami. Teraz, kiedy polskie firmy będą chciały zwiększać sprzedaż za granicą, nie będą miały wyboru — będą musiały konkurować innowacyjnością swojej oferty. Nie chodzi tylko o zakup nowoczesnych maszyn produkcyjnych, ale przede wszystkim o własne badania czy samodzielne tworzenie innowacyjnych technologii — mówi Tomasz Piec, członek zarządu firmy chemicznej Synthos.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Kowalczyk

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Świat / Mocny awans w lidze eksporterów